Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Archive for Październik 2011

Film na wieczór

leave a comment »

Długi weekend płynie, a miliony Polaków pędzą od grobu do grobu rozpoczynając na każdym zwyczajowy proces utleniania knota, zakupując trupie miodki i inne nekro-delicje oraz powodując niemiłosierne korki.

Polska raczej horrorem nie stoi, więc w poszukiwaniu czegoś bardziej rozrywkowego musimy udać się w znanym, anglofońskim, kierunku. Damy sobie spokój z satanistyczną indoktrynacją przy pomocy dyni i pajęczyny, zajrzymy za na to playlisty układane specjalnie na imprezy halloweenowe.

W 1975 roku wyszedł film The Rocky Horror Picture Show, adaptacja musicalu o tym samym tytule. Niesiony duchem glam rocka, opowiada on o transwestycie z miasta Transexual w Transylwanii (a ja znowu o polityce). Tak, dobrze słyszeliście. Główny bohater, mężczyzna w średnim wieku, pląsa w fatałaszkach w stylu Moulin Rouge i wraz z doborową grupą dziwadeł gości śpiewa późnego rock’n’rolla. Nie mówcie potem, że nikt was nie uprzedzał.

Ścieżka dźwiękowa z TRHPS (filmy kultowe muszą mieć zwyczajowe skrótowce) zagościła na dobre na imprezowych playlistach głównie za sprawą piosenki Time Warp, która w niektórych kręgach stała się halloweenowym Last Christmas, a która mogłaby z powodzeniem służyć za dzisiejszy oldskul. Zostawię was sam na sam z Timem Currim, albo Doktorem Frank-N-Furterem.

The Rocky Horror Picture Show – Sweet Transvestite

Reklamy

Written by bebuk

poniedziałek, 31.10.2011 at 16:07

Napisane w 70s

Tagged with , , , ,

Jak Oni Wymawiają

leave a comment »

Onegdaj rozprawiałem z wielmożnymi Repozytorami nad szklanicą na temat tego, piosenki w jakich językach pojawiają się na naszym blogu. Było o tym nie raz, ale powtórzę – język angielski miażdży i dominuje, choć polska husaria czasem też natrze z impetem. Poza tym dość silna jest nigdzie nie ukryta, a wręcz ostentacyjnie prezentowania opcja niemiecka. Dokładną statystykę podamy ciekawym kiedy indziej i gdzie indziej, dziś zaś zaatakujemy śmiałym manewrem znad Sekwany.

Pewien znajomy frankofil rozprawiał ze mną kiedyś nad meandrami język Moliera. Sam w nim zakochany zdobył się jednak na szczerą uwagę, że trochę za dużo tam cyt. „dźwięków od czapy, charknięć i rzężenia”. Jest to opis barwny, przesadzony i humorystyczny, ale oddaje nieco istotę problemy. Nie jest to mowa łatwa, nie uważam jej również za najszczęśliwszą dla tworzenia piosenek, choć gdy poznałem pierwowzór tej piosenki, zmieniam powoli zdanie. Faktem niezbitym jest jednak, iż w języku tym powstał jeden z kanonicznych oldskuli, który dziś stał się bohaterem odcinak RO.

Desireless – Voyage Voyage

Written by bzofik

środa, 26.10.2011 at 21:10

Napisane w 80s

Tagged with , , ,

Przypadkowych hitów ciąg dalszy

with one comment

Najsłynniejszy riff w historii muzyki? Nie Smells Like Teen Spirit, nie Smoke on the Water, nie Whole Lotta Love. Według czytelników magazynu Total Guitar, mających taką przewagę nad piszącym te słowa, że potrafią z gitarą zrobić więcej niż tylko zepsuć, najlepszym riff w muzyce tworzą dźwięki otwierające Sweet Child o’ Mine Guns’N’Roses (wymowa: Ganzesrouzes).

Nie mnie dyskutować z ekskluzywnym klubem czytelników Total Guitar, ale jest jedna osoba, która wypowiedziała się mało pochlebnie o wspomnianym kawałku. Był nią niejaki Slash. Piosenka zaczęła się od melodyjki, którą zagrał ćwicząc palce lewej dłoni. Zamiast grać po kilka dźwięków na jednej strunie, Slash skakał sobie z jednej na drugą, rezultatem czego powstała od taki sobie riffik. Po chwili dołączył do Slasha Izzy Stradlin i panowie razem grali te parę dźwięków w kółko, a jako że kojarzyły im się z cyrkiem zaczęli zachowywać się jak klauni. Niektórzy mogą twierdzić, że nie trzeba im było do tego muzyki cyrkowej, ale głosy ich zignorujemy.

Pewnie riff zostałby zapomniany gdzieś w oparach nielegalnych substancji, gdyby nie Axl Rose, który przybiegł przyciągnięty dźwiękami tego, co uważał za killer riff. Slash trochę pomarudził, że to żart był, że bez przesady, że obciach grać muzykę cyrkową, ale w końcu dał się przekonać.

Żeby było jeszcze ciekawiej, solówka i druga część piosenki, zostały po części zainspirowane brakiem inspiracji. Riff był, zwrotki i refren też, ale co mamy dalej zrobić z tą piosenką?

Guns’N’Roses – Sweet Child o’ Mine

Written by bebuk

poniedziałek, 24.10.2011 at 21:49

Napisane w 80s

Tagged with , , , ,

Ruszaj w góry miły bracie

leave a comment »

Z uwagi na fakt, iż jeden z szanownych Repozytorów w ostatnich dniach udał się przemierzać bezdroża Nepalu, życzymy mu powodzenia w wędrówce oraz bezpiecznego powrotu. Na pewno znajdzie niejedną okazję, aby paść oczy wspaniałymi widokami, a niewykluczone, że ich uszy posłyszą inspirujące go dźwięki. Jako, że muzyka tamtego regionu pozostaje dla mnie wielką niewiadomą, dziś w RO  artysta ze Starego Kontynentu wykorzystujący inspirację kulturą tybetańską. Warto znaleźć dłuższą chwilę (utwór nie należy do najkrótszych) aby wyciszyć się i dać zahipnotyzować tej muzyce (osobiści polecam słuchanie w ciemnym pomieszczeniu). Z upływem lat od wydania piosenka brzmi tylko lepiej – wytrzymała próbę czasu, stąd zasłużone miejsce na naszym blogu.

Banco de Gaia – Last Train to Lhasa

Written by bzofik

sobota, 22.10.2011 at 17:28

Napisane w 90s

Tagged with , , ,

Prosta piosenka

leave a comment »

Na co dzień nie mówimy językiem ezopowym, nie stosujemy wymyślnych metafor, nie owijamy w bawełnę. Chcemy jednak wierzyć, że tzw. artyści potrafią w sposób wysublimowany wyrazić nasze podstawowe uczucia, lęki i pragnienia. Dla wszystkich z nas dość podobne, nie oszukujmy się. Chcemy zaspokoić nasze poczucie bezpieczeństwa, mieć co do garnka włożyć i przytulić kogoś w jesienny wieczór. Poruszając ten wątek nie sposób przejść obojętnie wobec odwiecznego eksploatowania przez muzyków tematów damsko-męskich. Ona kocha jego, a on jej nie, on wręcz szaleje, a od niej wieje chłodem i tak w kółko. Zbyt analityczne podejście do tekstów piosenek może nas zawieść na manowce i zniechęcić do słuchania jakiejkolwiek muzyki. A że banały, wtórność i odgrzewanie kotletów…

Jest lekarstwo – warstwa muzyczna. Załóżmy bowiem, że muzyk nie wymyśli nic oryginalniejszego poza tym, że kocha i cierpi katusze. Często potrafi jednk okrasić to muzyką, która nada utworowi niezwykłą moc i przemówi do słuchacza lepiej niż niejeden traktat filozoficzny. Muzyka ma moc.

Dziś w Repozytorium przykład powyższej tezy – piosenka grupy Journey opisujący smutne losy pana, którego wybranka szuka gdzie indziej szczęścia, a jego zżerają żal i zazdrość (o co – opisuje dość dosłownie). Nic odkrywczego, ale jak to gra!

Journey – Lovin’ Touchin’ Squeezin’

Written by bzofik

środa, 19.10.2011 at 21:40

Napisane w 70s

Tagged with , , , ,

Próżne wyrażenia

with one comment

Polska progresją stoi. Właściwie to ciężko jest definitywnie stwierdzić, czy ilość progresji w Polsce jest większy niż w innych krajach, szczególnie gdy zdefiniujemy… Nieważne.

Są zespoły, które, mimo że nieraz niszowe nawet w swoich własnych krajach, zdobyły niewyobrażalną popularność w Polsce. Z nowszych wspomnę może Anathemę, która parę lat temu miała problemy ze znalezieniem wytwórni w Wielkiej Brytanii i niemalże się rozpadła, jednocześnie mając w Polsce rzesze fanów. Trzeba przyznać, że potrafią się fanom zrewanżować nagrywając DVD w Polsce albo dając 3-godzinny koncert, do którego włączają, niechętnie bo niechętnie, kawałki z okresu drugofalowego death doom metalu.

Skąd się biorą takie zjawiska? Odpowiedź jest jedna: Piotr Kaczkowski. Ktoś musiał wyłowić te okazy z letnich wód, przyprawić zapowiedzią i podać, niczym podkurek, nocną porą. Od 1968 roku (1600 audycji) w audycji Minimax pan Kaczkowski edukuje kolejne pokolenia i sprawia, że przynajmniej w kwestii gustów muzycznych nie jesteśmy takim zaściankiem, jak mogłoby się wydawać oglądając telewizję.

Zespół Budgie pochodzi z Walii, a najbardziej znany jest jako twórca jednego z kawałków, które skowerowała Metallica na niezbyt zresztą popularnym Garage Inc. A poza tym? Poza tym nic. Wszelkie zapytania związane z Budgie dają wyniki po polsku, komentarze na youtube, nawet jeśli po angielsku, odnoszą do audycji Kaczkowskiego, a strona zespołu na wikipedi po polsku jest dwukrotnie dłuższa, niż po angielsku.

Panowie, zanim ogarnął ich szał NWOBHM, grali coś pomiędzy Yes a Thin Lizzy. Driady tańczą na polanie sławiąc życiodajne słońce i obfitość darów natury, po czym nad dzbankiem whiskey wycinają 4 solówki. Do tego dochodzi głos Burke’a Shelley’ego, o którym przez dobre parę lat myślałem, że jest kobietą.

Budgie – Parents.

Written by bebuk

poniedziałek, 17.10.2011 at 11:11

Napisane w 70s

Tagged with , , , ,

Wyjście z pudełka

leave a comment »

Często piosenki piętnują nadmierny konformizm i wyzbycie się własnego zdania, indywidualności. Wiele to pięknie zaaranżowane hymny stadionowe, inne to brudne „garażowe” dokonania gniewnych szarpidrutów. Ich twórcy chcą zaszczepić nam niechęć to owczego pędu i bezrefleksyjnego podporządkowania się regułom rządzącym społeczeństwem. Czy sami pozostają wierni opiewanym ideałom – zwykle się tego nie dowiemy. Coś mi jednak zawsze podszeptywało, że zespoły programowo wręcz nawołujące w ostrych słowach do „niszczenia systemu”, w ramach dystrybucji pod szyldem wielkiej wytwórni płytowej, nie wiedzą do końca o czym śpiewają…

Tym bardziej doceniam bohaterkę dzisiejszego spotkania w RO. W kilku słowach – jeden z wielu utworów piosenkarki i działaczki społecznej Malviny Reynolds, dość oszczędnie zaaranżowany i wykonany bez patosu i zbytniego epatowania emocjami. Ot, z pozoru śmieszna piosenka o naszych małych domkach-pudełkach i uporządkowanym w nich życiu. Dla mnie jednak trafiająca w samo sedno, podnosząca pytanie o to, jak sami rezygnujemy ze swojej odrębności w zamian za zlanie się w wesołą, ciepłą, bezrefleksyjną masę zadowolonych z siebie konsumentów. Naszej niezależności nie odbiera nam bowiem żadna tajemna organizacja, czy wszechobecny „system”, ale nasze własne lenistwo, broniące umysł przed zejściem z wytartych szlaków i odrobiną wysiłku.

Piosenkę tę przypomniała ostatnio duża amerykańska stacja telewizyjna, za sprawą umieszczenia jej w produkowanym przez siebie serialu. Można na to spojrzeć dwojako – pesymiści powiedzą, że ot, niezależna piosenka w zaprzęgu komercji. Ja wolę podejście optymistyczne – ot, nawet w popkulturowej pulpie zabłyśnie czasem mały diament.

Melvina Reynolds – Little Boxes

Written by bzofik

środa, 12.10.2011 at 20:29

Napisane w 60s

Tagged with , ,

%d blogerów lubi to: