Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Archive for Listopad 2010

Młode Tłoki

2 Komentarze

Dwa słowa: Modern Talking. Sława eurodisco/europopu czy jak tam kto chce sobie nazywać ten gatunek. Można mieć obiekcje co do „jakości” muzyki przez nich tworzonej ale nikt nie zaprzeczy, że to jeden z bardziej popularnych zespołów wszechczasów. Jeśli wierzyć Wikipedii, to sprzedali 100 milionów płyt co plasuje ich w okolicach światowego 50. miejsca! W niemieckim rankingu — bo duo pochodzi z Niemiec — zajmują drugie miejsce za Boney M. (tak, moja reakcja też była taka: „Boney M.? To oni są z Niemiec?!”).

Sto milionów płyt. Tyle ile obiecał Wałęsa każdemu Polakowi. To tak jakby każdy Polak kupił dwie płyty a trzecią na spółkę ze znajomym. Dla porównania, czołówka rankingu to liczby w granicach od pół miliarda do milarda. Inne porównanie: status diamentowej płyty, najwyższy dostępny w Polsce album uzyskuje po sprzedaniu 150 tysięcy egzemplarzy. Jeden zakup na 250 obywateli.

Przepraszam wszystkich, że nie będzie jednego z największych hitów. Pomyślałem, że i tak wszyscy je znają, więc zamiast tego wrzucę troszkę mniej znany, ale równie wpadający w ucho. Jak wsłuchać się w tekst to troszkę przypomina wspomniany przez repozytora bebuka „Yours Truly, 2095”. Co ciekawe, dzisiejszy kawałek nagrany był w 1987, więc „za 100 lat” wychodzi w 2087 — tylko 8 lat różnicy w stosunku do prognoz ELO.

eL — Oh — Vee — Eh! Love is illegal in my heart!

Modern Talking — In 100 Years

Reklamy

Written by msq

poniedziałek, 29.11.2010 at 20:34

Napisane w 80s

Tagged with , , ,

Balet Spandau

3 Komentarze

Miało by o czymś innym. Było parę różnych pomysłów, ale w momencie kiedy ciotka wikipedia odkryła przede mną jedną ze swoich głęboko skrywanych tajemnic, nie mogę przestać o tym myśleć.
Twórca dzisiejszego oldskulu nie różniłby się niczym od setki innych zespołów jednego kawałka gdyby nie nazwa. Właśnie – Spandau Ballet. Na początku ta synthopopowa brytyjska grupa nazywała się The Makers; przedimek określony był, liczba mnoga była, i wszystko grało. A potem ich znajomy, niejaki Robert Elms, DJ radiowy i przyjaciel zespołu, zobaczył w Berlinie, na ścianie męskiej, chyba, toalety, napis Rudolf Hess, all by himself, dancing the Spandau Ballet. Swoim odkryciem podzielił się z członkami zespołu, którym tak spodobało się określenie, że postanowili przywłaszczyć je sobie jako nazwę zespołu. Pytanie jednak brzmi, czym jest owy balet Spandau. Są dwie teorie, jedna bardziej makabryczna od drugiej.
Pierwsza mówi, że chodziło o przedśmiertne podrygiwania powieszonego człowieka, co potwierdzać mógłby fakt, iż Hess (lub też jego sobowtór) powiesił się na kablu właśnie w więzieniu w Spandau.
Druga nawiązuje do karabinu maszynowego MG 42, nazywanego Spandau od miejsca produkcji. Amerykańscy żołnierze mieli nazywać konwulsyjne ruchy osoby rażonej serią z owej broni tańcem Spandau.
Tak, czy owak, nigdy już nie spojrzę na ten kawałek jak na typowy love song. Może nim właśnie jest, a nazwa zespołu nie ma nic wspólnego z tą konkretną piosenką, ale zamiast pary młodej dającej wolnym podrygiwaniem sygnał do tańca innym gościom, wyobrażam sobie teraz Rudolfa Hessa podrygującego na kablu.

Miłych snów, oldskulowe robaczki.

Spandau Ballet – True

Written by bebuk

sobota, 27.11.2010 at 19:17

Niezbędny składnik

leave a comment »

W zespołach muzycznych nieraz ścierają się osobowości. Czasem grupa się zupełnie rozpada, czasem ktoś odchodzi, po drodze mogą się przytrafić nawet procesy sądowe. Nieciekawie robi się wtedy, gdy z zespołu odchodzi muzyk w sposób znaczący odciskający piętno na jego brzmieniu odpowiedzialny za kierunek artystycznych poszukiwań. Wtedy nieraz słuchacz westchnie i powiem ze smutkiem: „To już nie to samo”. Raz na jakiś czas syn marnotrawny jednak powraca. Tak stało się w przypadku Deep Purple, którego to zespołu przetasowania personalne potrafią zapędzić w kozi róg niejednego znawcę muzyki. Dla mnie na zawsze kwintesencją klasycznego stylu tej formacji będzie gitarzysta Ritchie Balckmore. Geniusz gitary, ponadto jednak człowiek trudny we współpracy. Z kolegami pożegnał się w 1975 r. by powrócić triumfalnie w 1984 r. podczas sesji nagraniowej płyty Perfect Strangers. Dziś w Repozytorium tytułowy utwór z tego albumu, żywe świadectwo jak niezbędny dal muzyki Deep Purple był Ritchie Balckmore. Dziś jego ścieżki znów odległe są od macierzystej formacji, a ja mimo że szanuję dorobek jego następców, wciąż tęsknie do Człowieka w Czerni.

Written by bzofik

czwartek, 25.11.2010 at 02:57

Napisane w 80s

Tagged with , ,

Znów w drodze

leave a comment »

Dzisiaj mija dwa lata od śmierci Roberta Lucasa, jednego z czterech frontmanów zespołu Canned Heat. To nie on jednak śpiewał największy przebój tego zespołu pt. „On the Road Again”. Bluesowy kawałek z zapadającą w pamięć harmonijką i cienkim głosem jest rozpoznawalny już od pierwszych nut i nie sposób go pomylić z niczym innym. O wiekości i mocy tego kawałka świadczą zresztą covery takich artystów jak Status Quo, Smasing Pumpkins czy Tom Jones.

Canned Heat założone w 1965 roku jest aktywne do dzisiaj! Nagrali dziesiątki albumów, przez ich skład przewinęła się niezliczona rzesza muzyków, współpracowali także z wieloma znanymi nazwiskami, żeby nie szukać daleko: niejaki John Lee Hooker (pan od Boom boom) stworzył z nimi kolaborację Hooker ‚n Heat. Trzy minuty specjalnie dla nich.

Canned Heat — On the Road again

Written by msq

wtorek, 23.11.2010 at 20:04

Napisane w 60s

Tagged with , , ,

Dorzuć do pieca!

with one comment

Drodzy miłośnicy oldskulu, z czym kojarzy się wam Eric Clapton? Taki siwiejący starszy pan, który plumka na gitarze akustycznej smutne piosenki-pomyślało być może kilka osób. Pozory jednak mylą i radzę się nie dać im zwieść. Clapton wygląda dziś może statecznie, ale to ten sam człowiek, który zrewolucjonizował grę na gitarze, odbił żonę Georga Harrisona i skonsumował więcej heroiny i alkoholu niż tuzin obecnych „niegrzecznych muzyków”. Chcę się dziś cofnąć do czasów gdy objawił się on jako geniusz gitary i z supergrupą Cream podbijał listy przebojów. Cream to jednak nie tylko Clapton, to także basista i wspaniały kompozytor Jack Bruce oraz zbaczający w swej grze ku jazzowi perkusista Ginger Baker. Czasy wówczas były gorące, pełne inspiracji i nowych zjawisk. Na firmamencie jaśnieli przecież jeszcze The Beatles, ale już pojawiały się fenomeny takie jak Janis Joplin i Jimi Hendrix (ten drugi zresztą lubił sobie pograć utwory Cream).

W taki zimny poranek jak dziś trzeba dorzucić do pieca, a któż zrobi to lepiej niż posiadacz sporej kolekcji „wioseł”. Pamiętajcie, prawdziwy Clapton to nie zmęczony pan z MTV Unplugged i katowane w radiach Tears in Heaven oraz akustyczna Layla. To rockman z krwi i kości, zakochany w bluesie demon gitary elektrycznej. Przed Państwem Cream-Sunshine of Your Love.

Written by bzofik

Niedziela, 21.11.2010 at 12:17

Napisane w 60s

Tagged with , , , ,

Łyżka dziegciu w beczce miodu.

leave a comment »

Jest czasami tak, że artystę, głos czy cały gatunek może obrzydzić jeden kawałek, wałkowany ad nauseam i, wynikającej z krańcowego odwodnienia organizmu powyższym, mortem defectatum. A jakaż inna okazja jest lepsze niż święta na odkurzenie leżącego na zapleczu brokatowego syfu. Tylko wziąć odkurzacz, zmienić 09 na 10, maznąć farbą i jest jak nowy. No i płyta też jest co ją sprzątaczka na półce z chemikaliami znalazła. W zeszłym roku cały grudzień obleciała to i w tym da radę. Zresztą ten pierwszy kawałek Łama, czy jakoś tak, to chyba ludzie znają i lubią, prawda?
NIE! NIE! NIE! i jeszcze raz nie!

Bracia i siostry, tak nie musi być. Święta i Wham! nie muszą być jak Freeman i łom. Na dobry początek możemy nie brać udziału w pseudo-ironicznym nakrecaniu tej szopki.

Najbardziej poszkodowaną osobą w tym wszystkim jest jednak George Michael. Znienawidzony przez masy chłopina nic złego nie zrobił. Ot nagrał kiedyś piosenkę świąteczną, bo któż tego nie zrobił. Ale to była tylko jedna piosenka, przez którą jednak cala reszta jego twórczości poszła w diabły.

A z Wham! potrafiło być zdecydowanie lepiej, lirycznie i instrumentalnie, czy tez disko-rockowo z czarnym basista. Potem George nagrał świetną płytę Faith, zaliczył parę przednich duetów, miedzy innymi z Eltonem Johnem, czy znacznie później z Mary J. Blige, dał najlepszy, moim zdaniem, wystep na koncercie po śmierci Freddiego i jako jedyny poradził sobie z piosenkami pisanymi pod Zanzibarczyka. Na gruncie prywatnym zaś, mimo iż została boleśnie obnażono jego nieznajomości celu istnienia sanitariatów, nie stracił nic z dystansu do siebie.

I gdyby nie ta jedna, pochopnie nagrana świąteczna pioseneczka, to byłoby tak pięknie.

Ale co z oldskulem? 1990, początki ery CD, pianino, gitara i blondynka, ze spojrzeniem, od którego człowiek nie wie czy mu zimno czy gorąco.

George Michael – Freedom.

Written by bebuk

sobota, 20.11.2010 at 00:57

Napisane w 90s

Tagged with , , , , ,

Po co mi Repozytorium?

leave a comment »

Nikt nie zna wszystkich oldskuli. To oczywiste. Tym większa radość, gdy spodoba nam się jakiś stary kawałek polecony przez znajomego. Jest parę takich i w mojej biblioteczce. Wybieram dzisiaj ten polecony mi swego czasu przez repozytora bzofika.

Otóż około rok temu zaznajomił mnie z utworem „Sebastian” w wykonaniu Steve Harley & Cockney Rebel. Przesłuchałem, dodałem, polubiłem.

Urzeka mnie ten kawałek! Tyle tam różnych instrumentów: pianino, smyczki, mandolina, sekcja dęta, perkusja, lekko przesterowany wokal, chórki a wszystko składa się w piękną kompozycję; wcale nie czuć tego natłoku, wręcz przeciwnie, całość wydaje się bardzo spójna i przemyślana. Na dodatek tej niewątpliwej przyjemności dla zmysłów mamy aż siedem minut!

[misja bloga]
Odnajdywanie takich kawałków to wg mnie jeden z głównych celów tego projektu (Repozytorium Oldskulu) i mam nadzieję, że każdy czytający nas w miarę regularnie znajdzie tu chociaż jedną taką nieznaną perełkę.
[/misja bloga]

Steve Harley & Cockney Rebel — Sebastian

Written by msq

środa, 17.11.2010 at 19:49

Napisane w 70s

Tagged with , , , ,

%d blogerów lubi to: