Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Archive for Kwiecień 2013

Co się wydarzyło w (…)

leave a comment »

Możemy poczynić założenie następujące (choć ma ono z prawdą tylko odrobinę wspólnego): zasadniczym bodźcem podjęcia tematu jak w tytule jest to, że 1/2 (a nawet 3/5) Repozytorium bawi aktualnie w krainie wódki Baca, aczkolwiek dla większości badaczy kultury bimbrowniczej naturalnym skojarzeniem były raczej Nemiroff, o którego nadużywanie (podobnie, jak, zapewne, np. o transseksualizm) zostaną wkrótce pomówione Orlęta Lwowskie. Mam wspomnienia z ‚tamtąd’, podobnie jak z wielu jeszcze miejsc, bo prawie każde, powiedzmy, znamienne jakąś historią miejsce asocjuję z muzyką. Nic dziwnego, skoro to dźwięk jest dla mnie jak bateryjka duracella wsadzona pod kitę różowego królika (ajaj).

Więc teraz mogę przewrotnie a spokojnie zapewnić, że dzisiejszy wybór to rezultat mechanizmu zupełnie innego. Odmienne jest następstwo czasowe (muzyka i historia nie rozgrywają się jednocześnie, ale kawałek kojarzę z miejscem i zdarzeniem już po nim, po faktach, tzn. po jabłkach), i działają też jakieś siły uogólniające, które sprawiają, że ‚moje’ może okazać się (przynajmniej w moim przekonaniu) ‚wspólne’.

Ja wiem, że znowu przegiąłem proponując 200% normy i nic swoim wprowadzeniem nie wyjaniając, ale to rezultat stresu przedurazowego, że msqa mogą do Polski z powrotem nie wpuścić; chłopie, nie bój, przecież oglądałeś 300 mil do nieba! (swoją drogą, przekraczanie limitu czasu antenowego skłania do wniosku, że Founding Fathers tego przybytku powinni zacząć nim handlować jak kwotami CO2). Coż, shit happens, a to co zaraz zahappenuje nie jest jakimś tam shit, tylko – trywialną być może – masakrą, w której chyba rozpozna się każdy kto pod mostkiem ma coś więcej poza watoliną.

Sam jestem zdziwiony wyborem, bo po głowie chodziły zupełnie inne klimaty. No, niestety, jedyne skojarzenie z tym co za wschodnią granicą to ja mam z białym ruskiem, który mi nawet smakuje, względnie – Okudżawą i Wysockim (dzięki moim padres zrozumiałem, że najbardziej mi żal, że tu w drzwiach nie pojawi się Puszkin) – bariera językowa, chociaż bodziec do zmiany mam najlepszy z możliwych. Jest jeszcze inne, równie odległe skojarzenie, ale potraktujcie je jak marną prowokację. ;)

Kawałek Doves ma idealne tempo, i brzmi country-folkowo jak najgrubsze kawałki Casha, niemal Ghost riders in the sky. Drugi – to dla mnie klasyczny oldskul.

Sapienti sat.

Doves, Kingdom of (no-T)rust

I Beirut z Nantes

Reklamy

Written by 1obo

poniedziałek, 29.04.2013 at 23:41

Napisane w 00s, 90s

Zarżnięcie kury…

2 Komentarze

…(gęsi w zasadzie) znoszącej złote jaja – tak miał powiedzieć David Lynch o fatalnym – i zrealizowanym niestety – pomyśle Frosta wyjaśnienia śmierci  głównej, a (wielkiej) nieobecnej bohaterki Twin Peaks.

Nie ma sensu rozpisywać się o serialu zanadto; nikt przedtem ani potem nie stworzył takiego klimatu małego i totalnie ksobnego miasteczka, nikt tak umiejętnie nie odsłaniał wzajemnych powiązań postaci, nie podrzucał wiodących na manowce tropów, ani nie żonglował emocjami widzów miotanych od uwielbienia po nienawiść do bohaterów. Każdy odcinek (no, zwłaszcza do połowy drugiej serii) obfituje w kultowe sceny, teksty i obrazy, barwne, bogate i ekspresjonistyczne. Nikt nie zamówi filiżanki cholernie dobrej kawy tak (bliskiej gaimanowej ‚czarnej jak noc i słodkiej jak grzech’) jak Dale Cooper, nie zatańczy jak typ, którego uwielbiam dla Carnivale, i tak dalej; każdy może dopisać, co chce. Dość powiedzieć, że t-shirty z tekstem ‚I killed Laura Palmer’ sprzedają się ciągle, od przeszło dwudziestu lat.

Soundtrack z serialu jest, nie bójmy się tego słowa, wybitny; Angelo Badalamenti (szacunek za Straight story) wielkim twórcą okazał się być, i wzmocnił nieprawdopodobnie schizę, która decyduje o wartości tego całego interesu.

I teraz Was, drodzy państwo, wkurwię, bo cały ten poroniony wstęp, którego nie mam zamiaru przeobrażać w rozwinięcie, służy tylko temu, żeby zaprezentować krótki schemat myślowy o następującej treści: Twin Peaks – Laura Palmer – Badalamenti – Bastille – (…). Najszybszy debiut na liście oldskulu, chociaż cała Bad Blood jest, nie bójmy się użyć tego słowa po raz drugi w tak krótkim czasie, wybitna.

Teraz wyrywać mi nogi z pośladków, kto się waży podważyć mój najmłodszy oldskul ever; ale wątpię, że tacy śmiałkowie zdołają podnieść się z podłogi, póki nie wybrzmi kolejny i kolejny raz mięsisty bas, świetne partie wokalne, grube bębny i pulsowanie serca, które nie nadąża za tempem tego, co się dzieje. A dzieje się…!

Angelo Badalamenti, Twin Peaks (Laura Palmer theme)

Bastille, Laura Palmer

Bastille, Flaws

PS I prawdziwa główna bohaterka, finis coronat opus.

Written by 1obo

czwartek, 25.04.2013 at 23:19

Napisane w 90s

Monologi Jedermanna

3 Komentarze

Nie jestem pewien, czy akurat takie było zamierzenie ‚radosnych’ (raczej mniej, niż bardziej) twórców, ale na własny użytek cały dorobek kapeli o nazwie najbanalniejszej z wyobrażalnych uważam za serię moralitetów, w których podmiotem lirycznym jest, rzekłbym, Wszechludź Wszech Czasów.

Bogactwo tematów – doświadczeń wspólnych każdemu chyba ludzkiemu istnieniu, takiemu archetypicznemu, nomen omen, Kowalskiemu – jest ubrane w zgrabne strofki pięknie wyśpiewane z tym charakterystycznym vibrato, i to przy gitarowym akompaniamencie, który w ortalionowych latach 80. do częstych nie należał (co podobno było archaniołem Gabrielem indie i jemu podobnych). Jeżeli Depesze tworzyli w tamtych czasach mainstream, to nasi dzisiejsi bohaterowie byli totalną, beatlesowską niemal awangardą, niczym obiekt z mojego gravataru, niemal pisuar Marcela Duchampa z inskrypcją R. Mutt 1917, obok którego zresztą go (ten obiekt pożądania właścicieli Ikei!) wynalazłem.

No, to był wstęp, dotyczył życia, które zawsze jakoś leci, i pozwala nie dostrzegać… albo dostrzegać dość wyraźnie każdy życia kawałek, afirmować go albo nienawidzić, albo oba w jednym, bo życie jest jak tubka z klejem, k*rwa jego mać, gdzie nie ściśniesz, albo płynie wodospadem zaklejając palce, albo nie sposób cokolwiek wycisnąć, ale ciągle jest to twoja pieprzona tubka, i dłubanie w poszukiwaniu kleju jest pewnym perwersyjnym hobby, nałogiem w zasadzie. Więc może Herbert nie miał racji uzasadniając dlaczego klasycy, może rację mają ci, którzy podejmują temat dzbanka rozbitego i zostawiają po sobie płacz kochanków w małym brudnym hotelu kiedy świtają tapety. Pojęcia nie mam.

Podobnie zresztą, jak nie wiem, zaprawdę: nie wiem co wybrać. Jeden kawałek został odnaleziony gdzieś między Zagłębiem a Wawą, pod Wawelem najprawdopodobniej, a może po prostu na dnie serducha; drugi: na pewno na dnie serducha.

The Smiths, Last night I dreamt that somebody loved me (piękny walczyk, ale czy początek też kojarzy Wam się z motywem z czołówki Twin Peaks?) i There is a light that never goes out.

Written by 1obo

czwartek, 18.04.2013 at 22:38

Napisane w 80s

Always waiting…

with one comment

…śpiewał Michael Kiwanuka, wywoływany okrzykami „¡Hola! ¡Hola! ¡Hola¡ ¿Estas aqui?”.

Tym optymistycznym akcentem rozpocznijmy wątek o czekaniu. I oczekiwaniu. Naturalnym skojarzeniem jest tu wprawdzie moje czekanie  na ogarnięcie się reszty repozytoryjnych dziadków (których zdominowałem jak rasowy samiec alfa), ale inne klimaty mam na myśli.

Nie chodzi mi o oczekiwanie na robale albo inny koniec świata, ani o Godota który nigdy nie przyjdzie. Najprzystępniejszą ‚definicję’ zawiera chyba film, który jest mistrzostwem świata w łamaniu decorum, czy może: sprawnym zarządzaniem (manipulacją wręcz) emocjami, i który mimo łatki ‚komedii romantycznej’ podejmuje uczciwie i serdecznie zdecydowaną większość ‚drobnych bieżących spraw życia codziennego’ budujących 95% życia ludzkiego. ;) Tytułu nie podam, kto chce – może sobie zagadkę rozwiązać; w każdym razie w jednym momencie dość wielowątkowej fabuły pojawia się kawałek Dido, przyzwoity zresztą.

No. Podobne wrażenia mam słuchając piosenki ekpiy, której nie trzeba przedstawiać, z płyty, o której nie można pisać inaczej niż na klęczkach (i ta pozycja jest uzasadniona).Warto tylko zwrócić uwagę na dęciaki (trzy klarnety, nie uwłaczając), których zawodzenie od 0:50 0:40 nadaje świetnego tempa, no i tzw. dzwony rurowe (które zagrały potem główną rolę w Egzorcyście).

The Beatles, When I’m 64

Written by 1obo

czwartek, 11.04.2013 at 02:28

Napisane w 60s

Tagged with , ,

Elekstryczna kon(tro)wersja

leave a comment »

Tytuł to oczywiście parafraza fragmentu legendarnego kawałka legendarnego barda, obywatela Kleyffa Jacka (który zasłynął również parafrazą, nie mniej udaną od mojej tytułowej, dziecięcego zaklęcia: ‚ślimak, wystaw rogi, dam ci sera – z nogi; sera wojskowego, na pierogi dobrego jak każdego innego) i werbalizacji zarzutu, jaki ortodoksyjni folkowcy czynili Dylanowi za jego seksces A.D. 1965.

Johnny Cash to postać dla ruchu country/folk jak monumentum ze spiżu; wydaje mi się, że dzięki jednemu P.T. Repozytariuszowi (gdzie ci mężczyźni, wspaniali tacy?) gościł tutaj już jeden klasyczny temat. Wprawdzie z mojej perspektywy absolutne mistrzostwo stylu to najlepsza wersja standardu Stana Jonesa – Riders in the sky, ale temat wpisu zobowiązuje do poszukiwania nie-kanonicznej perełki.

Wybór jest prosty, i oddaje całym swoim, że tak to ujmę, jestestwem atmosferę tej długiej jak cholerna zima chwili. Piosnka ta smętna nie straciła nic ze swojego pazura (cover Personal Jesusa z tej samej płyty już nie broni się tak dobrze), nie jest po prostu tą samą melodią, tyle, że z głębią cashowego głosu (casus Bridge over troubled water) albo jakąś fatalną culpą in eligendo (In my life). Jest zwycięstwem Casha, chyba ostatnim przed śmiercią.

Nine Inch Nails / Johnny Cash (kolejność przypadkowa), Hurt

 

 

PS Wybaczcie, jeżeli wątek już tu się pojawił; kiedy zaczęliście pisać blog to mnie jeszcze na świecie nie było, a wyszukiwarka dawała mi jakieś podejrzane rezultaty. 1obo

Written by 1obo

czwartek, 4.04.2013 at 23:16

Napisane w 90s

%d blogerów lubi to: