Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Posts Tagged ‘canadian

Hity kanadyjskie: „Let’s Go To The Mall”

leave a comment »

Kto oglądał (kto nie oglądał?!) South Park ten wie, że Kanada i jej mieszkańcy są często obśmiewani. Z jakiego powodu: nie wiem. Może to strzał na chybił–trafił, a może kawały o Kanadyjczykach to odpowiednik naszych stereotypowych, najczęsciej kiepskich, „o ruskach”. SP zresztą nie jest wcale jedyny, fani How I Met Your Mother? na pewno pamiętają Robin Scherbatsky i jej bubble-gum-hit Let’s Go To The Mall — narodowość Robin była kilkukrotnie podkreślana w serialu (nota bene aktorka odtwarzająca rolę Robin, Cobie Smulders, urodziła się w Vancouver).

Przykłady pewnie można mnożyć, oczywistym jest, że to tylko stereotypy nie mające nic wspólnego z rzeczywistością, a strajkująca Kanada na pewno narobiłaby trochę zamieszania na Ziemi: nie byłoby Alanis Morissette i „Ironic”, zabrakłoby świetnych coverów Michaela Bublé. Nie usłyszelibyśmy też Celine Dion w Titanicu (najbardziej kasowym po Avatarze filmie w historii — a różnica między nimi to 12 lat!). Co prawda nie musielibyśmy również cierpieć przy Justinie Bieberze ani wiedzieć o istnieniu Nicklebag, ale nie ma rzeczy idealnych… Z Kanady wywodzi się również mniej znany zespół Delerium. Założony jako sideproject Front Line Assembly (niszowy, ale w swej niszy bardzo znany) nagrał w latach 90. kawałek w kolaboracji z niejaką Sarą McLachlan. Utwór nazywa się „Silence” i jest porcją naprawdę pięknej, spokojnej muzyki; nastrojowy, z rewelacyjnym wokalem kanadyjki bierze troszkę z ambientu, można w nim usłyszeć fragmenty chorału gregoriańskiego.

Delerium feat. Sarah McLachlan — Silence

Written by msq

poniedziałek, 26.03.2012 at 19:19

Napisane w 90s

Tagged with , , , ,

Uśmiech proszę

leave a comment »

Ma pięćdziesiąt dwa lata, sprzedał wiele milionów egzemplarzy płyt, a przedwczoraj wystąpił na stadionie w Rybniku. Po raz pierwszy zobaczyłem go podczas telewizyjnej transmisji festiwalu w Sopocie, a znając z tylko jednej piosenki (tak, tej co wszyscy) wzruszyłem tylko ramionami i pomyślałem, że przyjechał zarobić łatwe pieniądze w kraju, który omijały prawdziwe rockowe tuzy. Błąd. Koncert był świetny, a ja uświadomiłem sobie ile wspaniałych piosenek ma na swoim koncie, oraz jak świetnie potrafi się odnajdywać w rozmaitych stylistykach. Od tej pory przychylnie zerkam na jego karierę.

Dopiero niedawno dowiedziałem się jednak o jego pasji, porównywanej chyba z muzyką. Wielu muzyków ma jakieś „hobby” stanowiące odskocznie od codziennego zajęcia. Bruce Dickinson pilotuje samolot, Bono ratuje świat, a Liam Gallagher kłoci się ze swoim bratem. Niewielu jednak z nich tak konsekwentnie buduje swoją pozycję, w świecie zupełnie odmiennym, gdzie główną dominanta nie jest dźwięk tylko obraz. Nie jest to jedynie rozrywka bogatego gwiazdora – trzeba co nieco umieć, żeby otworzyć swoją wystawę w Saatchi Gallery albo publikować zdjęcia w Vogue. Może zatem warto dziś podczas wizyty w Repozytorium warto zaangażować dwa zmysły, coś do oglądania znajdziecie tutaj, zaś poniżej bohaterka dzisiejszego odcinka. Choć tym razem w ręce wpadła mu gitara, a nie aparat, to i tak wywołuję uśmiech na twarzy.

Bryan Adams – Run to You

Written by bzofik

środa, 15.06.2011 at 06:30

Napisane w 80s

Tagged with , , ,

A Ty, jak się czujesz?

leave a comment »

Święta, święta i po świętach. Po dniach, kiedy pożywienie przyswajanie było w ilościach heroicznych, a napitki w suche gardła wlewane z nie mniej bohaterską ochotą, powrócić czas do rzeczywistości.

Nowy rok, nowe nadzieje, mocne jeszcze, acz z dnia na dzień coraz bardziej nadwątlane, postanowienia. Przydałby się oldskul.

Zaczniemy rok pozytywnie. Pisaliśmy już o jednym standardzie, teraz weźmiemy się za drugi. W zeszłym roku portal New Musical Express przeprowadził sondaż w celu wyłonienia najlepszego jak i najgorszego covera w historii. Czy to dzięki głosom prawdziwych fanów muzyki, czy też skrzyknęły się fanki Zmierzchu, Zaćmienia czy innej Szarówki, nieważne. Wygrał Muse z Feeling Good, oryginalnie wykonywanym przez … no właśnie.

Późniejszy hit został napisany w 1964 roku jako część drugiego aktu musicalu The Roar of the Greasepaint – The Smell of the Crowd. Niebroadwayowskiemu uchu piosenka została zaprezentowana przez Ninę Simone rok później i chwyciła, oj jak ona chwyciła. Od tego czasu zostało nagranych wiele coverów, począwszy od tych dobrych , przez te, do opisu których brak słów, te, które wygrywają sondaże, po te, gdzie piosenka wykonawcom pasuje jak świni siodło (czy mógłbym półgębkiem zasugerować, żeby przy castingach do następnego boys/girl-bandowego fenomenu sprawdzano, czy kandydaci posiadają duszę, albo inną niepasożytniczą formę życia wewnętrznego).

Wykonanie wybrane dziś na oldskul wyróżnia się z dwóch powodów.  Po pierwsze głos Michaela Buble sprawia, że seksualność piszącego te słowa uplastycznia się w kałużę rozkoszy śliniącą się (tak, kałuża się ślini, a co?) jak 12-latka do wersji reżyserskiej Zmierzchu. Po drugie Michael Buble pokazuje, że da się i odnieść sukces i pozostać normalnym człowiekiem.

Written by bebuk

poniedziałek, 3.01.2011 at 21:32

Napisane w 00s, 60s

Tagged with , , , ,

Odtrutka

with one comment

Dzisiaj coś specjalnie dla ludzi, którym łatwo wchodzą w głowę melodie i cały dzień dziś nucili no no no no no no no no no no no no no no limit.
Alannah Myles jest posiadaczką chyba najseksowniejszego głosu wśród wokalistek jednego przeboju. Co prawda nagrywała z niejakim Zucchero, ale efekty tej współpracy raczej nie przebiły się do masowej świadomości. Dla urodzonej w Kanadzie wokalistki była to próba ucieknięcia od etykietki tej co to na werandzie śpiewała, kolejna w dlugiej serii, w której każda następna wygląda coraz rozpaczliwiej. Słowa tego nie nadużywam, bo jak inaczej można określić nazwanie nowego albumu tak samo jak hitowa pisoenka sprzed prawie 20 lat, w płonnej nadziei chyba, że we wujku google’u wysoko się będzie plasował. Albo start w szweckich eliminacjach do Eurowizji, gdzie też Alannah uplasowała się na 7, przedostatnim, miejscu. Zgoda, gustami fanów owego przeglądu muzycznej kloaki Starego Kontynentu nie należy się sugerować, ale kariera Kanadyjki raczej nie kwitnie, lekko to ujmując.

Alannah Myles – Black Velvet

Written by bebuk

wtorek, 5.10.2010 at 20:51

Zespoły jednego przeboju.

leave a comment »

Często spotykamy się z opinią, iż dany zespół zasłynął jednym tylko utworem, który zawojował listy przebojów lub ostał się w pamięci szerszego kręgu odbiorców. Używamy nieraz określenia zespół jednego przeboju bez zastanowienia się, czy nie jest ono czasem krzywdzący. Oczywiście, w powszechnej świadomości zespół Europe „popełnił” jedynie The Final Countdown, a na hasło Black odpowiadamy natychmiast Wonderful Life. Nieraz jednak nie mamy pojęcia, że zespoły te mają za sobą nieraz wieloletnie kariery oraz nagrały wiele ciekawych płyt. W dodatku mają też swoich fanów, dla których redukcja ich ulubieńców do roli autorów przeboju jednego sezonu jest nie do przyjęcia. Może czas na bardziej otwarte podejście – gdy znamy chociażby ten jeden utwór, może warto czasem zainteresować się, co też innego zespól ma nam do zaoferowani. Przykład na dziś – Rush, kanadyjski zespół konsekwentnie od czterdziestu lat(!!!) podążających muzyczna ścieżką rocka progresywnego. Dziewiętnaście albumów studyjnych, świetne koncerty, częste wycieczki stylistyczne w nowe, nieznane sobie rejony. Co z tego zostało w świadomości przeciętnego wielbiciela muzyki – prezentowany dziś utwór Nobody’s Hero. Tekst piosenki napisał perkusista zespołu Neil Peart, a odniósł się w nim  do śmierci w skutek rozwoju AIDS swojego przyjaciela oraz do dziewczyny, ofiary pewnego seryjnego mordercy.

Written by bzofik

wtorek, 7.09.2010 at 21:42

Napisane w 90s

Tagged with , ,

%d blogerów lubi to: