Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Archive for the ‘50s’ Category

Ignorancja to siła

with one comment

Nastrój skłaniający nasze daremne pokolenie do opuszczenia ciepłych barłogów otulających stanowiska komputerowe z fejsbukiem i twitterem, do przybrania fizys Gwidona Fawkesa i rytmicznego podskakiwania w srogim mrozie na ulicach miast, miasteczek i wsi spokojnych, wsi wesołych wprawdzie już nieco opadł, ale ta atmosfera skłoniła mnie do pseudonaukowej refleksji na tematy ogólnohistoryczne.

Nie mogę mianowicie pozbyć się wrażenia, że to wszystko już kiedyś było, że historia jest czkawką, złowrogim modlitewnym młynkiem albo karuzelą, która nigdy nie przestanie się kręcić wokół tej samej osi, i tylko obrazki na zewnątrz zmieniają się z upływem czasu, jak obawiał się Theodor Busbeck.

Zmieniają się ideologie, systemy i oczywiście bohaterowie wydarzeń: twarze umieszczane na sztandarach i imiona wykrzykiwane przez tłum. Dzisiejszy bohater (nie, nie Fawkes), bożyszcze nieco już zapomniane, jest zupełnie nie z mojej bajki i czuję się trochę jakbym zachęcał do czytania wybranych dzieł towarzysza MELS-a, ale trudno: wykonawca jest tego warty. Nie zaskakuje kojarzenie się grup uważających się za krzywdzone czy uciskane, stąd alianse afroamerykańsko-robotnicze nie powinny nikogo dziwić. Tak jest i tym razem: sympatyk komunizmu o głosie, którego nie można opisać słowem innym niż GRRRUBY, nagrywający przede wszystkim świetne standardy Negro spirituals, znane wszystkim z kultowych coverów (któż nie nagrał Swing Low Sweet Chariot?), dzisiaj w songu o facecie, co się kulom nie pokłonił, a ruchowi robotniczemu potrzebny był bardziej jako martwy męczennik,  niż żywy prol, że tak pojadę Orwellem.

Paul Robeson – Joe Hill z bonusem nr 1 oraz bonusem nr 2

Reklamy

Written by 1obo

czwartek, 23.02.2012 at 21:25

Napisane w 50s

Tagged with , , ,

Piosenka ludowa

leave a comment »

Proszę o zapięcie pasów, a co delikatniejsi powinni przygotować sole trzeźwiące. Opuszczamy rejony progresywnych konceptów, nieśmiertelnych riffów i dopieszczonych aranżacji z lat osiemdziesiątych. Udajemy się za to na wiejską zabawę w Meksyku, aby posłuchać piosenki, która w prostych słowach zachęca do tańca i chyba każdy kto ją usłyszy przyzna, że dźwięki same wprawiają kończyny w rytmiczne podrygiwanie. Zapraszam na przetwory z agawy, śmierdzącą intensywnie pachnicą fasolę i solidny kawałek muzyki od waszych mariachi z Repozytorium Oldskulu.

Początki szlagieru datują się aż na wiek XVII, powstały dziesiątki jego wersji, lecz trzeba było doczekać dwudziestym wieku i aranżacji Ritchiego Valensa, żeby spopularyzować go na całym świecie. Sam Ritchie jest postacią niezwykła – od dzieciństwa przejawiający niezwykły talent muzyczny, prekursor rock n’ rolla, którego karierę przedwcześnie zakończyła tragedia. Zginął bowiem w katastrofie małego samolotu, którym podróżował wówczas także inny gigant muzyki – Buddy Holly. Wydarzenie to było na tyle wstrząsające by wśród współczesnych doczekać się określenia dnia w którym umarła muzyka…

Nie pogrążamy się jednak w smutnych rozmyślaniach, choć pogoda zaczyna sprzyjać temu, powitajmy w RO piosenkę, która rozgrzeje w chłodny jesienny wieczór.

Ritchie Valens – La Bamba

 

Written by bzofik

środa, 5.10.2011 at 19:33

Napisane w 50s

Tagged with , , ,

Przypadkowy hit

leave a comment »

Historia muzyki „rozrywkowej” nie jest historią wirtuozerii, instrumentalnej i wokalnej sprawności i przemyślanych kompozycji, a wynikową alkoholu, narkotyków, braków w warsztacie i wizji, która często nie wykraczała poza sławę i kopulację. Nic więc dziwnego, że jeden z najbardziej znanych riffów w historii muzyki powstał w wyniku niewyobrażalnej wręcz serii przypadków.

W 1957 roku na stronie B singla Richarda Berriego pojawiła się piosenka, która, przeleżawszy 2 lata w szufladzie, wreszcie ujrzała światło dzienne, czy raczej rowek płyty. Inspirowana cha-chą, opowiadała o jamajskim marynarzu, tęskniącym za swoją dziewczyną i werbalizującym swoje smutki w dialekcie tak sztucznym, że brakuje tylko wyrazu mon na końcu.

Żaden wielki hit to nie był, ale piosenka zdobyła lokalną popularność i Berry sprzedał prawa do niej za 750 dolarów (prawie 6.000 w dzisiejszych pieniądzach). Prawdopodobnie tu zakończyłaby się cała historia gdyby nie miejscowe zespoły garażowe.

Oryginalne Louie Louie
wręcz prosi się o cover, szczególnie gdy wykonawcy są technicznie ograniczeni. W 1963 roku zespół The Kingsmen wynajął za 36 dolarów czas w studiu nagraniowym, gdzie też postanowili zarejestrować swoją wersję. Tekst został spisany ze słuchu, w czym stylizacja językowa użyta w piosence nie pomogła.

Powiedzieć, że wokalnie wykonanie jest niechlujne to jak nie powiedzieć nic. Wokalista był w słabej formie (chłopaki poprzedniej nocy „koncertowali” do późna) i jakby tego było mało, postanowił zatuszować nieznajomość tekstu mamrotaniem. Co więcej po solówce wyrwał się za wcześnie do mikrofonu.

I dalej pewnie nikt by nie usłyszał o Louie Louie gdyby nie FBI. Mamrotany wokal sprawił, że zaczęto podejrzewać The Kingsmen o umieszczenie w tekście jakichś obsceniczności. Podanie tej informacji do wiadomości publicznej sprawiło, że oryginalny nakład rozszedł się na pniu, a tysiące nastolatków z wypiekami na twarzy próbowało dosłuchać się jakie to świństwa wyśpiewywał Jack Ely.

Tym, co kto usłyszał, na pewno zainteresowaliby się terapeuci, ale świństw w tekście oczywiście nie było, natomiast FBI wsłuchując się w mamrotanie nie zauważyła soczystego słowa na F w tle.

The Kingsmen – Louie Louie

źródło

Written by bebuk

poniedziałek, 19.09.2011 at 19:22

Wpis, w którym pojawia się Mackie

with one comment

Fenomen coverowania piosenek jest znany wszystkim. Młode zespoły po garażach i piwnicach tłuką w nieskończoność Sweet Home Alabama/Zombie/Nothing Else Matters/Stairway to Heaven (niepotrzebne skreślić), by potem się wybić i nagrywać własne kawałki. Co poniektórzy jednak dochodzą do wniosku, że publika to umysły ścisłe i podobają im się piosenki, które już raz słyszeli, więc wydają niemalże niezmienione wersje znanych kawałków. 15-latki i ludzie o pamięciach złotych rybek zachwycają się „nowymi” piosenkami Brytni, Limp Bizkit, Madonny, Sheryl Crow, czy też, wybaczcie język nieprzystający repozytorom, Bloga 27. Oczywiście nie wszystkie covery są złe, ale wyłowić perełkę, wykonanie nadające oryginałowi nowego ducha, jest coraz trudniej.

Nie wiem, czy się nie mylę, ale dzisiejszy kawałek jest przykładem piosenki, która z jakichś powodów zawsze wychodzi dobrze. Czy to zasługa muzyki Kurta Weilla i słów Bertolta Brechta (oraz oczywiście tłumaczy tworzących późniejsze wersje w innych językach), czy też po prostu za takie piosenki nie bierze się byle kto, nie wiem.

A wersji było sporo. Wikipedia podaje, że piosenką, która może pochwalić się największą nagraną ilością wersji jest Yesterday Beatlesów z 3.000 wykonań. Niestety źródło nie zostało podane. Portal Allmusic twierdzi, że Yesterday pojawiło się na 3.029 płytach (cóż za zbieg okoliczności, prawie taka sama liczba, jak … chyba, że …). Niestety nie chodzi tu o piosenkę Yesterday, ale o piosenki Yesterday, w tym tę zespołu The Tune Wranglers, Pulp , Guns’n’Roses, Toni Braxton, Leony Lewis i wiele wiele innych. Mack the Knife natomiast daje 1.782 wyniki i ciężko wyobrazić sobie, że ktoś nagrałby inną piosenkę, pod tym samym tytułem. Co więcej, lista ta nie zawiera zawiera oryginalnych wykonań po niemiecku, jak i coverów w innych językach.

W każdym razie, idźmy po kolei.

Niemiecki oryginał jest częścią Preludium Die Dreigroschenoper wystawionej po raz pierwszy w 1928 roku. W 1933 roku wystawiono na Broadwayu pierwszą wersję dla anglofonów, która niespodziewanie nie spotkała się z wielkim entuzjazmem. Potrzeba było dwudziestu lat i żyznej gleby jazzu, aby piosenka wyrosła na prawdziwy amerykański standard, którego nagranie wydaje się punktem honoru każdego wokalisty o odpowiednio głębokim głosie. W Polsce najsłynniejszą wersję ballady o Mackiem nagrał, bo któżby inny, Kazik.

Na koniec zostawiam wam drodzy repozytorzy moją ulubioną wersję. Nie jest to jakaś perełka z lamusa, nieznana nikomu, a wręcz powiedziałbym, że wykonanie to pierwsze przychodzi na myśl, gdy ktoś myśli o nożowniku co mu mama Mackie na chrzcie dała. Nie wiem, czy to długoletni wpływ Setha McFarlene’a, czy też bardziej aktualny nastrój zbliżających się świąt, ale czuję w powietrzu ducha Sinatry.

Frank Sinatra i Jimmy Buffet – Mack the Knife

Written by bebuk

poniedziałek, 20.12.2010 at 14:04

Napisane w 20s, 50s

Tagged with , , , , ,

%d blogerów lubi to: