Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Archive for Grudzień 2010

Coś tam było! Człowiek!

leave a comment »

O ile mnie pamięć i spis kawałków nie myli, to na RO nie było jeszcze wpisu spod szyldu Kazika Staszewskiego. Biorąc pod uwagę, że piszemy o oldskulach wypadałoby wspomnieć o najbardziej znanym zespole, w którym Kazik gra — Kult.

Wiem, że niektórzy troszkę niepewnie czują się słysząc o Kazimierzu Staszewskim kojarząc go z facetem, który grywa na juwenaliowych imprezach Krakowa w towarzystwie Akuratu, Comy czy innych Happysadów. Takim osobom należy przypomnieć, że zespół Kult istnieje już prawie 30 lat i nagrał od tego czasu wiele… kultowych kawałków, które stały się ikonami swoich czasów. Dość przypomnieć „Polskę”, „Arahję”, „Lewe lewe loff” czy „Do Ani” — te utwory zna chyba każdy.

Dzisiejszy oldskul to otwierający płytę „Spokojnie” kawałek „Czarne słońca”. O samej płycie pisaliśmy już w kontekście jej okładki. Znajduje się na niej dużo kawałków, które zasługują na osobny wpis, w mojej opinii to najlepsza płyta zespołu. „Czarne słońca” to część ścieżki dźwiękowej do filmu o tym samym tytule, jest to jedyny film do którego Kult samodzielnie nagrał ścieżkę dźwiękową, czego dowiedzieć się można m.in. z płyty „MTV Unplugged”, którą Kult niedawno nagrał (swoją drogą to płytę bardzo polecam).

Warto zaznaczyć, że na pierwszym wydaniu płyty, tym z 1988 roku, „Czarnych słońc” nie było, zostały tam dodane dopiero przy reedycji albumu pięć lat później.

Czarne słońca — Kult

Written by msq

piątek, 31.12.2010 at 18:34

Napisane w 80s

Tagged with , , , ,

Jeszcze tutaj jestem

leave a comment »

Robisz rzecz, którą wszyscy oficjalnie uznają za słuszną. Sam ją za taką uważasz, wszem i wobec twierdzisz, że nie żałujesz. A gdybyś mógł podjąć decyzję jeszcze raz, Twój wybór byłby dokładnie taki sam

Wszystko pięknie do czasu…gdy zaczynasz żałować. Nazywasz się Jimmy, jesteś jednym z najbardziej znanych gitarzystów świata. Po tragicznej śmierci przyjaciela z zespołu podjęliście wspólnie decyzję, że zaprzestajecie działalności. Nie będzie już Led Zeppelin, zespołu przez wielu uważanego za największy. Twój inny kolega z zespołu radzi sobie świetnie na solowym poletku i odrzuca myśl o reaktywacji. Czy jedyne co Ci pozostało to snuć wspomnienia o wielkości i korzystać w końcu z zarobionych pieniędzy? W dodatku przeżyłeś właśnie dekadę, w której kariery robili ludzie nie umiejący co do zasady grać na instrumentach. Ludzie, którzy gardzili wyrafinowanymi kompozycjami i wielowarstwowymi aranżacjami jakie kiedyś układałeś. Może faktycznie czas odwiesić gitarę na kołek?

NIE!

Już ty pokażesz tym oberwańcom jak się robi muzykę. Układasz wspaniale melodie, nie boisz się mięsistej solówki. Zapraszasz do współpracy wokalistę po przejściach, ale za to obdarzonego głosem jakiego nie powstydził by się Robert. Wypuszczasz single, grasz koncerty, jesteś znów grany w radiu. Wymyśliłeś się na nowo, nie odcinając od korzeni.

Dobrze, że wciąż jesteś.

Coverdale and Page – Take Me for a Little While

Written by bzofik

środa, 29.12.2010 at 18:35

Napisane w 90s

Tagged with , , ,

Tańcząc w świetle księżyca

leave a comment »

Mówię od razu, że to nie wpis o Toploaderze.

Chodzi za mną od pewnego czasu taka jedna piosenka i nijak się od niej uwolnić. Pobyt w domu na święta jeszcze tylko pogłębił nostalgię. A co jest w tym kawałku? Młodość, miłość, robienie głupich rzeczy, walka z rodzicami o późne powroty i wysłuchiwanie kazań na temat przyszłości, odpowiedzialności i porządnego wyglądu. Jakoś nigdy nie myślałem, że z nostalgią będę rozpamiętywał czasy, kiedy wyjście na imprezę wymagało odrobinę więcej zachodu niż wykonanie telefonu i ubranie się, a urwanie się z domu przez okno o 3 w nocy w trakcie burzy z piorunami, wydawało się całkiem normalnym pomysłem. Biedni rodzice.

Kawałek został nagrany przez Thin Lizzy, zespół, który niewątpliwie doczeka się lepszego i dłuższego trybutu na tym blogu, w 1977 roku i znalazł się na płycie Bad Reputation. Śpiewał w Thin Lizzy wtedy nieżyjący już współzałożyciel zespołu Phil Lynott, chyba najmniej irlandzko brzmiący wokalista z kraju niepomytych naczyń.

Jeszcze dwa słowa na temat procesu odsłuchiwania. Każdy kto włączy to na głośnikach laptopowych pójdzie do piekła, nie zaznawszy tego cudownego basu i saksofonu, więc ani mi się ważcie skazywać się na wieczne potępienie. Znaleźć dobre słuchawki, albo pożyczyć od kogoś jakieś głośniki 2.1 i z zamkniętymi oczami wspominać czasy, gdy o 3 w nocy człowiek sobie przypominał, że miał być na 22 w domu, a komórki nie miał albo wygodnie „zapomniał”.

Thin Lizzy – Dancing in the Moonlight

Written by bebuk

poniedziałek, 27.12.2010 at 14:18

Napisane w 70s

Tagged with , , ,

Oldskul specjalny – Annie Lennox po raz pierwszy

leave a comment »

Witamy w inauguracyjnym wpisie specjalnej serii niedzielnej. Jak zwykle punktem odniesienia są pojedyncze piosenki, tutaj spróbujemy spojrzeć na oldskul z odrobinę szerszej perspektywy. Życzę miłej lektury i czekam na komentarze.

Annie Lennox urodziła się w Aberdeen 25 grudnia 1956 roku. Jej talent, podsycany od najmłodszych lat lekcjami gry na pianinie, sprawił, że w wieku 17 lat opuściła rodzinne miasto i przeniosła się do Londynu, gdzie też uczyła się w ekskluzywnej Królewskiej Akademii Muzycznej. Studia pani Lennox skończyła w iście prezydenckim stylu, rezygnując na kilka tygodni przed egzaminami końcowymi.
Rodzice, kucharka i pracownik fabryki kotłów okrętowych, zadowoleni na pewno nie byli, ale Annie nie dała za wygraną i dzieliła kolejne trzy chude lata w Londynie pomiędzy dorywcze praca zarobkowe, a kolejne zespoły. Jedynym godnym większej uwagi może być duet Stocking Tops, która tworzyła z Joy Dey, obecnie docenianą śpiewaczką operową lubującą się w kiepskich dowcipach słownych.

I tak sobie czas leciał. Annie pracowała po księgarniach i sklepach odzieżowych, a po pracy biegała od jednego konkursu piosenki do drugiego, wszystkie wygrywając w cuglach. Niestety kariera ani drgnęła.

W 1976 roku, Annie podjęła się pracy w restauracji i jak głosi legenda spotkała tam pewnego dnia klienta, który zamiast na wstępie poprosić o menu, poprosił ją o rękę. Klientem owym był niejaki Dave Stewart i gdy pierwsze wrażenie zatarło się w pamięci Annie, odkryła, że pod skorupą wariata z najgorszym tekstem na podryw w historii kiepskich tekstów na podryw, kryje się utalentowany kompozytor, z którym łączyło ją więcej, niż mogła na początku sądzić.

Znajomość ta też była na rękę Dave’owi, który wcześniej nie był w stanie podpisać kontraktu z żadną wytwórnią. Niby komponował i nagrywał z nieżyjącym już Peetem Coombesem, ale cóż z tego, gdy ani jeden ani drugi nie potrafił śpiewać. Po dokooptowaniu Annie, powstał The Catch szybko przemianowany na The Tourists. Zespół ten grał, jak na młodych artystów przystało, takie post-punk cuś i zyskał pewną sławę coverem piosenki Dusty Springfield I Only Want to be with You.

W 1980 roku rozpadł się zarówno The Tourists, jak i związek Annie i Dave’a. „Coś się kończy, coś zaczyna,” można by powiedzieć, bo oboje podeszli do całej sprawy bardzo profesjonalnie i postanowili nadal nagrywać razem.

Nazwawszy się Eurythmics, podobno ze względu na grecki taniec, którego Annie uczyła się jeszcze w Aberdeen, wydali w 1981 roku swój pierwszy album In the Garden, promowany singlem Never Gonna Cry Again. Pomimo, iż kawałek był naprawdę niezły, nie znalazł uznania u publiczności i album przeszedł niemalże niezauważony. A były na nim perełki, jak chociażby, Take me to your Heart.

W 1983 roku przyszedł wreszcie przełom, i to jaki! Eurythmics wydali album Sweet Dreams (Are Made of This). Co ciekawe, tytułowa piosenka była dopiero czwartym singlem, poprzedzonym nieszczególnym This is the House, Love is a Stranger strasznie kojarzącym mi się z przebojem Kim Wilde z 1981 roku Kids in America. No i czwarty kawałek The Walk.

Sukces Sweet Dreams sprawił, że Eurythmics wydali jeszcze w tym samym roku kolejny album, Touch. Nagrany podobno w 3 tygodnie krążek aż kipi od przebojów, zarówno tych bardziej znanych, jak Here Comes the Rain Again, oraz tych, którym zasada „długość MA znaczenie” nie pozwoliła na sukces radiowo-telewizyjny. Z tego albumu zostawiam drugi najbardziej znany kawałek – Who’s that Girl, z klipem pokazującym jak Eurythmics wykorzystywali kształtujący się dopiero przemysł telewizji muzycznych do zabawy własnym wizerunkiem.

Potem był kryzys. Ludowe wierzenia mówią o kryzysie drugiej płyty, a w tym przypadku mamy do czynienia z ogromnym nieporozumieniem. Decyzję o tym, żeby Eurythmics nagrali ścieżkę dźwiękową do filmu 1984 podjęto wbrew reżyserowi owego obrazu, a sama płyta nie spotkała się z dobrym przyjęciem zarówno ze strony krytyków, jak i fanów. Jedynym kawałkiem, który się broni jako kompozycja niefilmowa jest Sex Crime.

W 1985 Eurythmics wydał swój piąty album w ciągu 4 latach. Be Yourself Tonight przyniósł kompletną zmianę w stylu zespołu, czego dowodem może być fakt, że Aretha Franklin i Stevie Wonder zastąpili Kraftwerk jako źródło inspiracji. Na szczególną uwagę na tym albumie zasługują rozpoczynające płytę Would I Lie to You, w którym Annie pokazuje, że potrafi śpiewać naprawdę czarno, oraz oczywiście przebojowy There Must Be an Angel (Playing with My Heart) będący, używając będącego bardzo na czasie języka kulinarnego, zakąską przed głównym daniem solowej kariery Annie. Co jednak najbardziej warte zapamiętania z tego krążka to coś o czym każdy artysta może tylko zamarzyć – bezpośrednia współpraca z własny źródłem inspiracji. I tak powstało Sisters are doin’ it for themselves, prawdziwie rozkoszna rozkoszna porcja lodów waniliowo-czekoladowych, albo też transrasowa wisienka na torcie, jak kto woli.

Kolejny rok i kolejny album. Eurythmics ani myśleli się zatrzymywać w swojej błyskawicznej ewolucji i kolejny album przyniósł dalsze ekskursje w kierunkach raczej dalekich od syntezatorów i wokoderów. Już sam pierwszy kawałek na Revenge, Missionary Man bardziej przypomina Dusty Springfield na speedzie kolaborującą z ZZ Top, niż to co Eurythmics nagrywali jeszcze 4 lata wcześniej. Zdecydowanie najbardziej rozpoznawaną piosenką z tej płyty jest Miracle of Love, która znalazła i nadal będzie znajdować swoje miejsce na niejednej składance pościelówek, ale na pamięć zasługuje nieco już zapomniany hit When Tomorrow Comes.

Rok 1987 i kolejna płyta Eurythmics. Wydawać by się mogło, że w Wielkiej Brytanii lata 80-te były okresem wielkiego niedoboru towarów spożywczych. Płyta Savage była powrotem Eurythmics do bardziej „zaangażowanej” i elektronicznej muzyki, po latach romansowania z pop/rockiem. Album nie cieszył się zbyt wielką popularnością, ale trzeba też przyznać, że nie jest to niczym wyjątkowym dla concept albumów. Ciężko też mówić tu o muzyce jako takiej, gdyż do wszystkich piosenek nagrano teledyski, wiążące się w opowieść o … zainteresowanych odsyłam do internetów.

Rok 1988 i szok, Eurythmics nie wydają płyty. Giełdy idą w dół na łeb na szyję, państwa upadają, dzieci się nie uczą, młodzież szkło żre. Na szczęście w 1989 Eurythmics wracają i to w wielkim stylu. Na płycie We Too Are One nie ma hitów, które zapychałyby anteny radiowe, ale jakość kompozycji Stewarta i moc głosu Annie pozostają bez zmian. W tym momencie dochodzę do wniosku, że mogliby oni nagrać „Miała baba karpia” do przedświątecznej reklamy dużej sieci handlowej, a i tak by pięknie było. Coś jednak trzeba wybrać, więc zostawiam was Repozytorzy i Repozytorki z kawałkiem Revival, prostym, ale za to jakże chwytliwym rock/popem.

A co było potem to już całkiem inna historia.

Written by bebuk

Niedziela, 26.12.2010 at 21:07

Napisane w 80s, Specjał

Tagged with , , , , ,

Rocznica śmierci Ciechowskiego

with one comment

Naciągam dzisiaj trochę rocznicę sprzed dwóch dni — 22 grudnia 9 lat temu zmarł Grzegorz Ciechowski.

Urodzony w 1957 roku w Tczewie artysta zostawił po sobie niesamowite teksty i kompozycje, na tyle niesamowite, że od czasu, gdy poznałem Republikę a potem inne projekty, których był inicjatorem nie mogę oderwać się od jego muzyki.

Każdy słyszał „Telefony” czy „Białą flagę”. Nie jestem wyjątkiem i znam je od dawna, ale nigdy nie miałem okazji przyjrzeć się dokładniej G.C. Zmieniło się to jakieś 5 lat temu, kiedy zacząłem poznawać Republikę. Spory kawałek czasu później zainteresowałem się solową karierą Ciechowskiego jako Obywatel G.C. i Grzegorz z Ciechowa. Nie wiem czy bardziej odpowiada mi gitarowe, rockowe brzmienie Republiki czy elektroniczne Obywatela, chyba zależy to od nastroju. Z czystym sumieniem mogę polecić wszystko co związane z Ciechowskim, a zaryzykuję stwierdzenie, że znać jego utwory po prostu trzeba.

Z pewnością będzie okazja na rozwinięcie tego tematu, dzisiaj wrzucam dla przypomnienia jeden z kawałków w kolaboracji z Kayah (Kayą? Kają?).

Republika i Kayah — Tobie wybaczam (misja)

Written by msq

piątek, 24.12.2010 at 23:45

Napisane w 90s

Tagged with , , , ,

Przystawka świąteczna

leave a comment »

Istnieje gatunek piosenki, który przez cały rok czai się w głębokich ostępach katalogów płytowych, by w pewnym momencie wychynąć ze swojego legowiska i zaatakować nieprzeliczonym stadem. Jak łatwo się domyślić chodzi o szeroko pojęte piosenki około świąteczne. Człowiek zawsze chce się do tego przygotować, niestety z roku na rok migracja tego gatunku następuje coraz wcześniej. Nadchodzi taki dzień, gdy słyszymy je w sklepach, radiu, telewizji, internecie, nawet na ulicach – nie ma ucieczki, ani chwili wytchnienia. Tym samym bardzo łatwo pojawia się przesyt, tym nieraz kuszącym przysmakiem muzycznym. Nim to jednak nastąpi…

Nie będę nikogo oszukiwał i zawracał kijem Wisły. Dziś w Repozytorium Oldskulu utwór dla mnie nierozłącznie wiążący się z okresem świątecznym. Od chwili swojego powstania na początku dwudziestego wieku doczekał się niezliczonych aranżacji i wykonań. Myślę, że zanim da się nam we znaki świąteczny zakalec, czy też odgrzewany kotlet, dobrze nastroi nas ta miniatura, tym razem w interpretacji Davida Fostera.

Carol of the Bells

Written by bzofik

środa, 22.12.2010 at 09:30

Wpis, w którym pojawia się Mackie

with one comment

Fenomen coverowania piosenek jest znany wszystkim. Młode zespoły po garażach i piwnicach tłuką w nieskończoność Sweet Home Alabama/Zombie/Nothing Else Matters/Stairway to Heaven (niepotrzebne skreślić), by potem się wybić i nagrywać własne kawałki. Co poniektórzy jednak dochodzą do wniosku, że publika to umysły ścisłe i podobają im się piosenki, które już raz słyszeli, więc wydają niemalże niezmienione wersje znanych kawałków. 15-latki i ludzie o pamięciach złotych rybek zachwycają się „nowymi” piosenkami Brytni, Limp Bizkit, Madonny, Sheryl Crow, czy też, wybaczcie język nieprzystający repozytorom, Bloga 27. Oczywiście nie wszystkie covery są złe, ale wyłowić perełkę, wykonanie nadające oryginałowi nowego ducha, jest coraz trudniej.

Nie wiem, czy się nie mylę, ale dzisiejszy kawałek jest przykładem piosenki, która z jakichś powodów zawsze wychodzi dobrze. Czy to zasługa muzyki Kurta Weilla i słów Bertolta Brechta (oraz oczywiście tłumaczy tworzących późniejsze wersje w innych językach), czy też po prostu za takie piosenki nie bierze się byle kto, nie wiem.

A wersji było sporo. Wikipedia podaje, że piosenką, która może pochwalić się największą nagraną ilością wersji jest Yesterday Beatlesów z 3.000 wykonań. Niestety źródło nie zostało podane. Portal Allmusic twierdzi, że Yesterday pojawiło się na 3.029 płytach (cóż za zbieg okoliczności, prawie taka sama liczba, jak … chyba, że …). Niestety nie chodzi tu o piosenkę Yesterday, ale o piosenki Yesterday, w tym tę zespołu The Tune Wranglers, Pulp , Guns’n’Roses, Toni Braxton, Leony Lewis i wiele wiele innych. Mack the Knife natomiast daje 1.782 wyniki i ciężko wyobrazić sobie, że ktoś nagrałby inną piosenkę, pod tym samym tytułem. Co więcej, lista ta nie zawiera zawiera oryginalnych wykonań po niemiecku, jak i coverów w innych językach.

W każdym razie, idźmy po kolei.

Niemiecki oryginał jest częścią Preludium Die Dreigroschenoper wystawionej po raz pierwszy w 1928 roku. W 1933 roku wystawiono na Broadwayu pierwszą wersję dla anglofonów, która niespodziewanie nie spotkała się z wielkim entuzjazmem. Potrzeba było dwudziestu lat i żyznej gleby jazzu, aby piosenka wyrosła na prawdziwy amerykański standard, którego nagranie wydaje się punktem honoru każdego wokalisty o odpowiednio głębokim głosie. W Polsce najsłynniejszą wersję ballady o Mackiem nagrał, bo któżby inny, Kazik.

Na koniec zostawiam wam drodzy repozytorzy moją ulubioną wersję. Nie jest to jakaś perełka z lamusa, nieznana nikomu, a wręcz powiedziałbym, że wykonanie to pierwsze przychodzi na myśl, gdy ktoś myśli o nożowniku co mu mama Mackie na chrzcie dała. Nie wiem, czy to długoletni wpływ Setha McFarlene’a, czy też bardziej aktualny nastrój zbliżających się świąt, ale czuję w powietrzu ducha Sinatry.

Frank Sinatra i Jimmy Buffet – Mack the Knife

Written by bebuk

poniedziałek, 20.12.2010 at 14:04

Napisane w 20s, 50s

Tagged with , , , , ,

%d blogerów lubi to: