Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Archive for Maj 2013

Niebieskie Jeruzalem

leave a comment »

Ponieważ zazwyczaj (szczerze pisząc – zawsze) treść i konstrukcja wpisu jest prostą werbalizacją zachodzących od czasu do czasu pod moją kopułą procesów myślowych, miałem wielką ochotę pozostać wiernym tej tradycji pisarskiej. Prób więc podjąłem wiele, ale do mety nie dobiegłem; najprawdopodobniej tym razem żadnych procesów tam gdzie się spodziewałem nie było: wyłącznie oderwane od siebie obrazy, emocje, wrażenia, zapachy i tak dalej. Widziałem je jak straszni mieszczanie: ‚że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…’, i jedyne co mogę zrobić, to podać ich kolejność z erzacem uzasadnienia, wyjaśnienia raczej, dlaczego takie to następstwo (albo równoległość) jest.

Ostrzegam: to podróż do dysfunkcyjnego albo schizofrenicznego umysłu. Albo obu w jednym. Przebrnąć przez to łatwo nie będzie, a z przejażdżki korzyści żadnej (może minimalna poznawcza, ale to jak wizyta w slumsach: ‚jakie fascynujące ale chodźmy jużbo chce mi się rzygać’); zresztą nie będę pisał ostrzeżeń jak dla kretynów, za których są uważani nabywcy kawy w kubkach w paru sieciach fast-food. I tak nikt tego nie czyta,  piszę sobie a muzom, co nie  tylko niewątpliwie podnosi elitarność działalności, ale pozwala mieć wyje*ane na jakąś głupią potrzebę bycia rozumianym.

Więc na początku było słowo, a słowo brzmiało ‚po’. ‚Już po wszystkim‚. Koniec.

A potem wydarzenia przebiegły tak: ‚To zadziwiające, jak rozmaicie określa się kierunki tego, dokąd się idzie, jeżeli idzie się na drugą stronę, jeżeli druga strona jakakolwiek jest. Lewis miał swój Ostateczny Wschód, a taki np. drugi inklingokształtny – Zachód. Niewykluczone, że to nie ma żadnego znaczenia, bo po śmierci nie ma nic, a ci, co nie zdążyli się zawinąć do krainy wiecznych łowów będą sobie karmić robale zapomniani i samotni, aż każda dotychczasowo należąca do nich cząsteczka budulcowa zamieni się w odżywczą. Tak. Kraina wiecznych łowów!; ależ w tym, powiedzmy, westernie progressywnym była muza, tak cholernie gruba gitara, chwała Youngowi. Grubo zresztą to jest ze mną nie tak; wszystko – zamiast kojarzyć mi się z cyckami – sprowadza się do Williama Blake’a; wkrótce wydziergam sobie na plecach niewiastę obleczoną (czy powleczoną…?) w słońce, rydwany ognia, albo diable młyny. Czy tylko ja słyszę w tych ostatnich Watersa?”.

Przeżyli?

Typy oczywiste. Nie, żadne broadwayowskie jagnię.

Te:

 

Written by 1obo

poniedziałek, 13.05.2013 at 23:24

Napisane w 70s

Na Zachodzie bez zmian

2 komentarze

Myślałem, że po tej porcji przeintelektualizowanych (jak była uprzejma wyrazić się jedna z istot zaglądających na ten blog), a w istocie pseudointelektualnych tekstów przyjdzie pora na coś lżejszego i prującego beret (od dziecka marzyłem o angażu w roli tego kolesia grającego na policzku z dość zaskoczoną miną; potrafię też dobyć z siebie dźwięk opróżniania butelki, pstrykając w gardziel; oferty na priv, tylko propozycje klipów z kobietami!), ale chyba pora na podsumowanie wątku, który wśród potomnych zostanie zachowany w pamięci pod nazwą ‚repozytoryjnego okresu Sturm, Drang and Rock’n’Roll‚.

Każdy ma czasem ochotę/potrzebę (a jak nie ma ochoty ani potrzeby, to go rzeczywistość zmusi) zrobienia sobie rachunku sumienia przygotowującego do spowiedzi dziecięcia wieku. Rezultaty bywają rozmaite; do najczęstszych należą rozmyślania typu ‚po co, na co i czemu tak drogo’ (opcja 1), poprzez wyparcie (2) aż to natężenia świadomości (3), które prowadzi do punktu 2 albo Tworek.

Można też, co z dobrego serca radzę, przyjąć perspektywę obserwatora zafascynowanego ‚dzianiem się’ ludzkiego życia, jeżeli kto umie wykonać taki zabieg  na nie dość, że żywym – to jeszcze własnym organizmie. Rezultat jest wysoce satysfakcjonujący – świadomość jest (ja tam uważam, że lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć), a i zdrowie psychiczne zachowane. W głowie mi grają dwa kawałki, których podmioty liryczne takie zwycięstwo zdają się odnosić. Jeden jest uważany za najczęściej coverowany numer wszech czasów (jest nawet bieda-wersja Sida Viciousa), ale zafundujmy sobie jego wersję kanoniczną (z całym szacunkiem dla opcji przedpotopowej) powszechnie chyba znaną i lubianą. Drugi – wyczerpuje dla mnie póki co temat Genesis/Wilson, którym katowaliśmy Was w ostatnim czasie dość intensywnie. No, ale cesarzowi co cesarskie…

Frank Sinatra (Paul Anka), My way

Ray Wilson, Change (nie znalazłem dobrej wersji koncertowej, więc będzie lizanie cukierka przez papierek, jak łaskaw był wyrazić się kiedyś mój rekolekcjonista zapytany o używanie prezerwatyw)

Written by 1obo

poniedziałek, 6.05.2013 at 23:45

Napisane w 00s, 60s

%d blogerów lubi to: