Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Archive for Styczeń 2012

Aż poleje się krew

4 komentarze

UWAGA: Ze względu na tematykę post zawiera linki do scen przemocy i, co gorsze, spoilery.

Wybrałem się ostatnio na Dziewczynę z Tatuażem i jak się okazało oldskulu było więcej niż się spodziewałem, powiedziałbym nawet, że dwa razy więcej. Nie będę zdradzał niczego, ale oprócz świetnie brzmiącego Immigrant Song Trenta Reznora i Karen O pojawiała się pewna, dosyć pozytywna zresztą piosenka, która przez kompletny dysonans nastrojów, sprawia, że bardzo niepokojąca scena wydaje się jeszcze brutalniejsza. (Kto chciałby wiedzieć co to za piosenka i jak się tam znalazła może wejść tutaj i sprawdzić szósty wpis.)

Zestawienie pop hitów i niepokojącej fabuły nie jest oryginalnym pomysłem Finchera. Kto oglądał Mechaniczną Pomarańczę, nigdy nie spojrzy już tak samo na Singing in the Rain, a kto widział Silent Hill, jeden z niewielu horrorów, którym rzeczywiście udało się mnie przestraszyć, wie jak wykorzystano biblijne konotacje skocznego skądinąd Ring of Fire Casha. Zaś mistrzem dysonansu między muzyką a obrazem wydaje się być Tarantino, który umieszczając Stuck in the Middle with You w scenie tortur wyznaczył szczyt nieosiągalny dla prawie nikogo. Prawie.

W 2000 roku na ekrany kin wszedł amerykański thriller American Psycho, mroczny portret środowiska yuppies lat osiemdziesiątych. Film pokazuje powolne popadanie w szaleństwo głównego bohatera, finansisty z Wall Street, który w najważniejszej scenie morduje swojego wspólnika, wyłuszczywszy mu najpierw swoją opinie na temat zespołu Huey Lewis and the News, a w szczególności ich największego hitu Hip to be Square, piosenki o, że zacytujemy film, przyjemnościach płynących z konformizmu, znaczeniu trendów oraz o samym zespole.

Huey Lewis and the News – Hip to be Square

Written by bebuk

niedziela, 29.01.2012 at 15:52

Napisane w 80s

Tagged with , , , ,

Jak polubiłem bębnienie

leave a comment »

Dzisiaj będzie o czymś na czym się w ogóle nie znam, czyli o perkusji. Przez długi czas niezbyt interesowałem się tym instrumentem jako składową całej ścieżki dźwiękowej. Nie wiem kiedy mi się przestawiło, ale faktem jest, że zacząłem na bębny zwracać większą uwagę. Jest podejrzenie w mojej głowie, że ogólnie zacząłem słuchać muzyki (przynajmniej częściowo) jako zbioru różnych instrumentów połączonych ze sobą, ale to perkusja była dla mnie zawsze najbardziej „wtapiającym się” instrumentem. Niby nadaje rytm muzyce, ale sama nie wystaje poza szereg tak jak gitary czy wokal.

Nigdy nie pociągały mnie specjalnie szalone i zaawansowane technicznie solówki na perkusji, takie jak ta z Moby Dicka Zeppelinów. Zresztą nie tylko ten instrument, nawet solo gitarowe nie kręci mnie aż tak (chociaż są wyjątki). Mam chyba wrodzoną niechęć do wirtuozerii samej dla siebie, nie wnoszącej wiele do kawałka, o wiele bardziej, i podejrzewam, że tak ma większość bo na tym polega przecież muzyka, pociąga mnie to, jak instrumenty tworzą całość a jednak każdy z nich gra z osobna, każdy jest osobnym bytem ale współpracującym z innymi.

I tu trafiamy do dzisiejszego przykładu. Wyświechtanego i każdemu znanego, ale chyba dobrze oddającego sedno tego, o czym napisałem. „In the flesh” z „The Wall”. Linia perkusji w tym kawałku to coś niesamowitego! Nie jest bardzo nachalna, ale jednocześnie są momenty, w których pokazuje pazurki, jak moooocne uderzenia pomiędzy pierwszymi wersami, czy przewijający się motyw krótkich, szybkich uderzeń w bębny (+końcówka!) Nie wiem, czy przekazałem to choć trochę sensownie, ale wiem jedno, tego kawałka mogę słuchać na okrągło ze względu na perkusję właśnie. Na jutubie znalazłem amatorskie nagranie, które eksponuje ten instrument (niestety, tylko pierwsza część utworu).

„So ya, thought ya might like to go to the show.”

In the Flesh — Pink Floyd

Written by msq

piątek, 27.01.2012 at 20:35

Napisane w 70s

Tagged with , , ,

To nie policja

leave a comment »

Sobotnim popołudniem jechałem sobie przez targane przestępczością ulice Vice City, gdy DJ Toni z radia Flash FM zaserwował mi kawałek, który, byłem przekonany, pochodził z katalogu The Police. Niby muzycznie nie brzmiał jak inne znane mi ich dokonania, ale ten charakterystyczny głos Stinga z pseudo-jamajskim akcentem (bo przecież nie da się śpiewać niczego inspirowanego reggae normalnie akcentując słowa) nie pozostawił w mojej głowie grama wątpliwości co do wykonawcy. Teraz, po kilkukrotnym przesłuchaniu kawałka, dochodzę do wniosku, że podobieństwo do The Police jest żałośnie nikłe. W każdym razie, napędzany wtedy pożywnym sucharem pędziłem ulicami nieistniejącego miasta, zapomniawszy całkiem, że na zlecenie bossa mafijnego miałem złamać nogę jakiemuś gościowi.

Postanowiłem zlokalizować kawałek, poszperałem, pogrzebałem i znalazłem, uwaga brytyjskie pop rock/power pop power trio The Outfield. Panowie z Londynu mogą z powodzeniem walczyć z tuzami pokroju Europe o tytuł najprawdziwszego zespołu jednego przeboju. Po wydaniu w 1986 debiutanckiego Play Deep,z przebojem Your Love, powoli zsuwali się w przepaść nierozpoznawalności. Piosenka natomiast zaczęła żyć własnym życie i oprócz miejsca na niemal każdej składance z hitami lat osiemdziesiątych uzyskała status kawałka kultowego, scoverowanego, według cioci Wikipedii, ponad 1000 razy.

The Outfield – Your Love (uwaga: klip może wywołać nostalgię bądź chichot, w zależności od wieku oglądającego)

Written by bebuk

niedziela, 22.01.2012 at 15:53

Napisane w 80s

Tagged with , , , , ,

Szkiełko i oko

leave a comment »

Smoki, wróżki i zatopione skarby. Nie, nie będzie to odcinek poświęcony takiej muzyce. Raczej krótka refleksja sprowokowana tekstem piosenki będącej bohaterką dzisiejszego odcinka RO. Czy da się rzeczywiście wszystko przeniknąć siłami ludzkiego rozumu? Niezaprzeczalne są jego triumfy – zbadaliśmy podmorskie głębiny, wysłaliśmy człowieka na księżyc, nie truchlejemy już na widok zaćmienia słońca. Racjonalizm uporządkował nasze życia i nie sposób uciec od pytania, czy za niedługo wyjaśnimy już wszystkie pytania jakie stawiano sobie od początków ludzkości.
Mam nadzieję, że nie. Wielu się taka wizja podoba, lecz mnie odarcie życia z tajemnic, pewnych niewytłumaczalnych fenomenów, paradoksów zuboży je i sprowadzi do śmiertelnej stagnacji. Nie wchodzę tu w dywagacje, co miałoby być źródłem tych niesamowitości, biorę to z dobrodziejstwem inwentarza, wierząc że póki nie zmierzymy wszystkiego i nie zważymy, nasze umysły będą bardziej kreatywne, a życie obfitsze w emocje i kolory.

Supertramp –  The Logical Song

Written by bzofik

środa, 18.01.2012 at 18:35

Napisane w 70s

Tagged with , , ,

Pan Błękitne Niebo

leave a comment »

Pamiętam, że dawniej nienawidziłem pozytywnych piosenek. Żeby coś było sztuką, dla mnie musiało poruszać tematy egzystencjalne, najlepiej podlane lamentem nad deprawacją człowieka i ludzkości jako takiej. Potem poszedłem do liceum.

Weekend powitaliśmy Jesienną Deprechą a pożegnamy jednym z najbardziej pozytywnych piosenek jakie znam. Jeff Lynne gościł już u nas nie tylko ze swoim zespołem flagowym, Electric Light Orchestra, ale również z najbardziej super z grup Traveling Wilburys. Jego wartość jako producenta doceniali zaproszeniami do współpracy wielcy formatu Toma Pettiego, Roy’a Orbisona czy The Beatles. Praca z tymi ostatnim stała się dla Lynne’a na tyle dużym przeżyciem, że wywarła kapitalny wpływ na jego dlaszą działalność muzyczną. John Lennon nazwał kiedyś ELO synami The Beatles, a sam Lynne stwierdził, że jego zamysłem przy tworzeniu zespołu było kontynuowanie od miejsca, gdzie czwórka z Liverpoolu skończyła. Zresztą wpis na wikipedii nie dostaje się za nic.

Mr Blue Sky pochodzi z podwójnego albumu Out of the Blue, największego komercyjnego sukcesu zespołu. Pierwszą stronę drugiegio winyla zajmowała Concerto for a Rainy Day, czteroczęściowa suita zainspirowana ulewami, jakich doświadczyli muzycy w Szwajcarii, w trakcie nagrywania albumu. W końcu jednak chmury rozgonił wiatr i pojawił się Pan Błękitne Niebo.

Written by bebuk

poniedziałek, 16.01.2012 at 21:54

Napisane w 70s

Tagged with , , ,

Jesienna deprecha

with one comment

Dzisiaj kawałek z gatunku „jestem przybitny, smutny, życie mnie mierzi”. Minimalistyczna kompozycja mało znanego australijskiego zespołu Flash and the Pan pt. „Lights in the Night” wprowadza w bardzo melancholijny nastrój, bez problemu można wczuć się w podmiot liryczny siedzący gdzieś w ciemnym pomieszczeniu w domu, wszystko dookoła szaro–bure, nastój zmusza do refleksji, chyba, że wcześniej zdołasz się upić. Nie ma żadnej motywacji, nic nie chce ci się robić, nigdzie wyjść, nie masz ochoty na książkę, film.

Usłyszałem ten kawałek całkiem niedawno, co dziwne skojarzył mi się z utworem zespołu Kury „Jesienna deprecha”. To chyba przez sam wydźwięk tekstu, bo po pierwsze muzycznie są to zupełnie inne utwory, a po drugie na pierwszy rzut oka tekst „Deprechy” to jeden z „tych śmiesznych tekstów piosenek”, co to ich dużo w „internecie dla nastolatków”, ale w gruncie rzeczy nie jest on taki prosty.

Flash and the Pan — Lights in the Night

P.S. Dla tych, których zawsze nurtowało co to był ten adidas, co go komar sprzedał w kawałku Kur: podobno chodzi o AIDS, chociaż jest to wątpliwa teoria bo komary nie przenoszą tej choroby :-)

Written by msq

piątek, 13.01.2012 at 18:53

Napisane w 80s

Tagged with , ,

Oldskul uskrzydlony

leave a comment »

Zanim piosenka trafi do naszego Repozytorium, staje się niejednokrotnie przedmiotem długich rozważań i wielu wątpliwości. Nie zawsze chcemy atakować czytelnika/słuchacza jakimś zupełnie niezidentyfikowanym tworem talentu muzycznego, ale umówmy się – pewne piosenki wydają się nie pierwszy rzut oka zbyt oczywistym wyborem. Kiedyś jednak nadchodzi taki dzień, że już po prostu dłużej nie da się czekać. A jeśli ktoś zajęczy, iż to akurat oldskul tak zgrany, że uszy puchną – trudno.

Przygotujmy się zatem ponownie na wycieczkę do Kalifornii, gdzie na fali popularności zespołów tworzących muzykę z aranżacjami syntezatorów powstała grupa Berlin. Dość szybko wytraciła impet twórczy i zapewne nikt by o niej nie słyszał, gdyby nie udało się je umieścić swojej piosenki na ścieżce dźwiękowej filmu o przystojnych młodzieńcach latających drogimi samolotami. Film okazał się sukcesem, który wywindował także nagranie bohaterów naszego spotkania.

Trudny to  oldskul, bo  obrzydzony przez niektóre stacje radiowe częstotliwością nadawania, w dodatku jest to piosenka tak romantyczna, że aż boli Ma w sobie jednak piękną prostotę i wywołuje zrozumiałą nostalgię za czasami gdy – jak się nam wydaje teraz – wszystko było prostsze, tak pisanie piosenek jak i robienie filmów przygodowych.

Berlin – Take My Breath Away

Written by bzofik

środa, 11.01.2012 at 22:47

Napisane w 80s

Tagged with , , , ,

%d blogerów lubi to: