Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Posts Tagged ‘samobójstwo

Puste słowa

leave a comment »

Jednym z punktów wycieczki do stolicy Francji był Montmartre. Artystyczna dzielnica Paryża, oprócz żelaznego punktu jakim jest Czerwony Wiatrak, jest także w posiadaniu setek szkieletów znanych osobistości skupionych głównie w okolicach Cmentarza Montmartre. Byliśmy tam, głównie żeby zobaczyć ponoć-ładnie-utrzymany grób Dalidy. Poszukiwania trwały dość długo, bo chociaż cmentarz jest mały, to akurat poszukiwany grób jest ukryty w dość odosobnionej, wyższej części cmentarza. W końcu się udało i ujrzeliśmy kwiaty z posągiem. No cóż, podejrzewam, że niewiele grobów mnie w życiu poruszy, Dalida nie stanowi wyjątku, nie jestem w stanie tej sztuki docenić.

Autorka dzisiejszego przeboju miała dość nieciekawe życie – mężczyźni, z którymi się wiązała kończyli ze sobą (z tęsknoty za piękną Dalidą?) strzelając sobie w głowę albo trując spalinami. Tak skończył Lucienne Morisse, którego zostawiła dla Jeana Sobieskiego. Tak też skończył Luigi Tenco oraz Richard Chanfray. I tragiczna Dalida też popełniła samobójstwo (nie uwierzymy w bajki, że była bardzo głodna i chciała najeść się 120 sycącymi tabletkami nasennymi po czym z pragnienia popiła to wszystko orzeźwiającą whiskey).

Tak czy inaczej przybyliśmy, zobaczyliśmy i obfotografowaliśmy a potem podążyliśmy w kierunku Pere-Lachaise do Jamesa Douglasa „Jima” Morrisona.

Dzisiejszy wpis sponsoruje znajomy, który pośrednio podrzucił mi wersję hitu dla prawdziwych twardzieli.

Dalida – Parole, Parole

Written by msq

poniedziałek, 7.01.2013 at 22:59

Nie wszyscy artyści to prostytutki

leave a comment »

Joy Division to zespół z wyjątkowo krótką karierą. Powstali w 1976 roku jako Warsaw, do czego zainspirował ich „Warszawa” Bowiego. Zdążyli wydać tylko 2 albumy przed śmiercią Iana Curtisa. Wokalista był jednocześnie autorem wszystkich tekstów; przeważnie było to mroczne, ciemne słowa, które powstawały w momentach depresji Curtisa. Na pewno były bardzo osobiste, chociaż sam autor mówił, że ich interpretacja nie jest jednoznaczna i każdy powinien sam interpretować je na własny sposób. Co ciekawe, pozostali członkowie zespołu przyznali po śmierci Iana, że tak naprawdę nigdy nie przywiązywali uwagi do tekstów i skupiali się na grze: This sounds awful but it was only after Ian died that we sat down and listened to the lyrics. Na koncertach frontman nie próbował nawiązać kontaktu z publicznością, koncentrował się na śpiewaniu, bardzo rzadko grał na gitarze, kontakt z fanami ograniczał się do „cześć”, „dzięki”. Niektórzy wokaliści tak czasem po prostu „mają”, pozostali członkowie grupy zresztą dawali z siebie wszystko i grali raczej bardziej agresywnie i głośniej, niż na albumach studyjnych.

W wieku 23 lat Curtis powiesił się, nie mogąc znaleźć porozumienia z żoną (miał romans z Annik Honoré), nie radząc sobie z atakami epilepsji (której nie leczył). Mimo tak krótkiej kariery zespół osiągnął status kultowego. Głównie za sprawą Curtisa i jego depresyjnych tekstów. Powstał o nim znany film Control, a żona napisała biografię Touching from a Distance.

Joy Division — Love Will Tear Us Apart

Written by msq

piątek, 6.01.2012 at 16:47

Napisane w 70s

Tagged with , , , ,

O muzytronie

with one comment

Del Shannon. Ciężko mi ocenić, czy to zespół (?) jednego przeboju, czy dwóch. Każdy zna „Runaway”, niekwestionowany numero uno jeśli chodzi o dokonania Dela. Na drugim miejscu, daleeeeeko za „Uciekinierką” jest „Hats Off to Larry”, która aż takiego szumu nie zrobiła, ale potencjał miała.

Obydwa kawałki łączy ciekawy dźwięk instrumentu o nazwie clavioline (klawiolin?), czyli wczesnej wersji syntezatoru. Jak na ówczesne czasy — początek lat 60. — był to instrument dość awangardowy i niecodzienny. W przypadku „Runaway” popisowe solo przypisać należy niejakiemu Maxowi Crookowi. Co ciekawe, nie gra on na klawiolinie jako takim, a na instrumencie własnej konstrukcji, który nazwał, bardzo zresztą wdzięcznie, muzytron. W wielkim skrócie jest to klawiatura z klawiolinu (w dźwięku ponoć bardzo podobny do… czegoś o równie dziwnej nazwie) z różnymi dodatkami, jak dodany „pogłos” i inne bajery. Crook lubił chyba lutować, jeśli też lubicie to na oficjalnej stronie można się dowiedzieć więcej.

Nieśmiertelność Del Shannon zdobył w dwa dni, bo tyle zajęło zespołowi nagranie obydwu tych hitów. Niestety, w latach 70. stoczył się w otchłań uzależnienia alkoholowego i zrezygnował z nabytej nieśmiertelności strzałem ze strzelby kaliber .22. Dociekliwi pewnie użyją google do wyszukania hasła „rifle .22” i, tak jak ja, będą zachodzili w głowę w jaki sposób można to zrobić. No cóż, Delowi nie możemy odmówić pomysłowości.

Del Shannon — Runaway

Written by msq

piątek, 28.01.2011 at 22:40

Napisane w 60s

Tagged with , , ,

Balet Spandau

3 komentarze

Miało by o czymś innym. Było parę różnych pomysłów, ale w momencie kiedy ciotka wikipedia odkryła przede mną jedną ze swoich głęboko skrywanych tajemnic, nie mogę przestać o tym myśleć.
Twórca dzisiejszego oldskulu nie różniłby się niczym od setki innych zespołów jednego kawałka gdyby nie nazwa. Właśnie – Spandau Ballet. Na początku ta synthopopowa brytyjska grupa nazywała się The Makers; przedimek określony był, liczba mnoga była, i wszystko grało. A potem ich znajomy, niejaki Robert Elms, DJ radiowy i przyjaciel zespołu, zobaczył w Berlinie, na ścianie męskiej, chyba, toalety, napis Rudolf Hess, all by himself, dancing the Spandau Ballet. Swoim odkryciem podzielił się z członkami zespołu, którym tak spodobało się określenie, że postanowili przywłaszczyć je sobie jako nazwę zespołu. Pytanie jednak brzmi, czym jest owy balet Spandau. Są dwie teorie, jedna bardziej makabryczna od drugiej.
Pierwsza mówi, że chodziło o przedśmiertne podrygiwania powieszonego człowieka, co potwierdzać mógłby fakt, iż Hess (lub też jego sobowtór) powiesił się na kablu właśnie w więzieniu w Spandau.
Druga nawiązuje do karabinu maszynowego MG 42, nazywanego Spandau od miejsca produkcji. Amerykańscy żołnierze mieli nazywać konwulsyjne ruchy osoby rażonej serią z owej broni tańcem Spandau.
Tak, czy owak, nigdy już nie spojrzę na ten kawałek jak na typowy love song. Może nim właśnie jest, a nazwa zespołu nie ma nic wspólnego z tą konkretną piosenką, ale zamiast pary młodej dającej wolnym podrygiwaniem sygnał do tańca innym gościom, wyobrażam sobie teraz Rudolfa Hessa podrygującego na kablu.

Miłych snów, oldskulowe robaczki.

Spandau Ballet – True

Written by bebuk

sobota, 27.11.2010 at 19:17

To ostatnia niedziela

leave a comment »

Mój świat stanął na głowie. Runął mój światopogląd. Wszystko to od czasu, gdy dowiedziałem się, że przebój m.in. Mieczysława Fogga nosi tytuł To ostatnia niedziela. W nieświadomości żyłem do wczoraj, kiedy to błądząc po wikipedii trafiłem na wpis o tejże piosence, gdzie wyraźnie zaznaczono, że tytuł jest często mylony.

Pan Mieczysław Fogg (wł. Fogiel) śpiewał tę piosenkę w latach trzydziestych a jego wykonanie stało się chyba tym najsłynniejszym – pomimo sporej konkurencji! Tekst traktuje o rozstaniu mężczyzny z kobietą (co należy zaznaczyć w tym szalonym XXI wieku ;-), jest prośbą o spędzenie ostatniego dnia, niedzieli, razem. Potem, co jest nie powidziane wprost, mężczyzna popełni samobójstwo. Ponura historia spowodowała, że tango nazwano tangiem samobójców. To w ogóle była jakaś plaga „samobójczych utworów”, bo też w tym okresie powstała węgierska Gloomy Sunday.

Warto wspomnieć przy okazji, że 5 dni temu, 3 września minęła 20 rocznica śmierci pana Fogiela – śpiewający barytonem artysta zmarł w Warszawie w roku 1990.

Kończąc bardziej optymistycznie, utwór w wykonaniu Fogga został wykorzystany w filmie „Chłopaki nie płaczą”. Jak to ujął Bolec:

[…] nie mówi o tym, że ‚widziałem ptaka cień’, albo że, kurna, ‚wszystko się może zdarzyć’. Wieeelkie odkrycie! Jasne, kurwa, że wszystko się może zdarzyć!

Enjoy!

Written by msq

środa, 8.09.2010 at 22:30

Napisane w 30s

Tagged with , , ,

%d blogerów lubi to: