Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Archive for the ‘90s’ Category

Co się wydarzyło w (…)

leave a comment »

Możemy poczynić założenie następujące (choć ma ono z prawdą tylko odrobinę wspólnego): zasadniczym bodźcem podjęcia tematu jak w tytule jest to, że 1/2 (a nawet 3/5) Repozytorium bawi aktualnie w krainie wódki Baca, aczkolwiek dla większości badaczy kultury bimbrowniczej naturalnym skojarzeniem były raczej Nemiroff, o którego nadużywanie (podobnie, jak, zapewne, np. o transseksualizm) zostaną wkrótce pomówione Orlęta Lwowskie. Mam wspomnienia z ‚tamtąd’, podobnie jak z wielu jeszcze miejsc, bo prawie każde, powiedzmy, znamienne jakąś historią miejsce asocjuję z muzyką. Nic dziwnego, skoro to dźwięk jest dla mnie jak bateryjka duracella wsadzona pod kitę różowego królika (ajaj).

Więc teraz mogę przewrotnie a spokojnie zapewnić, że dzisiejszy wybór to rezultat mechanizmu zupełnie innego. Odmienne jest następstwo czasowe (muzyka i historia nie rozgrywają się jednocześnie, ale kawałek kojarzę z miejscem i zdarzeniem już po nim, po faktach, tzn. po jabłkach), i działają też jakieś siły uogólniające, które sprawiają, że ‚moje’ może okazać się (przynajmniej w moim przekonaniu) ‚wspólne’.

Ja wiem, że znowu przegiąłem proponując 200% normy i nic swoim wprowadzeniem nie wyjaniając, ale to rezultat stresu przedurazowego, że msqa mogą do Polski z powrotem nie wpuścić; chłopie, nie bój, przecież oglądałeś 300 mil do nieba! (swoją drogą, przekraczanie limitu czasu antenowego skłania do wniosku, że Founding Fathers tego przybytku powinni zacząć nim handlować jak kwotami CO2). Coż, shit happens, a to co zaraz zahappenuje nie jest jakimś tam shit, tylko – trywialną być może – masakrą, w której chyba rozpozna się każdy kto pod mostkiem ma coś więcej poza watoliną.

Sam jestem zdziwiony wyborem, bo po głowie chodziły zupełnie inne klimaty. No, niestety, jedyne skojarzenie z tym co za wschodnią granicą to ja mam z białym ruskiem, który mi nawet smakuje, względnie – Okudżawą i Wysockim (dzięki moim padres zrozumiałem, że najbardziej mi żal, że tu w drzwiach nie pojawi się Puszkin) – bariera językowa, chociaż bodziec do zmiany mam najlepszy z możliwych. Jest jeszcze inne, równie odległe skojarzenie, ale potraktujcie je jak marną prowokację. ;)

Kawałek Doves ma idealne tempo, i brzmi country-folkowo jak najgrubsze kawałki Casha, niemal Ghost riders in the sky. Drugi – to dla mnie klasyczny oldskul.

Sapienti sat.

Doves, Kingdom of (no-T)rust

I Beirut z Nantes

Reklamy

Written by 1obo

poniedziałek, 29.04.2013 at 23:41

Napisane w 00s, 90s

Zarżnięcie kury…

2 Komentarze

…(gęsi w zasadzie) znoszącej złote jaja – tak miał powiedzieć David Lynch o fatalnym – i zrealizowanym niestety – pomyśle Frosta wyjaśnienia śmierci  głównej, a (wielkiej) nieobecnej bohaterki Twin Peaks.

Nie ma sensu rozpisywać się o serialu zanadto; nikt przedtem ani potem nie stworzył takiego klimatu małego i totalnie ksobnego miasteczka, nikt tak umiejętnie nie odsłaniał wzajemnych powiązań postaci, nie podrzucał wiodących na manowce tropów, ani nie żonglował emocjami widzów miotanych od uwielbienia po nienawiść do bohaterów. Każdy odcinek (no, zwłaszcza do połowy drugiej serii) obfituje w kultowe sceny, teksty i obrazy, barwne, bogate i ekspresjonistyczne. Nikt nie zamówi filiżanki cholernie dobrej kawy tak (bliskiej gaimanowej ‚czarnej jak noc i słodkiej jak grzech’) jak Dale Cooper, nie zatańczy jak typ, którego uwielbiam dla Carnivale, i tak dalej; każdy może dopisać, co chce. Dość powiedzieć, że t-shirty z tekstem ‚I killed Laura Palmer’ sprzedają się ciągle, od przeszło dwudziestu lat.

Soundtrack z serialu jest, nie bójmy się tego słowa, wybitny; Angelo Badalamenti (szacunek za Straight story) wielkim twórcą okazał się być, i wzmocnił nieprawdopodobnie schizę, która decyduje o wartości tego całego interesu.

I teraz Was, drodzy państwo, wkurwię, bo cały ten poroniony wstęp, którego nie mam zamiaru przeobrażać w rozwinięcie, służy tylko temu, żeby zaprezentować krótki schemat myślowy o następującej treści: Twin Peaks – Laura Palmer – Badalamenti – Bastille – (…). Najszybszy debiut na liście oldskulu, chociaż cała Bad Blood jest, nie bójmy się użyć tego słowa po raz drugi w tak krótkim czasie, wybitna.

Teraz wyrywać mi nogi z pośladków, kto się waży podważyć mój najmłodszy oldskul ever; ale wątpię, że tacy śmiałkowie zdołają podnieść się z podłogi, póki nie wybrzmi kolejny i kolejny raz mięsisty bas, świetne partie wokalne, grube bębny i pulsowanie serca, które nie nadąża za tempem tego, co się dzieje. A dzieje się…!

Angelo Badalamenti, Twin Peaks (Laura Palmer theme)

Bastille, Laura Palmer

Bastille, Flaws

PS I prawdziwa główna bohaterka, finis coronat opus.

Written by 1obo

czwartek, 25.04.2013 at 23:19

Napisane w 90s

Elekstryczna kon(tro)wersja

leave a comment »

Tytuł to oczywiście parafraza fragmentu legendarnego kawałka legendarnego barda, obywatela Kleyffa Jacka (który zasłynął również parafrazą, nie mniej udaną od mojej tytułowej, dziecięcego zaklęcia: ‚ślimak, wystaw rogi, dam ci sera – z nogi; sera wojskowego, na pierogi dobrego jak każdego innego) i werbalizacji zarzutu, jaki ortodoksyjni folkowcy czynili Dylanowi za jego seksces A.D. 1965.

Johnny Cash to postać dla ruchu country/folk jak monumentum ze spiżu; wydaje mi się, że dzięki jednemu P.T. Repozytariuszowi (gdzie ci mężczyźni, wspaniali tacy?) gościł tutaj już jeden klasyczny temat. Wprawdzie z mojej perspektywy absolutne mistrzostwo stylu to najlepsza wersja standardu Stana Jonesa – Riders in the sky, ale temat wpisu zobowiązuje do poszukiwania nie-kanonicznej perełki.

Wybór jest prosty, i oddaje całym swoim, że tak to ujmę, jestestwem atmosferę tej długiej jak cholerna zima chwili. Piosnka ta smętna nie straciła nic ze swojego pazura (cover Personal Jesusa z tej samej płyty już nie broni się tak dobrze), nie jest po prostu tą samą melodią, tyle, że z głębią cashowego głosu (casus Bridge over troubled water) albo jakąś fatalną culpą in eligendo (In my life). Jest zwycięstwem Casha, chyba ostatnim przed śmiercią.

Nine Inch Nails / Johnny Cash (kolejność przypadkowa), Hurt

 

 

PS Wybaczcie, jeżeli wątek już tu się pojawił; kiedy zaczęliście pisać blog to mnie jeszcze na świecie nie było, a wyszukiwarka dawała mi jakieś podejrzane rezultaty. 1obo

Written by 1obo

czwartek, 4.04.2013 at 23:16

Napisane w 90s

Nie dziwi mnie fakt…

leave a comment »

… że Jimi nagrał nagrał moje piosenki, ale raczej to, że nagrał ich tak niewiele, ponieważ wszystkie są jego” – tak miał skomentować Dylan hendriksowską wersję All along the watchtower, jak donosi Benda pisujący w jednym z prrrawicowych pism.

I słuszna Dylana racja. Nie on jeden zresztą mógłby napisać podobnie; smaczku mojemu skojarzeniu dodaje portret, który wisi za głównym bohaterem naszej dzisiejszej powiastki z Poznaniem najczęściej kojarzonym.

Kawałek w wersji Mike + the Mechanics (tęsknimy za Tobą, ang-purysto!) ma oldskulowy beat, ale jakiś taki lekko przaśny, i jeszcze ta czapeczka… Za to Wilson urzeka głosem, a harmonie wokalne refrenu powalają; poszukajcie (a znajdziecie) wersję lepszą jakościowo, najlepiej z takiej magicznej płytki, na której są też cudowne Carpet Crawlers.

Mike+ the Mechanics, Ray Wilson (a co!), Another Cup of Coffee

Dzisiejsze PS-y sponsoruje literka I jak Insider.

PS Pora spiąć pośladki i powrócić do dobrego obyczaju dzielenia się swoim małym oldskulem, chlopacy!

PS 2 Nie wiem, czy dziś mój dzień na wpis, ale nie przepraszam.

PS 3 Jutro nie nadeszło, a ja w całej mojej zachłanności żałuję, żałuję cholernie, również – dzisiaj. I wiem co poeta miał na myśli w Afraid of Sunlight. Przerażające odkrycie.

Written by 1obo

czwartek, 14.03.2013 at 01:30

Napisane w 80s, 90s

Two Hit Wonder

leave a comment »

Dzisiaj w kierunku oldschoolu, którego oldskulostwa nie trzeba nikomu udowadniać. To z cyklu tych kawałków, co to je „po jednej nutce” rozpoznają uczestnicy teleturnieju „Jaka to melodia”, a później Robert Janowski, z nienagannym uśmiechem i wyśmienitą aparycją podpartą latami doświadczenia na scenie, wykonuje. To z tych, co powodują swędzenie mózgu na wiele godzin, gdy ktoś przy nas nieopatrznie zanuci wyeksploatowany motyw.

To wreszcie z tych, co wizualizacyje najznamienitsze nam serwują w ruchomych zdjęciach… o przepraszam. Nie tym razem takie frykasy. Tutaj spadają na nas z siłą wodospadu płynne przejścia twarzy wokalisty w słonecznik (!), jego sylwetki w kolibra albo motyla w naszyjnik. Na szczęście niewiasty zdobiące teledysk robią wszystko, żeby zatrzymać męską część widowni a przynajmniej zapobiec odruchowi wymiotnemu.

Dodam jeszcze tylko, że autor nagrał drugi równie znany (a może bardziej?) oldskul, więc nie jest to żaden One Hit Wonder – dociekliwi niech wytropią i delektują się. Oldskul rządzi się swoimi prawami, nie ma co!

Nostalgicznie dodam, że wpis dzisiejszy jest 299. z kolei, przygasły niestety dwie gwiazdy Repozytorium, ale po cichu liczę, że naprawią swe zaniedbania i wezmą przykład z pozostałych dwóch Repozytorów. Kto wie, może wpis 300 przygotują (jeśli jeszcze tu zaglądają)?

Terence Trent d’Arby — Delicate

Written by msq

wtorek, 22.01.2013 at 01:23

Napisane w 90s

Tagged with , , , ,

Inspiration is what you are…

2 Komentarze

… to me, zaśpiewałbym dla Pana, Panie Msq, gdybym umiał zawodzić jak Robert Plant.

Pahri Pahri to całe mnóstwo skojarzeń, od tych prawdziwie infantylnych typu Joe Dassin aż po szaleństwo przepysznych izraelskich grzybków i ich świetną wersją Jeźdźców Burzy, którzy nieodmiennie doprowadzali do rozpaczy wszystkich wokół, kiedy dzwonił mój telefon. Ale cóż, sprzątnąłeś mi Pan pomysł z Père Lachaise i Morrisonem.

Nie znam też żadnego kawałka z tekstem Oscara Wilde’a, którego nagrobek z wygiętym w pałąk  pseudofaraonem z oberwanym przyrodzeniem zapadł mi w pamięć, tak, jak w pamięci wryło mi wyślizgane krocze innego, ekhem, monumentu, Victora Noir(a) zdaje się. Proponuję więc to, co aktualne, a z czym Paryżewo kojarzy mi się nieodmiennie. Chyba najlepszy męski quasi-duet popkultury dla mnie. I zero postępowych orientacji pciowych [sic, tak mówiła moja ‚biolodżystka’ czy ‚biolożka’ w szkole elementarnej].

Bon appétit!

Les Misérables, Javert i Valjean (w wykonaniu Colma Wilkinsona i Philipa Quasta)

Written by 1obo

czwartek, 17.01.2013 at 23:57

Napisane w 90s

Zapach wosku

leave a comment »

„(…) W prosektorium najzabawniej jest nad ranem
Czasem spadnie coś ze stołu – czasem ktoś
Po czymś takim następuje
Ożywienie zrozumiałe
Krótkotrwałe bo dzień wstaje jak na złość
Jasny dzień ma swoje różne jasne strony
Lecz ja jednak mimo wszystko twierdzę, że
W prosektorium najprzyjemniej
Moim zdaniem jest nad ranem
Zresztą sami przekonacie o tym się.”

Ten cytacik z wodewilowego W prosektorium Macieja Zembatego jest kwintesencją podzielanego przeze mnie spojrzenia na tzw. sprawy ostateczne. No dobrze, w tej deklaracji nie jestem do końca szczery: powinienem raczej napisać „chciałbym traktować umieranie jak spotkanie z pratchettowskim Mortem” i śpiewać na pogrzebach ” Jak dobrze mi w pozycji tej, w pozycji hory-zon-tal-nej” (znowu nieśmiertelny Zembaty z Ostatniej posługi), ale przechyły emocjonalne są chyba wkalkulowane w ludzką naturę, jakkolwiek chciałoby się pozostać stoikiem.

Daruję sobie prawienie komunałów o obecności motywu śmierci w muzyce popularnej, to jest jasne jak częstość występowania piosenek o używkach, miłości i pieprzeniu (się). Ubolewania godnym zrządzeniem losu (albo ułomnością tfu!-rców) temat ten jest zwykle podejmowany nieznośnie patetycznie, aż chciałoby się zacytować filmowego Bolca o „ptaka cieniu” w reakcji na teksty typu „idąc cmentarną aleją szukam ciebie mój przyjacielu” (niemożliwy do zniesienia patos kanoniczny). Albo, za innym klasykiem, stanowczo wrzeszczeć, że „jeżeli tematem sztuki będzie dzbanek rozbity, mała rozbita dusza z wielkim żalem nad sobą, to to, co po nas zostanie będzie jak płacz kochanków w małym brudnym hotelu kiedy świtają tapety”. Zdecydowanie wolę klimat niemal optymistycznej rezygnacji Połonin niebieskich w wersji Adama Drąga czy Ireny Jarockiej.

Niemniej, zdarzają się – z rzadka – perełki każdej z tych, powiedzmy, estetyk. Jak rozmaicie – i w warstwie tekstu, i muzyki – można pisać o tym samym, przecież oba kawałki to niemal deklaracje światopoglądowe, manifesty filozofii etyki, z których bliżej mi, wbrew wszystkiemu co napisałem wcześniej, do rozdzierającej spowiedzi spożywającego sakrament danej z nieba manny-manny-narkomanny (dzięki, Stachuro) Elliotta Smitha, który brzmi wspaniale jak Floydzi z okolic Meddle.

Blue Öyster Cult, Don’t Fear) The Reaper


Elliott Smith, King’s Crossing

Written by 1obo

czwartek, 1.11.2012 at 15:47

Napisane w 70s, 90s

%d blogerów lubi to: