Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Archive for Styczeń 2011

O muzytronie

with one comment

Del Shannon. Ciężko mi ocenić, czy to zespół (?) jednego przeboju, czy dwóch. Każdy zna „Runaway”, niekwestionowany numero uno jeśli chodzi o dokonania Dela. Na drugim miejscu, daleeeeeko za „Uciekinierką” jest „Hats Off to Larry”, która aż takiego szumu nie zrobiła, ale potencjał miała.

Obydwa kawałki łączy ciekawy dźwięk instrumentu o nazwie clavioline (klawiolin?), czyli wczesnej wersji syntezatoru. Jak na ówczesne czasy — początek lat 60. — był to instrument dość awangardowy i niecodzienny. W przypadku „Runaway” popisowe solo przypisać należy niejakiemu Maxowi Crookowi. Co ciekawe, nie gra on na klawiolinie jako takim, a na instrumencie własnej konstrukcji, który nazwał, bardzo zresztą wdzięcznie, muzytron. W wielkim skrócie jest to klawiatura z klawiolinu (w dźwięku ponoć bardzo podobny do… czegoś o równie dziwnej nazwie) z różnymi dodatkami, jak dodany „pogłos” i inne bajery. Crook lubił chyba lutować, jeśli też lubicie to na oficjalnej stronie można się dowiedzieć więcej.

Nieśmiertelność Del Shannon zdobył w dwa dni, bo tyle zajęło zespołowi nagranie obydwu tych hitów. Niestety, w latach 70. stoczył się w otchłań uzależnienia alkoholowego i zrezygnował z nabytej nieśmiertelności strzałem ze strzelby kaliber .22. Dociekliwi pewnie użyją google do wyszukania hasła „rifle .22” i, tak jak ja, będą zachodzili w głowę w jaki sposób można to zrobić. No cóż, Delowi nie możemy odmówić pomysłowości.

Del Shannon — Runaway

Written by msq

piątek, 28.01.2011 at 22:40

Napisane w 60s

Tagged with , , ,

Trzy akordy…ale co dalej?

2 komentarze

Wielu czytając powyższe słowa pewnie się uśmiecha na myśl o sloganie, którym niejednokrotnie złośliwcy określali muzykę punk*. No bo przecież nie umieli grać na instrumentach, tekstów też nikt ich pisać składnie nie nauczył, w ogóle to jakieś straszne rzępolenie panie. Gdybyśmy się jednak zastanowili nad tym, to jest naprawdę szeroka paleta rozmaitych brzmień pomiędzy wyczynami zespołów z Nowego Jorku, utworami Sex Pistols, a co dopiero mówić o dojrzałym The Clash. Był sobie jednak (i wciąż jest) zespół tego nurtu, który m.in. za sprawą basisty (a jak wiadomo basiści często wodzą swój zespół na manowce) podążał rozmaitymi muzycznymi ścieżkami i stosował bardziej wyrafinowane patenty muzyczne. Niektórzy zakrzykną zaraz, że zbliżył się do demonizowanego mainstreamu i sprzedał. Nie dajmy się odstraszyć takim głosom – lepiej cieszmy piosenką zespołu o punkowych korzeniach, który stworzył taki oto walczyk. I to jeszcze na klawesynie!

The Stranglers – Golden Brown

* mowa oczywiście o zawołaniu „Punk – trzy akordy, darcie mordy”

Written by bzofik

środa, 26.01.2011 at 23:31

Napisane w 80s

Tagged with , , ,

Horoskopy i oldskul

leave a comment »

Znaki zodiaku i horoskopy są czymś, co zaprząta moją w głowę w równym stopniu co problemy zdrowotne gwiazdek show biznesu. Dlatego też kontrowersje związane z pojawieniem się nowego znaku, czy też gwiazdozbioru zodiaku pewnie zostałby przeze mnie niezauważone. Gdzieś tam jakiś pan z telewizji, nadużywający wyrazu Wężownik w seansach zimnego odczytu (myślę, że wiecie o kim mówię), trafiłby na wykop i trochę by człowiek poklął na ludzką naiwność.
Wszystko byłoby jak dawniej, gdyby nie Jon Stewart, który zwrócił moją uwagę na jeden oldskulowy kawałek. Wszystkie amerykańskie programy informacyjne, donoszące o sensacyjnej zmianie, zaczynały newsa tym samym kawałkiem z musicalu Hair, powstałego w latach 60-tych i zekranizowanego przez Milosa Formana w 1979 roku. Z tego właśnie filmu pieśń sławiąca nadejście nowej ery.

The Fifth Dimension – Aquarius

A dla tych, którym The Daily Show nie jest całkiem obcy, dorzucam gratis końcówkę filmu 40-letni prawiczek, z niezapomnianą rolą niejakiego Steve’a Carrella, byłego „korespondenta” Jona Stewarta i odtwórcy roli najgorszego szefa w historii kiepskich szefów.

Written by bebuk

poniedziałek, 24.01.2011 at 22:54

Napisane w 60s, 70s

Tagged with , , ,

Jak przeoczyć dobrą piosenkę, czyli nie bądźmy więźniami szufladek

leave a comment »

Mam obawy przed wrzuceniem tego kawałka na Repozytorium. Z jednej strony zespół The Offspring kojarzony jest ze zbuntowanymi piętnastolatkami (którymi kiedyś przecież byliśmy, czyż nie?), punkiem dla mas, tym punkiem nowoczesnym, komercyjnym. Punkiem z kiepskimi okładkami i równie kiepskimi singlami. Z drugiej strony: Americana.

W zasadzie możnaby nie pisać nic więcej, Americana sama w sobie jest kultowa: rozpoznawalna okładka i 12 kawałków idealnie reprezentujących gatunek muzyczny. Większość trwa nie więcej niż 3 minuty i jest do bólu prosta, skoczna, łatwa i przyjemna. Zaraz zaraz… 12 kawałków? Zdaje się, że był Trzynasty Utwór? Macie rację, Americana to w rzeczywistości 13 ścieżkowy album, jednak ostatnia ścieżka to coś tak bardzo nie pasującego do klimatu albumu, że nie wiadomo właściwie co to jest i skąd się wzięło.

Pay the Man. Jak dla mnie wisienka na torcie o nazwie Americana, ale czy to w ogóle jest jeszcze The Offspring? Tutaj jest tekst, który ma więcej niż 10 linii, tutaj jest melodia, która nie składa się z prostego riffu, mamy oryginalną kompozycję z różnymi motywami. Mamy raczej mroczny klimat (a w porównaniu z albumem to wręcz apokaliptyczny), który trwa nie dwie–trzy minuty, ta kompozycja to ponad osiem minut przyjemności. Chyba tylko wokal upewnia nas, że to jeszcze ten sam zespół.

Kawałek, jak się okazuje, nie został nagrany razem z innymi, jest to odrzut z nagrywanego 2 lata wcześniej Ixnay on the Hombre. Nie wiem w jaki sposób ktoś doszedł do wniosku, że do Americany pasowałby lepiej, tak czy siak umieszczony jako swoisty „dodatek” spisuje się świetnie.

Kończąc polecam całą płytę, wiem, że to muzyka nie dla każdego, ale warto znać ten legendarny album.

The Offspring — Pay the Man

Written by msq

piątek, 21.01.2011 at 14:08

Napisane w 90s

Tagged with , ,

Jak przeoczyć dobrą piosenkę, czyli wciąż nie lubię teledysków

leave a comment »

Czytelnicy regularnie zaglądający do Repozytorium pamiętają jak kiedyś pomstowałem na teledyski, a to że zakłócają odbiór piosenki którą ilustrują, a to że starają się przykryć mizerię muzyczną efektami specjalnymi. Cóż jednak zrobić, stajemy się z wolna kulturą obrazkową i nie dziwota, iż same piosenki przestały wystarczać. Ja i inni Repozytorzy nieraz zżymamy się na upadek MTV, ale przypomnimy też, że u swych początków miała ona nie lada zasługi w dziedzinie popularyzacji dobrej muzyki, a poza tym przez obwieszczenie nadejścia ery wideoklipów wymusiła twórcze podejście do tematu przez muzyków. Trzeba było czymś przykuć uwagę…no i właśnie tu jest oldskul pogrzebany. Pan Terence Donovan wziął sobie tak do serca owe kryterium, że stworzył kultowy dziś teledysk do piosenki Roberta Palmera. Zawarł bowiem jak na owe czasy potężny ładunek podskórnej erotyki  w odhumanizowanej gromadce wdzięcznych pań, które wykonują skoordynowane ruchy w tle śpiewającego wykonawcy (jaki ten obraz miał wpływ na sny pewnego żydowskiego lekarza uczy nas pewien kultowy serial)

Biedy Robert. Niewiele osób po obejrzeniu teledysku pamięta, kto śpiewał, co gorsze trudno powiedzieć o czym śpiewał. Być może przesadzam, ale jeśli widz jest nastolatkiem płci męskiej…niech ten kto jest bez grzechu pierwszy rzuci kamień. Żal tylko trochę, że tak niewiele uwagi poświęca się przy tym warstwie muzycznej, która moim zdaniem jest przednia.

Robert Palmer -Simply Irresistible

Written by bzofik

środa, 19.01.2011 at 21:32

Napisane w 80s

Tagged with , ,

Seks, dragi, rock and roll i świętość

leave a comment »

Pisaliśmy już kiedyś o artystach długowiecznych i gdybaliśmy na temat rodzaju kuracji dającej siłę na ciele i duchu i pozwalającej nie tylko żyć długo, ale też zestarzeć się z gracją i klasą, tak by nas nikt nie nazwał „dziadem o zniszczonych nerkach„.

Ktoś, kto wie, że The Rolling Stones zaczęli grać razem w 1962 roku łatwo wyliczy, że w 1997 Jagger, Richards i ich rozliczne nałogi tworzyli od lat 35. Wydając płytę Bridges to Babylon chcieli się odświeżyć po bardzo klasycznym Voodoo Lounge, zatrudnili więc The Dust Brothers, duet producentów znany ze współpracy z, między innymi, Beastie Boys i szczodrego obsypywania piosenek samplami. Pomysł podobno wyszedł od Jaggera i niezbyt spodobał się Richardsowi, który sprowadził w końcu własnego producenta.

Co z tego wyszło? Na płycie tylko w trzech kawałkach słychać zgrzyt gramofonów i zapętlane dźwięki, ale czy to dobrze, nie wiadomo. Pierwszym singlem i największym hitem został Anybody Seen My Baby okraszony wideo z Jaggerem, robiącym to co Jagger potrafi jak nikt, czyli uganianiem się po mieście za spódniczką, w tym przypadku ówczesną posiadaczką korony królowej geeków Angeliną Jolie. Mniej więcej w trzeciej minucie słychać właśnie owe DJowanie i czytelnikom pozostawię do oceny, czy dodaje ono, czy ujmuje Stonesom uroku.

Ale dziś nie ten kawałek u nas zagości. Bridges to Babylon ma to do siebie, że kiepsko się go słucha w komunikacji miejskiej, ze względu na obecności innych ludzi. Fajnie się te piosenki śpiewa/nuci/mruczy, a trochę źle to wypada jak patrzący w okno człowiek ze słuchawkami na uszach zaczyna cicho, jak mniema, zawodzić Anybody Seeen Myyy Baaaby, czy też Yeah, oh yeah, oh yeah… Ten drugi fragment pochodzi właśnie z dzisiejszego oldskulu, przyjemnie bujającego, łobuzersko niepokornego i rock’n’rollowo-biblijnego Saint of Me.

The Rolling Stones – Saint of Me

Written by bebuk

poniedziałek, 17.01.2011 at 21:14

Napisane w 90s

Tagged with , ,

Hare Rama!

leave a comment »

Nic nie trwa wiecznie, nawet mistrzowie małych form. Lata 70. to koniec The Beatles i początek każdego z nich z osobna. George Harrison wyrzuca z siebie trzyczęściowy album All Things Must Pass, na którym znajdujemy m.in. perełkę My Sweet Lord. Harrison musiał z wszystkimi podzielić się chęcią zobaczenia się ze swoim Kryszną, którego wyznawał wtedy już od 5 lat. Na szczęście nie zobaczył się z nim tak szybko jakby tego chciał, odszedł 9 lat temu, jako drugi z The Beatles (po Lennonie) i do tego czasu zdążył nagrać jeszcze 9 płyt (poza wspomnianą).

My Sweet Lord znajduje się na liście „The 500 Greatest Songs of All Time” magazynu Rolling Stone na miejscu #460. O wiele za nisko moim skromnym zdaniem, szczególnie za „przejście” (wybaczcie muzyczną ignorancję!) w okolicach 2 minuty oraz za chórki pochwalne „krisznowców” przy 3 minucie — Hare Krishna, Hare Krishna / Krishna Krishna Hare Hare. Za każdym razem, kiedy zdarzy mi się zobaczyć łysych w pomarańczowych albo białych szatach z girlandami kwiatów na szyjach na mojej twarzy gości uśmiech :-)

Ciekawostka: Harrison pojawił się w Rutland Weekend Television Show, prowadzonym przez Erica Idle’a (tak tak, tego Erica Idle) śpiewając… no cóż, sami zobaczcie co.

George Harrison — My Sweet Lord

Written by msq

piątek, 14.01.2011 at 16:25

Napisane w 70s

Tagged with , , ,

%d blogerów lubi to: