Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Posts Tagged ‘synthpop

Gra o tron

leave a comment »

Ostatnio prym w lokalnych rozgrywkach gier planszowych wiedzie „Gra o tron”; energia spożytkowana przez mózgi 5-6 graczy w czasie jednej rozgrywki mogłaby pewnie zasilić małe miasteczko, zostaje jednak w całości zużyta na intrygi i wbijanie noży w plecy byłych sprzymierzeńców. Zalecam rozgrywkę dla tych, którzy nie mają co zrobić z 5 godzinami sobotniego popołudnia.

Do rzeczy: ostatnio na grze znajomy Yapee stwierdził coś w rodzaju „w tych 80s to mogli sobie grać na klawiszach co chcieli i brzmiało dobrze”. Tak się składa, że postanowiłem wtedy gości potraktować zabójczą dawką Depeche Mode a Yapee zauważył (niechcąco) to co definiowało płyty z początków DM: wesolutkie rytmy z wymyślnymi samplami, które pewnie niejeden zespół zgubiły, ale w tym wypadku jakoś to wszystko przedarło się i wytrwało, pewnie przez troche ciekawsze i nie aż tak banalne teksty (a przynajmniej nie wszystkie)? Tak czy siak odsłuchaliśmy kilka krążków z wczesnych lat .80, doczołgaliśmy się do Black Celebration i muzyka trochę złagodniała. Z topornych melodyjek nie ostało się wiele, chociaż czuć było w utworach sentyment i przeszłość zespołu, dalej widoczna ewolucja w produkcji, bardziej dopracowane kompozycje. Skończyło się na Playing the Angel, po drodze mój ulubiony krążek BM Violator, pominęliśmy Songs of Faith and Devotion ale bez zbytniego smutku.

Gra o Tron do dźwięków DM jest niezła, chociaż królestwa dużo lepiej podbijać (potwierdzone przez graczy!) do epickiej playlisty

Depeche Mode — Master and Servant

Reklamy

Written by msq

wtorek, 18.12.2012 at 00:41

Dzień Podmiotu Lirycznego

leave a comment »

Zamiast być może oczekiwanej przez damską część audy- i wideotorium (która, daj Boże <jeżeli jesteś>, istnieje) pocztówki dźwiękowej mającej postać rajstop i goździka w celofanie (czy, jak żądał jeden w kwiecie wieku będący klient lata temu w jednej z kwiaciarni mojego rodzinnego miasteczka – „w cefalonie”), będzie pocztówka mało oczywista, za to lekko prowokacyjna.

Skoro bowiem żyjemy w czasach wszechobecnego uniseksu i stopniowego mieszania się płci tradycyjnych, powstawania nowych, a nawet tworzenia zaskakujących kombinacji uwarunkowanych sytuacyjnie, nie zdziwi nas to, co w latach 80. jeszcze stanowiło motor napędowy i cechę wyróżniającą jednej za najpopularniejszych popowych grup hiszpańskich. Mowa o Mecano, działającym w latach 1981-1992 (i reaktywowanym na krótką akcję bojową w 1998) bandzie w składzie: Ana Torroja + bracia Nacho i José María Cano, brzmiących perwersyjnie świeżo w postfrankistowkiej Hiszpanii nie tylko dlatego, że jak parę innych grup z madryckich Nuevos Ministerios udatnie eksperymentowali z synthpopowym i new-romantic-stylem, ale w takim liberalnie brzmiącym opakowaniu wyśpiewywali ustami wokalistki teksty pisane z perspektywy macho (offtop: ileż radości sprawiła mi opowieść kumpla, który musiał kiedyś skorzystać z hiszpańskiej służby zdrowia; wypełniając formularz zgłoszenia jednostki chorobowej w miejscu przeznaczonym na wskazanie płci [M-acho, H-embra] wpisał H, będąc przekonanym, że opcje brzmią [M-ujer, H-ombre] i był wielce zdziwiony, kiedy do wypróżnienia się przyniesiono mu do sali przyrząd wysoce nieodpowiedni).

Polecam szczerze całą dyskografię, bo jest bardzo dobrym dokumentem zmian klimatycznych lat 80. Od utworu o wrażeniach z narkotycznej podróży po własnym mieszkaniu (1981 – ledwo trzy miesiące po Just can’t get enough Depeszów!) i lekko punkowej lekcji makijażu (obie z debiutanckiej płyty z 1982), przez popindustrialny (nie: industrialowy :P) kawałek o monotonii życia japońskiego ludku (1984; komu pobrzmiewają tu nuty genesisowego Land of confusion czy Home by the sea? ) aż po naszą dzisiejszą bohaterkę, której przedstawiać nie trzeba, bo w 1999 roku była 20 tygodni na LP3. Nie jest to najlepsza piosenka Mecano, ale nieczęsto zdarzają się nam top-hit-popowe walczyki w metrum na ‚raz-dwa-trzy’, dlatego z czystym sumieniem MC 1obo zaprasza do pląsu, na zasadzie kultowego ‚łączmy się w pary, kochajmy się’.

Mecano, Hijo de la luna

Written by 1obo

czwartek, 8.03.2012 at 22:56

Napisane w 80s

Tagged with , , , ,

Ziarno oldskulu

leave a comment »

Pada na rozmaitą glebę i rozmaite ma warunki by wzrastać. Nieraz spragnione dźwięków uszy same kierują się w jego stronę niczym liście do słońca. Bywa jednak, że wspaniała muzyka ląduje w lamusie i pozostaje tam w uśpieniu, aż do dnia gdy odkryjemy ją w nagłym ataku nostalgii. Gorzej – gdy zostaje wstydliwie schowana pod korzec i ukrywana niczym przaśny krewniak z wąsem, którego wolelibyśmy nie pokazywać światu. Wiele jest tej muzyki, która nie odpowiada współczesnym wyznacznikiem tego co jest modne  albo co jest alternatywne. Niełatwo głosić dobrą nowinę muzyki.
Nie traćcie jednak ducha. Bądźcie ambasadorami soczystych brzmień we własnych domach, dzielnicach, krajach. Rozgłaszajcie jego sławę w wielkich zgromadzeniach i sytuacjach zgoła intymnych. Nie pytajcie co oldskul robi dla was, lecz co możecie zrobić dla niego!
A że wiele wnosi w nasze życie niech dowiedzie dzisiejsza bohaterka – piosenka zespołu, który gościł w RO u samych początków jego działalności. Minus dwadzieścia stopni to nic, gdy rozgrzewa od wewnątrz taka oto muzyka.

Tears for Fears – Sowing the Seeds of Love

PS RO oczywiści nie ucieka od tematów aktualnych, szczegóły na Facebooku.

Written by bzofik

środa, 1.02.2012 at 22:07

Napisane w 80s

Tagged with , , ,

Oldskul uskrzydlony

leave a comment »

Zanim piosenka trafi do naszego Repozytorium, staje się niejednokrotnie przedmiotem długich rozważań i wielu wątpliwości. Nie zawsze chcemy atakować czytelnika/słuchacza jakimś zupełnie niezidentyfikowanym tworem talentu muzycznego, ale umówmy się – pewne piosenki wydają się nie pierwszy rzut oka zbyt oczywistym wyborem. Kiedyś jednak nadchodzi taki dzień, że już po prostu dłużej nie da się czekać. A jeśli ktoś zajęczy, iż to akurat oldskul tak zgrany, że uszy puchną – trudno.

Przygotujmy się zatem ponownie na wycieczkę do Kalifornii, gdzie na fali popularności zespołów tworzących muzykę z aranżacjami syntezatorów powstała grupa Berlin. Dość szybko wytraciła impet twórczy i zapewne nikt by o niej nie słyszał, gdyby nie udało się je umieścić swojej piosenki na ścieżce dźwiękowej filmu o przystojnych młodzieńcach latających drogimi samolotami. Film okazał się sukcesem, który wywindował także nagranie bohaterów naszego spotkania.

Trudny to  oldskul, bo  obrzydzony przez niektóre stacje radiowe częstotliwością nadawania, w dodatku jest to piosenka tak romantyczna, że aż boli Ma w sobie jednak piękną prostotę i wywołuje zrozumiałą nostalgię za czasami gdy – jak się nam wydaje teraz – wszystko było prostsze, tak pisanie piosenek jak i robienie filmów przygodowych.

Berlin – Take My Breath Away

Written by bzofik

środa, 11.01.2012 at 22:47

Napisane w 80s

Tagged with , , , ,

Skazany na święta

leave a comment »

W zeszłym roku o tej samej mniej więcej porze dzieliłem się myślami na temat piosenek świątecznych, ukrytych w przepastnych archiwach rozgłośni radiowych, a odtwarzanych jedynie w okresie bożonarodzeniowym. Dziś kontynuacja tegoż wątku, ale odrobinę bardziej wyrafinowana i nienachalna (bo przecież do świąt mamy jeszcze kilka dni).

Był sobie pewien pan, który postanowił napisać piosenkę zaangażowaną, tzw. protestsong skierowany przeciwko wojnie i imperializmowi. Opisał niedole żołnierzy zamarzających w zaśnieżonych  okopach, grozę rzezi wojennej i nieuchronną zdawałoby się (a mamy lata osiemdziesiąte) nuklearną apokalipsę. Sprokurował nawet teledysk z obrazami nawiązującymi do pierwszej wojny światowej. Wszystko szło utarta ścieżka…ale wpadł również na pomysł żeby użyć w piosence sekcję instrumentów dętych, dzwony (i nie zapaliło się światło ostrzegawcze?) w końcu wers o tym, że podmiot liryczny chce wrócić na święta do domu.

Mleko się rozlało panie Lewie, pańska piosenką będzie zawsze grana jedynie w grudniu, a Ci co nie znają języka angielskiego będą uważać ją za pogodny utwór „z dzwoneczkami”.

Co nie zmienia faktu, że to wspaniały oldskul i doskonała kompozycja, stąd dziś przypominamy go w naszym Repozytorium.

Stop the Cavalry – Jona Lewie

Written by bzofik

środa, 21.12.2011 at 20:22

Napisane w 80s

Tagged with , , ,

Jak Oni Wymawiają

leave a comment »

Onegdaj rozprawiałem z wielmożnymi Repozytorami nad szklanicą na temat tego, piosenki w jakich językach pojawiają się na naszym blogu. Było o tym nie raz, ale powtórzę – język angielski miażdży i dominuje, choć polska husaria czasem też natrze z impetem. Poza tym dość silna jest nigdzie nie ukryta, a wręcz ostentacyjnie prezentowania opcja niemiecka. Dokładną statystykę podamy ciekawym kiedy indziej i gdzie indziej, dziś zaś zaatakujemy śmiałym manewrem znad Sekwany.

Pewien znajomy frankofil rozprawiał ze mną kiedyś nad meandrami język Moliera. Sam w nim zakochany zdobył się jednak na szczerą uwagę, że trochę za dużo tam cyt. „dźwięków od czapy, charknięć i rzężenia”. Jest to opis barwny, przesadzony i humorystyczny, ale oddaje nieco istotę problemy. Nie jest to mowa łatwa, nie uważam jej również za najszczęśliwszą dla tworzenia piosenek, choć gdy poznałem pierwowzór tej piosenki, zmieniam powoli zdanie. Faktem niezbitym jest jednak, iż w języku tym powstał jeden z kanonicznych oldskuli, który dziś stał się bohaterem odcinak RO.

Desireless – Voyage Voyage

Written by bzofik

środa, 26.10.2011 at 21:10

Napisane w 80s

Tagged with , , ,

Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju

leave a comment »

Tak się czasem zdarza, że zespół nie może zrealizować marzeń odnośnie rozwoju kariery. Niby robią wszystko tak jak być powinno – koncertują, wydają płyty, mają niezłe piosenki, ale sukces wciąż czai się za rogiem. Wszystko dzieje się jakby na pół gwizdka, a przecież potencjał jest widoczny gołym okiem. Wielu w takiej sytuacji porzuci muzykowanie i zajmie się czymś innym. Są jednak tacy, których podniesie na duchu zupełnie niespodziewana wieść. Nawiedzi ich bowiem menadżer i wyłuszczy, że jest taki kraj którego nie bardzo potrafi znaleźć na mapie, ale nucą w nim wasze piosenki i jesteście popularniejsi niż sam Jezus.

Wielkie oczy, zdziwienie i ciepłe uczucie w sercu. Jednak się udało!

Przykładów jest wiele, ale dziś coś z wątkiem polskim w tle. Zespół Classix Nouveaux to jeden z setek zespołów jakie powstałych na Wyspach Brytyjskich w latach osiemdziesiątych. Przez lata działalności rozmaite konfiguracje składu grupowały się wokół lidera i wokalisty Sala Solo. I o ile w swej ojczyźnie muzycy nigdy nie doczekali się sukcesu, to ich muzyka zdobyła niezwykła popularność w kraju nad Wisłą. W kategoriach sprzedaży płyt wyglądało to oczywiście kiepsko, ale pierwsze miejsca na listach przebojów oraz zastępy wiernych fanów zrobiły swoje – zespół trzy razy odwiedził Polskę. Jako, że przeboje grupy są niewątpliwie klasycznym oldskulem, nie mogliśmy nie zaprosić ich do naszego Repozytorium.

Classix Nouveaux – Never Never Comes

Written by bzofik

środa, 7.09.2011 at 21:31

Napisane w 80s

Tagged with , , , ,

%d blogerów lubi to: