Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Archive for Maj 2012

And then there were three…

leave a comment »

Zaryzykowałbym stwierdzenie, że naturalną właściwością każdej wczesnej młodości istoty o poziomie samoświadomości nieco przekraczającej leminga jest skłonność do ortodoksji. Niektórym to pewnie zostaje na dłużej, ale to w wieku, nie bójmy się tego słowa, cielęcym ludzkość obrasta w długie pióra, w pocie czoła przyszywa do plecaków kawałki filcu z nazwami zespołów, farbuje irokezy, cierpliwie pastuje glany itp. W każdym razie takie były czasy mojej młodości; teraz w pierwszy dzień wiosny można (o tempora!) spokojnie przemierzać ulice mojego rodzinnego miasta, podczas, gdy jeszcze 15 lat temu stanowiłoby to podstawę odmowy wypłacenia sumy ubezpieczenia na życie, bo takie (tyle radosne co kretyńskie) przedsięwzięcie było róznoznacze z podpaleniem stodoły albo samospaleniem. Ten dzień był bowiem poświęcony regularnej wojnie punkowców ze skinheadami (nikt o dresach jeszcze nie słyszał), którzy spotykali się w połowie drogi między osiedlami i tam sprawdzali kto ma większą rację.

To se chiba ne vrati: nasza stanowczość i czarno-białe postrzeganie świata przepadło. O ile wtedy gótów byłem przypisywać wszystkim nie-fanom rocka psychodelicznego poziom intelektualny gdzieś w okolicy pierwotniaka, teraz (być może zmęczenie materiału) sam częściej wrzucam kawałki lekkie, łatwe i przyjemne, a nie symfoniczne opera magna w stylu Ummagummy. I cóż: kiedyś istnieli dla mnie tylko Genesis z Peterem Gabrielem przebierającym się za (TW) stokrotkę, potem następowały w moim przekonaniu wieki ciemne, szczęśliwie przezwyciężone przez Calling all stations ze wspaniałym Wilsonem (miałem kasetkę od Bzofa!). Nic dziwnego: nie dość, że nie cierpiałem tego małego, skrzeczącego jak nadmuchana przez tyłek żaba Collinsa (pamiętacię żenadę pt. Dance into the light?), to jeszcze nuty brzmiały niemal jak Bee Gees, nie uwłaczając. Wartość ludyczna jest jednak tych motywów wielka, a przymrużenie oka, z jakim na siebie spoglądają dramatis personae, hmm, powala.

Rzućmy zresztą okiem na ten klip z gigantycznymi marynarkami z wielkimi poduchami na ramionach (czyj, że tak powiem, stary takiej nie miał? zwykle seledynową), wzwodem na widok kamery vhs wielkości polaroida, fryzurą typu ‚krótko (coraz krócej) z przodu, długo z tyłu’, szczęśliwie bez wąsów, dominacją klawiszy, przydługimi płaszczami (czyja, że tak powiem, stara takiego nie miała?), zabawą przed kamerą ze śpiewem do pałek wielkich jak dwanaście paluszków Lajkonik i jazda na rowerze w kółko (chyba Gabrielowi się ten motyw spodobał). A kto dotrwa do końca zostanie nagrodzony falsetem a’la wspomniani bracia Gibb.

Genesis, Invisible touch

 

Written by 1obo

czwartek, 31.05.2012 at 22:43

Napisane w 80s

Tagged with , , ,

Z cyklu „Pojedźcie. Postójcie. I posiedźcie” – podróż pierwsza.

leave a comment »

Człowiek istotą społeczną  zdaje się być. Stąd lubi gromadzić się razem z pobratymcami w zespołach budowli nazywanych miastami. Z masochistyczną przyjemnością zagęszcza w nich zabudowę, do czasu gdy ustawiczny tłok, brud, pośpiech doprowadzają go na skraj załamania nerwowego, tak że zaczyna marzyć o wyprowadzenia się na odludzie. Co jeszcze nam dają miasta poza korkami, graffiti oraz podatkami od wszystkiego? Czasem miasto przez swoją historię, architekturę, mieszkańców, wytwarza niepowtarzalną atmosferę. Być może to tylko mit, może marketing, ale są miasta które pasują do tego opisu i postaramy się je przybliżyć na łamach naszego bloga – poprzez oldskul rzecz jasna. Bilety lotnicze tanieją, ale nie do tego stopnia, byśmy mogli pogardzić dziś próbą przeniesienia się za pomocą wyobraźni w ciemne uliczki Wietrznego Miasta. Dla osób podrastających wtedy co ja, hasło Chicago zawsze wywoła odzew  – Michael Jordan i koszykówka, która to w wykonaniu drużyny z tym panem  wzniosła się w latach dziewięćdziesiątych na prawdziwe wyżyny. Ale Chicago przecież to nie tylko sport, to architektura, przestępczość, ale i muzyka – solidna reprezentacja jazzmanów i bluesmanów pochodzi z Chicago. Miasto było po wielokroć portretowane w filach, ale w głowach Repozytorów, wciąż tkwi głównie jeden, i w nim właśnie pojawia się bohaterka naszego spotkania, standard bluesowy wykonywanych już chyba przez wszystkich, da mnie najsmaczniejszy tak oto podany.

The Blues Brothers – Sweet Home Chicago

PS Jeśli komuś coś w duszy gra za sprawą Chicago, zapraszamy na FB celem podzielenia się.

Written by bzofik

poniedziałek, 28.05.2012 at 20:24

Napisane w 80s

Tagged with , , , ,

„Dopóki nie skorzystałem z Internetu…”

leave a comment »

Pamiętam pierwszy cyfrowy teledysk na moim pececie. To było kilkanaście lat temu, śliniłem się jeszcze na widok wszystkiego, co związane z internetem, a więc czatów, „portali”, modemów ze światełkami o zawrotnych prędkościach rzędów kilobajtów na sekundę (!) i reszty tego przesadnie drogiego badziewia, które łączyło mnie z resztą świata. Za to połączenie słono się płaciło, Telekomunikacja darła coś w granicach 30gr/3 minuty w godzinach szczytu (chyba od 6 do 22) i 60gr/3 minuty od 22 do 6. A pomimo to nigdy później nie wstawałem tak ochoczo o 4.3o, żeby się „podpiąć”.

To niesamowite, jak wiele zmieniło się od tego czasu. Wtedy dyski w granicach 1-2 gigabajtów, teraz w zasadzie wszystko dostępne przez sieć, bo jest szybka i niezawodna, że łatwiej ludziom trzymać pliki w słynnej „chmurze” niż lokalnie. Wtedy procesory 100MHz a nawet mniej, teraz 4 albo 8 rdzeni i każdy z zawrotnym taktowaniem 2GHz. To co jeszcze nie dawno było nie do pomyślenia nie wiadomo kiedy staje się nowym standardem.

Wszędobylskie „online” daje złudne poczucie, że w „Internecie jest wszystko”. Niestety, nie jest jeszcze tak dobrze — digitalizacja źródeł wcale nie postępuje tak szybko, chociaż istnieją projekty, które bardzo mocno posuwają temat do przodu (wiecie, że reCAPTCHA się do tego przyczynia?). Bardzo konkretnej wiedzy nadal nie znajdziemy na Wikipedii tylko w bibliotece.

Nie pamiętam w jaki sposób teledysk trafił na mój dysk. Nie wiem zresztą, czy powinienem go nazywać wtedy teledyskiem bo był niepełny, trwał minutę i zajmował (pamiętam to dokładnie) 10 megabajtów. Te 10MB było znaczącym obciążeniem dla dysku i długo gryzłem się, żeby w końcu odzyskać to miejsce i wyrzucić plik. Dzisiaj obejrzycie teledysk na YouTube i nawet nie mrugniecie okiem na myśl o transferze, który wykorzystacie w tym czasie. Jest to pewnie więcej niż 10MB. Minęło 15 lat.

Metallica — The Unforgiven II

Written by msq

poniedziałek, 21.05.2012 at 21:38

Napisane w 90s

Tagged with , , , , ,

with one comment

Msq pisał już kiedyś celnie o tym, jaką rolę w naszym oldskulowym świecie odgrywa Depeche Mode. Akurat w tamtym wpisie molestowany był, hmm, wkład (!) Vince’a Clarke’a (kiedyś odmiana obcojęzycznych imion i nazwisk doprowadzi mnie do szału). Wątek Depeszów nie został potem podjęty: zdaje się, że zadziałał mechanizm typowy dla psowatych, zgodnie z którym obsikany teren implikuje naruszenie miru domowego, a my jesteśmy grzeczni i ucywilizowani, więc go nei naruszamy. Innymi słowy: jak ktoś zaklepie temat, to ‚wszyscy wy**erdalać, mój jest ten kawałek podłogi!’ (po pierwsze primo)*, po wtóre: drugi wpis poświęcony tej samej ekipie (a niektóre są naprawdę płodne w hiciory jak nie przymierzając Rasputin, którego postać poajwia się w innym oldskulowym kawałku, w tzw. bastardy – dzięki Grze o Tron słowo to szczęśliwie wraca do łask) robi wrażenie pewnej wtórności.

Zostawmy zatem Depeszów, ale pójdźmy tropem Clarke’a, którego partnerką w Yazoo była Alison Moyet, istota pozbawiona przesadnego potencjału wokalnego ale dysponująca charakterystycznym głosem (ok, do Annie Lennox jej jednak spoooro brakuje). W każdym razie po rozstaniu się z Klarkiem (nie ‚zniesę’ już tych apostrofów) nagrała parę płyt, trochę pokoncertowała (raz nawet w Olsztynie [wtf?]), osiągała nawet dobre rezutaty w sprzedaży albumów solowych, ale jej kariera pozostaje chyba naznaczona piętnem muzycznych kooperacji. Dość powiedzieć, że najbardziej znanym występem Alison było Live Aid z Paulem Youngiem. Moyet zostawiłą nam też po sobie solowe cudeńko opatrzone klipem w którym wszyscy zdają się dobrze bawić, więc skoro taki trynd – bawmy się i my. Nie będzie chyba nadmiernym okrucieństwem drobna uwaga, że w powstaniu naszej dzisiejszej boahterki maczał paskudne paluchy David Stewart (Eurythmics; koło z Annie Lennox się zamyka); ale nie bądźmy drobiazgowi.

Alison Moyet, Is this love?

 

*Wpis Bzofa przypomniał mi, że kawałek Pana Ząbka od lat wywołuje we mnie skojarzenie z jedną imprezą sylwestrową spędzoną w mieszkaniu (jak to się mówi w Krakowie, gdzie rozgrywa się akcja opowieści – ‚na mieszkaniu’) studenckim. Spóźniony dwie godziny (autobus z mojego rodzinnego miasta jechał stanowczo za wolno) dostałem od gospodarzy karniaka, po wypiciu którego wmaszerowałem do tzw. bawialni. Tam moim oczom ukazał się widok pląsających na środku pokoju naspidowanych Niezydentyfikowanych Obiektów Niemal Latających, kilka parek liżących się po kątach, mocną ekipę tankującą wódę z prędkością lukstorpedy oraz jakiegoś przygarbionego chłopka siedzącego w kąciku i ślepiącego opatrzone grubymi okularami gały w ekran czarno-białego telewizora (nie było to ani hi-fi, ani nawet technikolor). Rozpoznawszy w nim ‚kolegę Arka’ podlazłem doń, usiadłem na jakimś przedmiocie nazywanym szumnie ‚taboretem’ i powiedziałem ‚cześć, Arek’, wyciągając grabę. On pomilczał, wpatrując się bez zrozumienia w telewizor, w którym aktualnie orędzie noworoczne wygłaszał Kwaśniewski, i powiedział po pewnym zastanowieniu: ‚spi**dalaj, to mój prezydent’.

Written by 1obo

czwartek, 17.05.2012 at 22:50

Napisane w 80s

Tagged with

Wolnoć Tomku w swoim domku

leave a comment »

Jak powiedział w „Mistrzu i Małgorzacie” Woland, ludzie z natury są dobrzy, ale trapią ich nieustannie problemy lokalowe. Bo przecież już jakieś neandertalczyk marzył o przestronnej i w miarę suchej jaskini, ale gdy otrzymał już przydział, okazywało się, że dokwaterowano mu niedźwiedzia, który w dodatku chrapie. Od zarania dziejów posiadanie własnego lokum było szczytem marzeń i powodem rozlicznych tragedii, motorem knowań, zbrodni i długotrwałych procesów sądowych. To tylko wierzchołek góry lodowej, bo warto wspomnieć o nowożytnym niewolnictwie w postaci kredytów hipotecznych, ale o tym przy innej okazji.

I nie chodzi tu tylko, jak mi się wydaje o czysto pragmatyczne profity płynące z posiadania miejsca gdzie można spokojnie odpoczywać, jeść i płodzić potomstwo. Dałbym tu raczej upust wrodzonej skłonności do doszukiwania się czegoś czego być może w ogóle nie ma i postawił tezę, że człek potrzebuje jakieś przestrzeni nad którą zapanuje totalnie i gdzie nikt inny ze swoją władzą się wpychał nie będzie, a on da upust nieskrępowanej wolności. A że władza płynie między innymi z posiadania informacji – kolejny powód jaki nas pcha do posiadana własnego domostwa to możliwość zamknięcia okiennic i drzwi tak, żeby żaden wścibski i niepowołany kinol nie węszył nam po obejściu. Jedni powiedzą o świetnym prawie do prywatności inni z przestrachem wspomną na pewne dobrze strzeżone austriackie piwnice. Nie popadajmy jednak w skrajności i przyjmijmy, że dobrze jest znaleźć swoje miejsce na ziemi, gdzie możemy (choćby złudnie) poczuć się wolni. A że droga do uwicia takiego gniazda bywa ciernista wie doskonale piszący te słowa, którego problemy lokalowe skutecznie odciągają (niestety!) ostatnimi czasy od zapełniania półek RO. Miejmy jednak nadzieje, że wkrótce ten czas burzy i naporu przeminie, a na ustach pojawi się pieśń, bohaterka dzisiejszego odcinka.

Mr. Zoob – Mój jest ten kawałek podłogi

Written by bzofik

poniedziałek, 14.05.2012 at 23:00

Napisane w 80s

Tagged with , , , ,

Białe marynarki

leave a comment »

Wpadła mi ostatnio w oko notka, że amerykańscy naukowcy twórcy serialu Mad Men przejdą do historii jako pierwsi, którym udało się pozyskać na rzecz srebrnego ekranu utwór The Beatles. Tommorow Never Knows kosztowało bagatela ćwierć miliona dolarów.

Mad Men stanowią kolejny przykład romansu telewizji z muzyką realizowanego czy to w formie przebojowej, jak cała ścieżka dźwiękowa do Life on Mars (który skądinąd polecam jako najbardziej oldskulowy serial świata z zakończeniem bijącym na głowę 6 stóp pod ziemią), parodiującej, jak Flight of the Conchords, czy też wywołującej i znudzenie i nudności, jak Glee (szczerze ostrzegam, że pod linkiem kryje się zło).

Cały fenomen wykorzystywania muzyki nieoryginalnej jako ilustracji telewizyjnych historii sprowadza się jednak do jednego serialu, w którym pustymi ulicami drugiej Hawany, wpatrzeni we wschodzące słońce panowie Crockett i Tubbs powracali do domów kabrioletem . Przestępcy zostali zgarnięci, kobiety zdobyte, na białych marynarkach pojawiły się zacieki potu, a wiatr we włosach uniemożliwiał rozmowę. Słychać było tylko saksofon.

Serial Miami Vice, znani u nas jako Policjanci z Miami (zawsze mnie zastanawiało co mieli do tego Majowie), był pionierem. W większości produkcji używano muzyki specjalnie tworzonej na cele telewizji (dziś te same utwory prześladują ludzi w Tesco), panowie Crockett i Tubbs zaś, dzięki pieniądzom producentów, którzy wydawali po 10.000 na odcinek na same prawa do muzyki, mogli być twardzi w rytmie hitów lat 80-tych. Niektórzy wielcy nawet dostawali rólki.

Swoje miejsce na ścieżce dźwiękowej znalazł także Glenn Frey, znany jako założyciele The Eagles, który już solowo zmajstrował takie oto arcydziełko:

Glenn Frey – You Belong to the City

Written by bebuk

czwartek, 10.05.2012 at 20:49

Napisane w 80s

Tagged with , , ,

Thinkpol, popieraj swoje!

with one comment

Ten debilny tytuł ma trzy źródła, których przedstawienie rzuci jakieś światło (ha, ha, ha) na ciemne ścieżki, po których podążają nie-ludzkie (moje prywatne) skojarzenia. Jedno bije z tytułu niedawnego wpisu innego RePoMasta, i ma związek z lokowaniem w reklamach nie tyle (w każdym razie: nie w tym przypadku) piosenek, co wizerunków postaci podobnych do wizerunków postaci znanych. Rezultat powoduje niezamierzony chyba efekt ludyczny, który grozi permanentnym skurczem przepony, i uniemożliwia realizację pożądań zorientowanych na zachwalane w reklamie marcheweczki i wyroby wędlinopodobne (wszystkie ropopochodne). Przykład. Edit: po pewnym zastanowieniu stwierdzam, że to może jednak być intencjonalne i uzasadnione równie zrytą (jak moje prywatne) asocjacją; w końcu atak śmiechawy i gastrofaza chodzą w parze, o czym chętnie zda sprawę każdy rastafarianin.

No dobra. Teraz podmieniamy nazwę reklamowanego przedsiębiorstwa na owoc kradzieży intelektualnej dokonanej na Orwellu (źródło nr 2), i mamy zasadniczą treść utworu, który jest dobry, bo polski, piękny i trzydzestoletni. To znaczy w moim wypadku jest oceniany jako  dobry raczej ‚mimo że’ polski, a nie: ‚bo’. Tekst jest – znowu – raczej z dolnej strefy stanów średnich, rażą niedokładne częstochowszczyzny (czy to oksymoron?) typu coś-dość, mnie-czerń itp., czasem rymy zbyt dokładne (kat-rad, mnie-śnie), a jak tekściarz (szacun!) podejmie tytaniczny wysiłek uzbierania na końcu wersu większej od 1 liczby sylab w jednym wyrazie, to kończy się katastrofalnie (ach, ten refren, z którego wynika, że pragnieniem podmiotu ‚lirycznego’ jest popełnienie ‚kilku błędów oddzielnie’; ‚samodzielnie’ ma o jedną sylabę za dużo do liczby dźwięków, sprytnie). No ale cóż z tego, że język mało giętki, skoro wydanie w roku 1982 tego potworka było kpiną z cenzury a ludzie wiedzieli aż za dobrze (nawet, jeżeli tego zespół nie planował), co o tekście myśleć (to a’propos trzeciego źródła tytułu wpisu).

Słucha się naszej bohaterki świetnie, dobrzy instrumentaliści, fajne sola i naprawdę świetna paszcza niejakiego Mirosława Bielawskiego. Poza tym ta żółć taśmy z lat 80., iście chajzerowska biel ubrań, fryzury na foksteriera, gitary zawieszone niemal pod pachą i wspomnienie Wideoteki dorosłego człowieka.

Coż, 3 maja musi być Teraz Polska. W Trójce Polski Top Wszech Czasów, część III już o 16.00. Mniam, ale najpierw podziękowania dla Janka za ten muzyczny trop (Gucin Gaj nasz!) i:

Bank – Ciągle ktoś mówi coś

Written by 1obo

czwartek, 3.05.2012 at 13:46

Napisane w 80s

Tagged with ,

%d blogerów lubi to: