Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Posts Tagged ‘społeczeństwo

Ignorancja to siła

with one comment

Nastrój skłaniający nasze daremne pokolenie do opuszczenia ciepłych barłogów otulających stanowiska komputerowe z fejsbukiem i twitterem, do przybrania fizys Gwidona Fawkesa i rytmicznego podskakiwania w srogim mrozie na ulicach miast, miasteczek i wsi spokojnych, wsi wesołych wprawdzie już nieco opadł, ale ta atmosfera skłoniła mnie do pseudonaukowej refleksji na tematy ogólnohistoryczne.

Nie mogę mianowicie pozbyć się wrażenia, że to wszystko już kiedyś było, że historia jest czkawką, złowrogim modlitewnym młynkiem albo karuzelą, która nigdy nie przestanie się kręcić wokół tej samej osi, i tylko obrazki na zewnątrz zmieniają się z upływem czasu, jak obawiał się Theodor Busbeck.

Zmieniają się ideologie, systemy i oczywiście bohaterowie wydarzeń: twarze umieszczane na sztandarach i imiona wykrzykiwane przez tłum. Dzisiejszy bohater (nie, nie Fawkes), bożyszcze nieco już zapomniane, jest zupełnie nie z mojej bajki i czuję się trochę jakbym zachęcał do czytania wybranych dzieł towarzysza MELS-a, ale trudno: wykonawca jest tego warty. Nie zaskakuje kojarzenie się grup uważających się za krzywdzone czy uciskane, stąd alianse afroamerykańsko-robotnicze nie powinny nikogo dziwić. Tak jest i tym razem: sympatyk komunizmu o głosie, którego nie można opisać słowem innym niż GRRRUBY, nagrywający przede wszystkim świetne standardy Negro spirituals, znane wszystkim z kultowych coverów (któż nie nagrał Swing Low Sweet Chariot?), dzisiaj w songu o facecie, co się kulom nie pokłonił, a ruchowi robotniczemu potrzebny był bardziej jako martwy męczennik,  niż żywy prol, że tak pojadę Orwellem.

Paul Robeson – Joe Hill z bonusem nr 1 oraz bonusem nr 2

Reklamy

Written by 1obo

czwartek, 23.02.2012 at 21:25

Napisane w 50s

Tagged with , , ,

Pogrobowce

leave a comment »

TL;DR: Nawet po śmierci gatunku rodzą się jego zdeformowane dzieci.

Zarzutów, że handlujemy tu kiczem nie da się uniknąć, szczególnie gdy towarem, który rozprowadzamy są utwory znane i kochane (czytaj: kołysane falami radiowymi ad nauseam) i jako takie pozostające w kręgu mainstreamu.

Jakiś czas temu, oglądając świetny serial BBC Seven Ages of Rock przypomniała mi się nauczycielka od polskiego z liceum, do której cała nasza Repozytorowa trójka ma duży sentyment. W chwili zapomnienia, pani R. potraktowała bandę nastolatków jak dorosłych i zaczęła opowiadać o następstwie epok literackich. Wyrysowana została na tablicy sinusoida, na której zaznaczono jak każda kolejna epoka odrzuca założenia, tematykę i stylistykę tej bezpośrednio ją poprzedzającej, a naśladuje i rozwija tę jeszcze wcześniejszą. Seven Ages of Rock stara się prześledzić właśnie to następowanie po sobie kolejnych okresów w muzyce.

Kiedy można powiedzieć, że epoka się kończy? Gdy pojawiają się utwory wtórne, mające na celu naśladować, a nie rozwijać czy nawet rzucać wyzwanie konwencji. Jeśli chodzi o muzykę, takim momentem jest przejście całego gatunku do mainstreamu. Z nowszych przykładów, grunge skończył się gdy powstał Nickleback, metal musiał iść do kąta i przemyśleć swoją postawę gdy pojawił przeróżne RATTy, a funk czy rap metal, jak kto woli, zabił Limp Bizkit. Nikt mi nie wmówi, że szanujący się fani ulicznego hip hopu słuchali jak Peja w MTV reprezentował biedę.

Parę dni temu pojawiła się na Repo Janis Joplin, artystka której występ na Woodstocku był łabędzim śpiewem epoki. Hendrix, Morrison, Brian Jonesa, i Joplin opuścili scenę, więc trzeba było publice dostarczyć jakichś zastępców.

W 1969 nieistniejący już wtedy zespół The Zombies wspiął się na trzecie miejsce pierwszej setki Billboardu z kawałkiem Time of the Season. Utwór z jednej strony nawiązywał do lata miłości, ale z drugiej orgastyczne Ahhh i pytanie Who’s your daddy?/Is he rich like me? wywołują bardziej skojarzenia z alfonsem z Taksówkarza niż Chongiem.

The Zombies – Time of the Season

Written by bebuk

wtorek, 29.11.2011 at 11:44

Jedyny zespół, który się liczy

leave a comment »

Black sheep hit – określenie używane na hicior różniący się diametralnie od reszty dokonań zespołu. Termin zaczerpnięty został ze strony tvtropes.com, takiej wikipedii dla wtajemniczonych, gdzie definicja hasła składa się niemalże wyłącznie z odnośników do innych haseł, ale która, pomimo niewyobrażalnej wręcz hermetyczności, jest świetnym źródłem wiedzy o popkulturze/czasożernym behemotem.

Przykładów niechcianych hitów w historii było mnóstwo. Led Zeppelin nie wydali Stairway to Heaven jako singla bo Plant twierdził, że to piosenka weselna, The Stranglers mieli mniej wspólnego z muzyką barokową, niż mogłoby sugerować Golden Brown a Faith No More zwykle nie grał dla panienek na sali.

Czy Rock the Casbah zespołu The Clash jest „czarnoowczym hitem”, ciężko stwierdzić. Z jednej strony nie jest jedynym kawałkiem, który jest znacznie bardziej taneczny niż punk przewiduje, co więcej The Clash akurat nie stronił nigdy od eksperymentów, a zdarzało im się nawet nagrywać kawałki po 4 minuty. Z drugiej zaś, mieli kawałki bardziej punkowe.

Tekst Rock the Casbah został zainspirowany doniesieniami o karach biczowania stosowanych w stosunku do posiadaczy płyt disco w Iranie. W piosence zakazana zostaje muzyka boogie, roztańczony lud zaś, w akcie oporu przeciw dyktaturze, postanawia rozbujać kasbę. Jak to czasem bywa znaczenie zostało kompletnie wypaczone i Rock the Casbah stało się piosenką bojową puszczaną wojskom w czasie inwazji na Iran w 1991 roku.

The Clash – Rock the Casbah

Written by bebuk

poniedziałek, 7.11.2011 at 22:38

Napisane w 80s

Tagged with , ,

Wyjście z pudełka

leave a comment »

Często piosenki piętnują nadmierny konformizm i wyzbycie się własnego zdania, indywidualności. Wiele to pięknie zaaranżowane hymny stadionowe, inne to brudne „garażowe” dokonania gniewnych szarpidrutów. Ich twórcy chcą zaszczepić nam niechęć to owczego pędu i bezrefleksyjnego podporządkowania się regułom rządzącym społeczeństwem. Czy sami pozostają wierni opiewanym ideałom – zwykle się tego nie dowiemy. Coś mi jednak zawsze podszeptywało, że zespoły programowo wręcz nawołujące w ostrych słowach do „niszczenia systemu”, w ramach dystrybucji pod szyldem wielkiej wytwórni płytowej, nie wiedzą do końca o czym śpiewają…

Tym bardziej doceniam bohaterkę dzisiejszego spotkania w RO. W kilku słowach – jeden z wielu utworów piosenkarki i działaczki społecznej Malviny Reynolds, dość oszczędnie zaaranżowany i wykonany bez patosu i zbytniego epatowania emocjami. Ot, z pozoru śmieszna piosenka o naszych małych domkach-pudełkach i uporządkowanym w nich życiu. Dla mnie jednak trafiająca w samo sedno, podnosząca pytanie o to, jak sami rezygnujemy ze swojej odrębności w zamian za zlanie się w wesołą, ciepłą, bezrefleksyjną masę zadowolonych z siebie konsumentów. Naszej niezależności nie odbiera nam bowiem żadna tajemna organizacja, czy wszechobecny „system”, ale nasze własne lenistwo, broniące umysł przed zejściem z wytartych szlaków i odrobiną wysiłku.

Piosenkę tę przypomniała ostatnio duża amerykańska stacja telewizyjna, za sprawą umieszczenia jej w produkowanym przez siebie serialu. Można na to spojrzeć dwojako – pesymiści powiedzą, że ot, niezależna piosenka w zaprzęgu komercji. Ja wolę podejście optymistyczne – ot, nawet w popkulturowej pulpie zabłyśnie czasem mały diament.

Melvina Reynolds – Little Boxes

Written by bzofik

środa, 12.10.2011 at 20:29

Napisane w 60s

Tagged with , ,

Słoń komuś na ucho nadepnął*

leave a comment »

Niewątpliwie niejedna stacja radiowa wczoraj postanowiła uczcić 10 rocznicę ataków na WTC sprawdzoną i pewną amerykańską piosenką patriotyczną. Flaga na maszt, piwo w rękę, pięści w górę i śpiewamy Born in the U.S.A. I was born in the U.S.A. A to nie tak.

Okazuje się, że chwytliwy refren i wybijany na bębnie rytm świetnie maskują prawdziwy sens niejednej piosenki. U Springsteena, w największym uproszczeniu, zwrotki traktują o śmierci, wojnie, frustracji, samotności i poczuciu bezsensu. Kto chce niech zapozna się z tekstem oryginału, albo z zaskakująco dobrym tłumaczeniem.

Aż dziw bierze jak wielu ludzi nie dostrzega sarkazmu w tytułowej linijce. To, że Ronald Reagan nie zrozumiał intencji Springsteena ponad 25 lat temu, jeszcze jestem w stanie pojąć. Piosenka była nowa, pasowała do kampanii a songmeanings jeszcze nie działało. Zaskakującym natomiast jest, że w 2010 roku znany amerykański dziennikarz, Glenn Beck, oskarżył Springsteena i resztę świata o to, że go oszukali, podstępem zmuszając do śpiewnego szerzenia anty-amerykańskiej propagandy. Świnie.

A swoją drogą, ciekawe, że na niecałe dwa miesiące przed 10 rocznicą ataków na WTC okazało się, że dopiero co uchwalony [sic!] akt o pomocy dla służb biorących udział w akcji ratowniczej po ataku nie obejmuje leczenia … raka.

Born in the U.S.A. I was born in the U.S.A.

PS. Republikanie chyba muszą zacząć zatrudniać doradców do spraw muzyki, którzy znają piosenki nie tylko z tytułów. 2 miesiące temu Tom Petty oficjalnie oświadczył, że nie życzy sobie, żeby Michelle Bachmann używała jego piosenki w trakcie kampanii wyborczej. Jakiej piosenki, zapytacie. American Girl. Take it easy baby, make it last all night.

* rzeczony trąbowiec

Written by bebuk

poniedziałek, 12.09.2011 at 19:58

Napisane w 80s

Tagged with , , ,

Marudzenie?

with one comment

Jakkolwiek by do sprawy nie podchodzić, nie da się postulować wyższości płyt, kaset, winyli czy szpuli nad mp3 i nie brzmieć jak nieświeże ciasto o wyraźnym zapachu imbiru. Przy wszystkich plusach nośników fizycznych, nie można zaprzeczyć, że łatwość z jaką możemy obecnie odkrywać nową muzykę stanowi atut naprawdę trudny do przebicia.

Ale co mi tam. Stratny format zapisu dźwięków sprawia, że nieraz muzyki jest zbyt dużo. Zbyt dużo, żeby się nacieszyć i zbyt dużo, żeby wracać do muzyki sprzed lat, gdy cały czas pojawiają się nowe pozycje do przesłuchania. Może u innych repozytorów znajduje się więcej systematyczności, na tyle, żeby nie pogubić się w tym czego już słuchali, a czego mieli posłuchać, a co dopiero figuruje w planach na najbliższy rok muzyczny.

Ostatnio będąc w domu rodzinnym odkryłem bez mała dziesięcioletnią płytkę CD wypakowaną plikami mp3. Znalazłem tam trochę rzeczy, które nadal pojawiają się w moim odtwarzaczu, trochę takich, które z wiekiem opuściły ten odtwarzacz i to pewnie już na zawsze. Wpadłem też na jeden kawałek, w którym byłem kiedyś zakochany, potem mi gdzieś umknął, ale teraz na szczęście wrócił. I wiecie co? Znowu się zakochałem.

John Lee Hooker i Carlos SantanaChill Out (Things Gonna Change)

Written by bebuk

poniedziałek, 22.08.2011 at 14:58

Napisane w 90s

Tagged with , , ,

Historia brązowych M&M’sów

leave a comment »

Niektórzy pewnie nie wiedzą, ale zeszły tydzień upłynął pod znakiem dyskusji na temat bezpieczeństwa na festiwalach. Na XVII Przystanku Woodstock ustawiono po raz pierwszy barierki pod sceną. Zażyczył sobie tego zespół The Prodigy, argumentując, że tego rodzaju zabezpieczenia są standardem, od którego, od czasu feralnego Roskilde Festival, nie ma w Europie odstępstw. Owsiak twierdzi, że bez barierek jest bezpieczniej i że należy zawsze brać pod uwagę charakter imprezy i publiczności. Interesujący jest też nieco inny aspekt całej sprawy. 4 kwietnia 2011 The Prodigy podpisało z organizatorami Przystanku umowę, na mocy której zobowiązani byli zapewnić rzeczone zabezpieczenia. Ktoś tu chyba potraktował kontrakt jak standardową umowę licencyjną*.

I tak dochodzimy do naszego oldskulu. W latach 80-tych ubiegłego wieku świat obiegła informacja, że amerykańskiemu zespołowi Van Halen poprzewracało się w du… głowach i w umowach o koncerty umieszczali żądanie, aby na zapleczu sceny była misa M&M’sów z usuniętymi wszystkimi brązowymi cukierkami. Larum podniosły różne media nazywając to kolejną fanaberią gwiazdek, gdy tymczasem cała sprawa miała głębszy sens. Van Halen grało wtedy naprawdę duże koncerty w niekoniecznie wielkich miastach, coś a’la Scorpions w Tarnowie. Umowy podpisywane z organizatorami były opasłymi tomiszczami, wyliczającymi punkt po punkcie ilość, rodzaje i ustawienie instrumentów, wzmacniaczy, świateł itp. Panowie z Van Halen zwykle nie mieli czasu sprawdzać, czy wszystkie ich wymagania były spełniane, więc w samym środku umowy, wypełnionej technicznym żargonem, umieścili punkty dotyczący M&M’sów. W ten sposób mogli wejść na zaplecze i w mgnieniu oka dowiedzieć się, czy organizatorzy przeczytali umowę przed jej podpisaniem. Jeśli M&M’sów nie było, lub były w nieodpowiednim kolorze, sprawdzali punkt po punkcie czy organizator spełnił wszystkie warunki umowy. Ot i tyle**.

Van Halen – Jump

* Całość dyskusji można prześledzić tutaj.
**Źródło

Written by bebuk

poniedziałek, 15.08.2011 at 19:12

Napisane w 80s

Tagged with , , ,

%d blogerów lubi to: