Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Archive for the ‘70s’ Category

Niebieskie Jeruzalem

leave a comment »

Ponieważ zazwyczaj (szczerze pisząc – zawsze) treść i konstrukcja wpisu jest prostą werbalizacją zachodzących od czasu do czasu pod moją kopułą procesów myślowych, miałem wielką ochotę pozostać wiernym tej tradycji pisarskiej. Prób więc podjąłem wiele, ale do mety nie dobiegłem; najprawdopodobniej tym razem żadnych procesów tam gdzie się spodziewałem nie było: wyłącznie oderwane od siebie obrazy, emocje, wrażenia, zapachy i tak dalej. Widziałem je jak straszni mieszczanie: ‚że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…’, i jedyne co mogę zrobić, to podać ich kolejność z erzacem uzasadnienia, wyjaśnienia raczej, dlaczego takie to następstwo (albo równoległość) jest.

Ostrzegam: to podróż do dysfunkcyjnego albo schizofrenicznego umysłu. Albo obu w jednym. Przebrnąć przez to łatwo nie będzie, a z przejażdżki korzyści żadnej (może minimalna poznawcza, ale to jak wizyta w slumsach: ‚jakie fascynujące ale chodźmy jużbo chce mi się rzygać’); zresztą nie będę pisał ostrzeżeń jak dla kretynów, za których są uważani nabywcy kawy w kubkach w paru sieciach fast-food. I tak nikt tego nie czyta,  piszę sobie a muzom, co nie  tylko niewątpliwie podnosi elitarność działalności, ale pozwala mieć wyje*ane na jakąś głupią potrzebę bycia rozumianym.

Więc na początku było słowo, a słowo brzmiało ‚po’. ‚Już po wszystkim‚. Koniec.

A potem wydarzenia przebiegły tak: ‚To zadziwiające, jak rozmaicie określa się kierunki tego, dokąd się idzie, jeżeli idzie się na drugą stronę, jeżeli druga strona jakakolwiek jest. Lewis miał swój Ostateczny Wschód, a taki np. drugi inklingokształtny – Zachód. Niewykluczone, że to nie ma żadnego znaczenia, bo po śmierci nie ma nic, a ci, co nie zdążyli się zawinąć do krainy wiecznych łowów będą sobie karmić robale zapomniani i samotni, aż każda dotychczasowo należąca do nich cząsteczka budulcowa zamieni się w odżywczą. Tak. Kraina wiecznych łowów!; ależ w tym, powiedzmy, westernie progressywnym była muza, tak cholernie gruba gitara, chwała Youngowi. Grubo zresztą to jest ze mną nie tak; wszystko – zamiast kojarzyć mi się z cyckami – sprowadza się do Williama Blake’a; wkrótce wydziergam sobie na plecach niewiastę obleczoną (czy powleczoną…?) w słońce, rydwany ognia, albo diable młyny. Czy tylko ja słyszę w tych ostatnich Watersa?”.

Przeżyli?

Typy oczywiste. Nie, żadne broadwayowskie jagnię.

Te:

 

Reklamy

Written by 1obo

poniedziałek, 13.05.2013 at 23:24

Napisane w 70s

Z Księgi Rodzaju

leave a comment »

Są tacy co stwierdzą, że Genesis to Phil Collins i tylko on. To oczywiście nieprawda, i ktokolwiek bardziej zgłębi twórczość tego zespołu stwierdzi, że Phil Collins to tylko część. Jedna z wielu. Można oczywiście kłócić się i debatować, za czyjej ery było lepiej. Gabriel? Komercyjnie chyba im później tym przyjemniej, tematycznie jak kto woli: albo idziesz w progresję albo w coś lżejszego ale niekoniecznie gorszego. Poza tym nie tylko Gabriel i Collins, chociaż to najbardziej znane nazwiska, tworzyli grupę. Był też Mike Rutherford (np. Mike & The Mechanics) czy Tony Banks; co więcej to właśnie ci dwaj panowie z Genesis byli najdłużej a w zasadzie cały czas.

O ile Collinsowe utwory są dość znane o tyle starsze, z początków Genesis często mniej. Prezentuję dlatego jeden z takich utworów, który mnie osobiście zadziwia. W zupełnie innym klimacie niż reszta płyty Trespass, The Knife to agresywna kompozycja, dynamiczna i szybka z wieloma partiami gitarowymi, ale to co najbardziej mnie w tym utworze urzeka, to klawisze. Wspomniany Tony Banks pod koniec daje rewelacyjne solo, dla którego wg mnie istnieje ten kawałek.

Plotka głosi, że Gabriel wykonując na koncercie The Knife w amoku rzucił się w widownię i złamał kostkę. Ile w tym prawdy? Nie wiem, ale jestem sobie w stanie wyobrazić to zdarzenie, bo z każdą minutą rośnie tu napięcie a kulminacja, którą jak dla mnie są wspomniane klawisze poprzedzone marszową perkusją, to majstersztyk.

Genesis — The Knife

Written by msq

wtorek, 19.03.2013 at 00:32

Napisane w 70s

Tagged with , , ,

Puste słowa

leave a comment »

Jednym z punktów wycieczki do stolicy Francji był Montmartre. Artystyczna dzielnica Paryża, oprócz żelaznego punktu jakim jest Czerwony Wiatrak, jest także w posiadaniu setek szkieletów znanych osobistości skupionych głównie w okolicach Cmentarza Montmartre. Byliśmy tam, głównie żeby zobaczyć ponoć-ładnie-utrzymany grób Dalidy. Poszukiwania trwały dość długo, bo chociaż cmentarz jest mały, to akurat poszukiwany grób jest ukryty w dość odosobnionej, wyższej części cmentarza. W końcu się udało i ujrzeliśmy kwiaty z posągiem. No cóż, podejrzewam, że niewiele grobów mnie w życiu poruszy, Dalida nie stanowi wyjątku, nie jestem w stanie tej sztuki docenić.

Autorka dzisiejszego przeboju miała dość nieciekawe życie – mężczyźni, z którymi się wiązała kończyli ze sobą (z tęsknoty za piękną Dalidą?) strzelając sobie w głowę albo trując spalinami. Tak skończył Lucienne Morisse, którego zostawiła dla Jeana Sobieskiego. Tak też skończył Luigi Tenco oraz Richard Chanfray. I tragiczna Dalida też popełniła samobójstwo (nie uwierzymy w bajki, że była bardzo głodna i chciała najeść się 120 sycącymi tabletkami nasennymi po czym z pragnienia popiła to wszystko orzeźwiającą whiskey).

Tak czy inaczej przybyliśmy, zobaczyliśmy i obfotografowaliśmy a potem podążyliśmy w kierunku Pere-Lachaise do Jamesa Douglasa „Jima” Morrisona.

Dzisiejszy wpis sponsoruje znajomy, który pośrednio podrzucił mi wersję hitu dla prawdziwych twardzieli.

Dalida – Parole, Parole

Written by msq

poniedziałek, 7.01.2013 at 22:59

Muza i heroina

leave a comment »

Wbrew tytułowi nie będzie dzisiaj o tym, o co w rocku zasadniczo chodzi, czyli ani o lecących w stronę estrady (co za słowo) majtkach, ani białych kreskach (kropki kreski) ani dźwięku wreszcie, ale o pewnym typie zjawiska nazywanego z braku lepszego określenia kobietą, chociaż oddaje to jedynie kawałeczek rzeczywistości.

Nie będę się rozpisywał, bo pod hasło ‚muza i heroina’ każdy podstawi swój obraz, ale mnie, pop-historycznie (czyli bez George Sand) rzecz biorąc, do głowy przychodzą trzy istoty, które można wycisnąć jak cytrynki i zrobić koncentrat muzycznego bóstwa. Nie jest to przy tym bóstwo rozj*bane w łóżku jak nie przymierzając Maja od Goji i tam czekające na ‚adoratorów’, ale postać aktywna i przez to tym bardziej podniecająca. Te rzesze absztyfikantów stały raczej moim zdaniem nie tyle przed sypialnią (chociaż tamtędy szlak też prowadził), ale przed teatrem, w którym miały do odegrania monodram znacznie ciekawszy, niż propozycja seksualna.

Marianne Faithful, Courtney Love i Christa Päffgen aka Nico to, pojadę Kisielem, moje typy. Kto chce wiedzieć skąd współpraca tej ostatniej z Brianem Eno, Lou Reedem czy Johnem Calem niech prześwietla jej pościel do upadłego, a my lepiej zajmijmy się kawałkiem, który moim zdaniem – mimo dziwnej artykulacji i być może denerwującej maniery – boskość Nico uzasadnia. Wybrałbym wprawdzie Somewhere There’s A Feather albo (zwłaszcza) Secret Side, ale kawałek napisany przez Jacksona Browne’a, nagrany przez autora (dobrze), Gregga Allmana (dobrzej) i Nico brzmi oldskulowo najbardziej.

I bosko.

Nico, These Days

Written by 1obo

czwartek, 15.11.2012 at 22:19

Napisane w 70s

Zapach wosku

leave a comment »

„(…) W prosektorium najzabawniej jest nad ranem
Czasem spadnie coś ze stołu – czasem ktoś
Po czymś takim następuje
Ożywienie zrozumiałe
Krótkotrwałe bo dzień wstaje jak na złość
Jasny dzień ma swoje różne jasne strony
Lecz ja jednak mimo wszystko twierdzę, że
W prosektorium najprzyjemniej
Moim zdaniem jest nad ranem
Zresztą sami przekonacie o tym się.”

Ten cytacik z wodewilowego W prosektorium Macieja Zembatego jest kwintesencją podzielanego przeze mnie spojrzenia na tzw. sprawy ostateczne. No dobrze, w tej deklaracji nie jestem do końca szczery: powinienem raczej napisać „chciałbym traktować umieranie jak spotkanie z pratchettowskim Mortem” i śpiewać na pogrzebach ” Jak dobrze mi w pozycji tej, w pozycji hory-zon-tal-nej” (znowu nieśmiertelny Zembaty z Ostatniej posługi), ale przechyły emocjonalne są chyba wkalkulowane w ludzką naturę, jakkolwiek chciałoby się pozostać stoikiem.

Daruję sobie prawienie komunałów o obecności motywu śmierci w muzyce popularnej, to jest jasne jak częstość występowania piosenek o używkach, miłości i pieprzeniu (się). Ubolewania godnym zrządzeniem losu (albo ułomnością tfu!-rców) temat ten jest zwykle podejmowany nieznośnie patetycznie, aż chciałoby się zacytować filmowego Bolca o „ptaka cieniu” w reakcji na teksty typu „idąc cmentarną aleją szukam ciebie mój przyjacielu” (niemożliwy do zniesienia patos kanoniczny). Albo, za innym klasykiem, stanowczo wrzeszczeć, że „jeżeli tematem sztuki będzie dzbanek rozbity, mała rozbita dusza z wielkim żalem nad sobą, to to, co po nas zostanie będzie jak płacz kochanków w małym brudnym hotelu kiedy świtają tapety”. Zdecydowanie wolę klimat niemal optymistycznej rezygnacji Połonin niebieskich w wersji Adama Drąga czy Ireny Jarockiej.

Niemniej, zdarzają się – z rzadka – perełki każdej z tych, powiedzmy, estetyk. Jak rozmaicie – i w warstwie tekstu, i muzyki – można pisać o tym samym, przecież oba kawałki to niemal deklaracje światopoglądowe, manifesty filozofii etyki, z których bliżej mi, wbrew wszystkiemu co napisałem wcześniej, do rozdzierającej spowiedzi spożywającego sakrament danej z nieba manny-manny-narkomanny (dzięki, Stachuro) Elliotta Smitha, który brzmi wspaniale jak Floydzi z okolic Meddle.

Blue Öyster Cult, Don’t Fear) The Reaper


Elliott Smith, King’s Crossing

Written by 1obo

czwartek, 1.11.2012 at 15:47

Napisane w 70s, 90s

Znów antywojenne klimaty

leave a comment »

Towarzysz niedoli (znajomy z pracy) przypomniał mi o musicalu „Hair”, który zresztą kiedyś był tu opisywany. Podrzucony link jutubowy sprawił, że zapragnąłem odświeżyć ten obraz, co stanie się niebawem. Co było w linku?

spoiler alert Fabuła musicalu „Hair”

Parę wpisów temu popełniłem kilka zdań o antywojennych kawałkach, a pominąłem właśnie ten! Ten z „Hair”, którego dźwięki idealnie dopełniają obraz. To odwrotna sytuacja do niedawno opisywanej (jejku, ile postów udało mi się połączyć za jednym razem!) Tym razem główny motyw to obraz: armia Amerykańska szykująca się do wylotu do Wietnamu, a wśród żołnierzy Berger, hipis z krwi i kości, który lecieć oczywiście nie chce. Claude nie zdąża na czas, kiedy próbuje dostać się do jednostki słyszymy już maszerujących żołnierzy, którzy w genialnym ujęciu wchodzą do samolotu niczym do paszczy lwa (to imho najlepsza scena!). Obraz jest bardzo wymowny, bo tuż potem grupka głównych bohaterów śpiewa nad grobem Bergera.

Czuć mocny klimat 70s w linii basowej, która rozpoczyna kawałek, trąbki + śpiewający żołnierze maszerujący w rytm muzyki i już wiemy, że będzie dobrze. Bardzo poetycki i pełny odwołań kulturowych tekst przeradza się w hymn… „let the sunshine in” pod sam koniec to apel do Timothy Leary’ego, który twierdził, że aby uciec od zła tego świata trzeba schować się w swojej głowie używając środków halucynogennych. A wystarczy przecież tylko wpuścić światło…

Galt MacDermot & Tom Pierson — The Flesh Failures (Let the Sunshine In)

Written by msq

poniedziałek, 8.10.2012 at 21:16

Napisane w 70s

Tagged with , , , ,

Doceniony po latach

leave a comment »

Było ich czterech (choć mówi się i o piątym – na mniej lub bardziej poważnie) ale na pierwszym planie zawsze było ich dwóch. Ten grzeczny i ułożony oraz ten bardziej pokręcony, a zarazem  odrobinę naiwny. Razem przyszli, zobaczyli i zwyciężyli, bo co by nie mówić, nigdy w historii  jeden zespół nie miał takiego wpływu na muzykę, rynek muzyczny i kulturę popularną. Dość przypomnieć jedną rzecz –  ponieważ włodarze amerykańskich wytwórni na początku zupełnie nie rozpoznali fenomenu Fab Four, później z zapałem neofitów próbowali wynieść na piedestał każdy czteroosobowy zespół z Wielkiej Brytanii, którego nagrania wpadły im w ręce. Z mizernymi skutkami jak dowiodła historia. Wróćmy jednak do meritum.

Dlaczego byli tak wyjątkowi – bo przede wszystkim w czasach gdy zespoły rock n’ rolowe odgrywały głównie standardy Beatlesi odważnie oferowali swoje kompozycje i teksty. Za sprawców całego zamieszania uważa się przeważnie Johna i Paula, nie zważając jak istotną rolę jaką w aranżacjach miał Georoge Harrisom. Trochę z tyłu, trochę w cieniu, kojarzony po latach przez osoby powierzchownie interesujące się muzyką głownie z jedną piosenką. Historia dowiodła jednak, że i on był geniuszem, być może nie udało mu się jedynie „przebić” mając kolegów o tak wybujałym ego jak wspomniani wyżej panowie. Gdy jednak kończy się czas The Beatles, rozpoczyna się wspaniałą kariera solowa Georga. Warto zwrócić na to uwagę – po rozpadzie Lennon debiutuje z dość wątpliwej jakości eksperymentalną płytą John Lennon/Plastic Ono Band, Paul szuka z podobnym skutkiem swojego własnego stylu na płycie McCartney, George zaś wytacza ciężkie działa w postaci świetnego potrójnego albumu All Things Must Pass, z którego gramy w RO. Niepowtarzalna struktura muzyczna, tekst nawiązujący do fascynacji autora duchowością ruchu Kryszna. A na gitarze sam Eric Clapton…czego chcieć więcej?

George Harrison – Beware of Darkness

Written by bzofik

poniedziałek, 1.10.2012 at 20:22

Napisane w 70s

Tagged with , , , ,

%d blogerów lubi to: