Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Archive for Lipiec 2012

Polskie seriale

2 komentarze

Dzisiejszy wpis powstaje pod wpływem dwóch rzeczy. Po pierwsze: znajomy w pracy zanucił pod nosem melodię z „Janosika”: nie ma chyba wiele osób, które mogą w prosty sposób usunąć ten motyw z głowy natychmiastowo (trepanacja i lobotomia się nie liczą). Drugi powód: rysunek Raczkowskiego, na który natrafiłem na „niebieskim portalu społecznościowym” (polecam nieoficjalną stronę na wspomnianym portalu, gdzie codziennie można delektować się talentem R.) Obydwa zdarzenia złożyły się na fazę czołówek z polskich seriali.

Trafiło na „Czterech pancernych i psa” – według jednego z wielu zapewne plebiscytów najbardziej kultowy serial polski. Kiedyś Janusz Gajos, filmowy Jan Kos, powiedział o roli w tym filmie „Bałem się, że to koniec. Zawodowa śmierć. A ja bardzo chciałem grać, bardzo chciałem być aktorem”. Jak powszechnie wiadomo Gajos się z tego wyplątał, Tomuś poszedł w Polskę (czy może wrócił?) a tylko Szarik, wg Raczkowskiego, ponósł klęskę.

Czołówka „Czterech pancernych…” to jeden znany motyw, istnieje także drugi: Piosenka radiotelegrafistki. Ten doczekał się koweru w wykonaniu zespołu o wdzięcznej nazwie Doktór Hałabała i Siedmiu Zbójów.

Będąc obrazem, który pokazuje nieprawdziwe wydarzenia „Czterej pancerni…” zostali zdjęci z anteny TVP kilka lat temu (dobrze, że zostały inne programy misyjne, jak „Kto dłużej beknie” albo „Rzyganie do kubła na czas”), na szczęście youtube potrafi zaspokoić naszą ciekawość w wielu przypadkach.

Edmund Fetting — Deszcze niespokojne

Written by msq

poniedziałek, 30.07.2012 at 23:15

Napisane w 60s

Tagged with , , , ,

Redrum dallab

leave a comment »

Wbrew tytułowi dzisiaj nie o ścieżkach dźwiękowych do filmów Kubricka, ani o jednej płycie najbardziej znanego barda australijskiego (Wujka Nasienie Samo Zło), chociaż oba te popkulturowe zjawiska mają tematyczny wspólny mianownik z naszą bohaterką. Jej (bohaterki) autor jest znany powszechnie z kawałka rozpoczynającego się od „ośmiu zapałek”.

Offtop: zobaczyłem dzisiaj na fb hasło Kto się wymieniał historyjkami z donaldów w dzieciństwie, prędko wciska „lubię to”! i stwierdziłem, że od dawna czekam na taką zabawę z hasłem Komu rodzice zabraniali bawić się zapałkami żeby nie zsikał się w nocy (dzieciństwo) i Komu jeszcze zapałki kojarzą się z Gałczyńskim i liczbą inną niż osiem (młodość chmurna i durna).

Więc aczkolwiek Right here waiting to oldskul jak się patrzy, zawartość żenady jest w nim wyższa niż średnia statystyczna i przypominanie tego kawałka nawet wyznawcom budzi mój odruch wymiotny. Taką samą zresztą reakcję budził przez lata całe sam Richard Marx, i była ona – przyznaję – niezasłużona jak jazda po di Caprio za Tytanika. Jak się okazało, koleś z wietrznego miasta rodem nie dość, że sam komponuje, to cośtam cośtam gra na gitarze, wygląda (podobno) i daje radę wokalnie w tym sensie, że nie zawsze brzmi jakby ssał marshmallowy za każdym razem jak siedzi na sedesie.

Jedna piosenka podoba mi się szczególnie, bo jest dla mnie przesycona lekko złagodzonym w odbiorze klimatem Twin Peaks, chociaż pewnie projektuję oryginalny klip i tekst na ogólne wrażenie. Patrząc na chronologię (singiel względem serialu) Hazard to bankowa zrzynka z Lyncha (a nie odwrotnie); ma jednak ten walor, że Marx nie zabija kury znoszącej złote jaja i nie oświadcza wszem wobec kto zabił jego Laurę Palmer. Tak czy owak – kawałek smaczny (damn fine cup of coffee, powiedziałbym), teraz w wersji z Night out with friends, tj. płyty do zapoznania się z którą (co za konstrukcja) gorąco zachęcam.

Richard Marx, Hazard

Written by 1obo

czwartek, 26.07.2012 at 14:38

Napisane w 90s

Tagged with , ,

Bo gdy Cyganka kocha…

leave a comment »

Odkopałem znowu kawałki, które siedziały sobie głęboko z tyłu głowy nie niepokojone i nie drażnione. Teraz wyszły na światło dzienne i atakują ze zdwojoną mocą. Pewnie trochę to niebezpieczne, bo nastroje dookoła dość negatywne jeśli chodzi o Romów (jak to się teraz ładnie i poprawnie mówi: wielu jest etnosceptyków). Z różnych zakątków kraju (i nie tylko) dochodzą wieści a to o jakimś osiedlu sterroryzowanym przez grupę Romów, a to o pobicu, a to że „tam panie całe gromady żyjo, w jednej chałpie po 20 łosób siedzi, sodomia, psy żrejo”. Ja tam poglądy mam umiarkowane i staram się oceniać raczej jednostki a nie społeczności. Z drugiej strony z dokładnie tego samego powodu specjalną miłością ich nie darzę, śmieszą mnie za to newsy (rzadsze co prawda niż te negatywne) o tym jak to wybrano nowego króla cygańskiego Henryka Nudziu Kozłowskiego. Wikipediowe artykuły powiązane z Romami śmieszą dziwnymi konstrukcjami i subiektywnym podejściem (Król Romów polskich Henryk Nudzio Kozłowski cztery lata temu powołał do życia jedyna w Polsce i na świecie Królewska Fundacja Romów w Polsce. Jako prezesa tak poważnej instytucji obdarzył zaufaniem jedynego Roma o blond włosach na prezesa fundacji do spraw i kontaktów medialno –urzędowo-państwowych. Bogdan Trojanek nie nagannie czuwa nad prawami romskimi i jest ambasadorem cygańskiej kultury . Bogdan Trojanek jako jedyny Rom o blond włosach nie zaprzestał na laurach i dalej pomaga ludziom w potrzebie i stąd jego odznaczenia:)

Gipsy Kings. Zespół, którym nasycisz głodne gitary akustycznej uszy. Członkowie rodziny Reyes i Baliardo (spowinowaceń nawet nie odważę się domyślać) założyli zespół w 1978 roku i spopularyzowali gatunek zwany flamenco — charakterystyczne właśnie dla Romów pochodzenia hiszpańskiego (gitanos). Teksty są dla mnie niestety niedostępne, bo nie władam hiszpańskim. Nie wiem nawet czy dużo tracę, chociaż google translate podpowiada, że niezbyt. Dla niezbyt odważnych wystarczy album z cyklu „The very best”, który właśnie teraz katuję. Dla nadgorliwych są nawet polskie nawiązania do muzyki cygańskiej słynnych T-Raperów („Bo gdy Cyganka kocha — zespół kruszyn budowlanych ” — ileż tu wspaniałej gry słów!).

Na zachętę podrzucam kawałek, który niezbyt dobrze kojarzę z czasów starszych, ale wpadł mi w ucho teraz.

Soy — Gispy Kings

Written by msq

wtorek, 17.07.2012 at 00:16

Napisane w 80s

Tagged with , , ,

Dokąd prowadzą wszystkie drogi

leave a comment »

Wpadł ostatnio w moje włochate łapska informator o festiwalach muzycznych odbywających się w Polsce, i – szczerze pisząc – szczęka mi opadła. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy w ekstazę wprawiała mnie myśl o Sziget Festival, o którym dowiedziałem się dzięki  modemowi 56k wydającemu dźwięki z piekła rodem (no, to był raczej dźwięk bram raju). Zadrościłem tej imprezy naszym bratankom od bitki i wypitki, i wznosiłem modlitwy do wszelkich wielkich Mzimu jakich zna ludzkość, żeby wakacyjny urlop moich padres, spędzany tradycyjnie w krainie palinki, wypadł akurat w czasie jego trwania. No, żebym sobie chociaż przez tę godzinę spędzoną na spacerze po Wyspie św. Małgorzaty mógł poobserwować puste szklane butelki i sterty petów, popatrzeć na zadymione twarze o fryzurach Castle Party godnych, i poczuć atmosferę wielkiego święta sex, drugs & rock’n’roll.

Teraz jestem duży i podnieta jakby mniejsza, ale od liczby festiwali odbywających się w Polsce naprawdę serce roście. Cóż, dla mnie jednym z pierwszych i najmilej wspominanych pozostanie Piknik Country w Mrągowie, po raz pierwszy zagrany w 1983 r. , czyli w czasach, kiedy z produktów ziemi amerykańskiej w Polsce były dostępne tylko cola i stonka; country było pewnie trzecie. Jak kto chce – na tegoroczną edycję jeszcze zdąży nawet z buta (start – 27 lipca), chyba że akurat bawi za wielką wodą, to tylko przy muy buenos aires da radę. Ja się nie wybieram, Wilki tam to kpina, ale de gustibus i tak dalej, poza tym transmisje telewizyjne wymagają gwiazd pod ogórek małosolny.

Nie mam pojęcia czy ta muza to oldskul, ale mnie kojarzy się nieodmiennie z latem i wolnością, która w ostatecznym rozrachunku przynosi zawsze smutek, ale bez niej życie byłoby takie, że nie dałoby się żyć. No, to teraz można już odpalać banjo, bo przed nami kawał drogi, w której towarzyszył nam będzie największy hit świętującego dzisiaj 70. urodziny Steve’a Younga, w nieprzyzwoicie prowincjonalnych (wieśniackich? jak zrobić przymiotnik od country?) harmoniach The Eagles (ale kawerowały to też Joan Baez i Dolly Parton).

Seven Bridges Road, The Eagles

Written by 1obo

czwartek, 12.07.2012 at 20:13

Napisane w 60s, 80s

Wszystko zostaje w rodzinie

leave a comment »

Nazwisko Waglewski kojarzy się teraz chyba głównie z Emadem* i Fiszem. Dwóch braci eksploruje różnorakie gatunki muzyczne, nie straszny im hip-hop i rap, rock i jazz. Z pewnością warto zapoznać się z ich twórczością, nie mniej warto wiedzieć, że ich talent muzyczny nie wziął się z nikąd. Wojciech Waglewski, urodzony w Nowym Sączu pod Gorlicami (badum tss) na pewno przekazał im w znacznym stopniu zamiłowanie do muzyki. Jako lider wielu projektów jest jednym z ważniejszych artystów gitarowych w Polsce. Współpracował ze Zbigniewem Hołdysem (tak tak, ten Hołdys co to teraz w Polsce ma przekichane, ale nie negujmy jego dokonań ;) tworząc projekt MWNH (Morawski Waglewski Nowicki Hołdys), potem w bardzo podobnym składzie założył Voo Voo. Waglewski zawsze bardzo otwarty na współpracę udzielał się gdzie tylko się dało: Kazik, Bartosiewicz, AbradAb i wielu innych znanych artystów współpracowało z nim z dużym powodzeniem. Wspomnieć wystarczy inicjatywę „Męskie granie”, którą podjął i z której wyniknęły bardzo przyjemne utwory, w tym świetny duet z Maleńczukiem („Koledzy”, „Wszyscy muzycy to wojownicy”).

Voo Voo jest najpopularniejszym projektem, w którym się udzielał, i to z ich dyskografii dzisiejszy kawałek.

Voo Voo — Flota zjednoczonych sił

* mój brat to nie „imejd” a Emade — „Zwierzę bez nogi”

Written by msq

poniedziałek, 2.07.2012 at 22:16

Napisane w 90s

Tagged with , , ,

%d blogerów lubi to: