Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Posts Tagged ‘USA

Two Hit Wonder

leave a comment »

Dzisiaj w kierunku oldschoolu, którego oldskulostwa nie trzeba nikomu udowadniać. To z cyklu tych kawałków, co to je „po jednej nutce” rozpoznają uczestnicy teleturnieju „Jaka to melodia”, a później Robert Janowski, z nienagannym uśmiechem i wyśmienitą aparycją podpartą latami doświadczenia na scenie, wykonuje. To z tych, co powodują swędzenie mózgu na wiele godzin, gdy ktoś przy nas nieopatrznie zanuci wyeksploatowany motyw.

To wreszcie z tych, co wizualizacyje najznamienitsze nam serwują w ruchomych zdjęciach… o przepraszam. Nie tym razem takie frykasy. Tutaj spadają na nas z siłą wodospadu płynne przejścia twarzy wokalisty w słonecznik (!), jego sylwetki w kolibra albo motyla w naszyjnik. Na szczęście niewiasty zdobiące teledysk robią wszystko, żeby zatrzymać męską część widowni a przynajmniej zapobiec odruchowi wymiotnemu.

Dodam jeszcze tylko, że autor nagrał drugi równie znany (a może bardziej?) oldskul, więc nie jest to żaden One Hit Wonder – dociekliwi niech wytropią i delektują się. Oldskul rządzi się swoimi prawami, nie ma co!

Nostalgicznie dodam, że wpis dzisiejszy jest 299. z kolei, przygasły niestety dwie gwiazdy Repozytorium, ale po cichu liczę, że naprawią swe zaniedbania i wezmą przykład z pozostałych dwóch Repozytorów. Kto wie, może wpis 300 przygotują (jeśli jeszcze tu zaglądają)?

Terence Trent d’Arby — Delicate

Written by msq

wtorek, 22.01.2013 at 01:23

Napisane w 90s

Tagged with , , , ,

Znów antywojenne klimaty

leave a comment »

Towarzysz niedoli (znajomy z pracy) przypomniał mi o musicalu „Hair”, który zresztą kiedyś był tu opisywany. Podrzucony link jutubowy sprawił, że zapragnąłem odświeżyć ten obraz, co stanie się niebawem. Co było w linku?

spoiler alert Fabuła musicalu „Hair”

Parę wpisów temu popełniłem kilka zdań o antywojennych kawałkach, a pominąłem właśnie ten! Ten z „Hair”, którego dźwięki idealnie dopełniają obraz. To odwrotna sytuacja do niedawno opisywanej (jejku, ile postów udało mi się połączyć za jednym razem!) Tym razem główny motyw to obraz: armia Amerykańska szykująca się do wylotu do Wietnamu, a wśród żołnierzy Berger, hipis z krwi i kości, który lecieć oczywiście nie chce. Claude nie zdąża na czas, kiedy próbuje dostać się do jednostki słyszymy już maszerujących żołnierzy, którzy w genialnym ujęciu wchodzą do samolotu niczym do paszczy lwa (to imho najlepsza scena!). Obraz jest bardzo wymowny, bo tuż potem grupka głównych bohaterów śpiewa nad grobem Bergera.

Czuć mocny klimat 70s w linii basowej, która rozpoczyna kawałek, trąbki + śpiewający żołnierze maszerujący w rytm muzyki i już wiemy, że będzie dobrze. Bardzo poetycki i pełny odwołań kulturowych tekst przeradza się w hymn… „let the sunshine in” pod sam koniec to apel do Timothy Leary’ego, który twierdził, że aby uciec od zła tego świata trzeba schować się w swojej głowie używając środków halucynogennych. A wystarczy przecież tylko wpuścić światło…

Galt MacDermot & Tom Pierson — The Flesh Failures (Let the Sunshine In)

Written by msq

poniedziałek, 8.10.2012 at 21:16

Napisane w 70s

Tagged with , , , ,

Oldskulowe zawodzenie

leave a comment »

Kiedyś na blogu Bebuk przyznał się do nieznajomości twórczości Boba Dylana. Ja również nie grzeszę znajomością Dylana, wynika to nie tyle z lenistwa, a z niechęci do wokalu, którym raczy nas muzyk — wycie, zawodzenie, jęczenie, marazm, narzekanie to słowa, które przychodzą na myśl, gdy słyszę jego utwory. Pewnie w końcu się zmuszę i przesłucham co ważniejsze pozycje w szerokiej dyskografii, a do tego czasu będę ignorantem, który zna kilka najpopularniejszych kawałków ze skleconego przez „best hits”.

Jak widać dzisiejszy wpis będzie z serii „nie znam się, to się wypowiem”, ale wpadł mi do głowy i wyjść nie chce „Hurricane”. Jest to słynny protest song Dylana, w którym opisuje historię Rubina Cartera, boksera oskarżonego o zabójstwo a następnie skazanego mimo bardzo wątpliwych dowodów. Dylan i wielu innych muzyków (Stevie Wonder, Ringo Starr) organizowało koncerty poparcia dla skazanego.

Same protest songi to temat wdzięczny, mają wielu reprezentantów w oldskulowym świecie, jak chociażby opisywana u nas Enola Gay, Child in Time albo znany i lubiany „In the Army” w wykonaniu (bardziej popularnym, chociaż nie oryginalnym) Status Quo. Co do tego ostatniego trafiłem jakiś czas temu na ciekawostkę: Status Quo nagrało niedawno alternatywną, „pozytywną” wersję utworu, w której tylko kilka zmienionych wersów całkowicie odwraca sens.

Bob Dylan — Hurricane

Carter spędził w więzieniu 19 lat: od 1966 do 1985 roku.

Written by msq

poniedziałek, 10.09.2012 at 22:22

Napisane w 70s

Tagged with , , , ,

Redrum dallab

leave a comment »

Wbrew tytułowi dzisiaj nie o ścieżkach dźwiękowych do filmów Kubricka, ani o jednej płycie najbardziej znanego barda australijskiego (Wujka Nasienie Samo Zło), chociaż oba te popkulturowe zjawiska mają tematyczny wspólny mianownik z naszą bohaterką. Jej (bohaterki) autor jest znany powszechnie z kawałka rozpoczynającego się od „ośmiu zapałek”.

Offtop: zobaczyłem dzisiaj na fb hasło Kto się wymieniał historyjkami z donaldów w dzieciństwie, prędko wciska „lubię to”! i stwierdziłem, że od dawna czekam na taką zabawę z hasłem Komu rodzice zabraniali bawić się zapałkami żeby nie zsikał się w nocy (dzieciństwo) i Komu jeszcze zapałki kojarzą się z Gałczyńskim i liczbą inną niż osiem (młodość chmurna i durna).

Więc aczkolwiek Right here waiting to oldskul jak się patrzy, zawartość żenady jest w nim wyższa niż średnia statystyczna i przypominanie tego kawałka nawet wyznawcom budzi mój odruch wymiotny. Taką samą zresztą reakcję budził przez lata całe sam Richard Marx, i była ona – przyznaję – niezasłużona jak jazda po di Caprio za Tytanika. Jak się okazało, koleś z wietrznego miasta rodem nie dość, że sam komponuje, to cośtam cośtam gra na gitarze, wygląda (podobno) i daje radę wokalnie w tym sensie, że nie zawsze brzmi jakby ssał marshmallowy za każdym razem jak siedzi na sedesie.

Jedna piosenka podoba mi się szczególnie, bo jest dla mnie przesycona lekko złagodzonym w odbiorze klimatem Twin Peaks, chociaż pewnie projektuję oryginalny klip i tekst na ogólne wrażenie. Patrząc na chronologię (singiel względem serialu) Hazard to bankowa zrzynka z Lyncha (a nie odwrotnie); ma jednak ten walor, że Marx nie zabija kury znoszącej złote jaja i nie oświadcza wszem wobec kto zabił jego Laurę Palmer. Tak czy owak – kawałek smaczny (damn fine cup of coffee, powiedziałbym), teraz w wersji z Night out with friends, tj. płyty do zapoznania się z którą (co za konstrukcja) gorąco zachęcam.

Richard Marx, Hazard

Written by 1obo

czwartek, 26.07.2012 at 14:38

Napisane w 90s

Tagged with , ,

„Dopóki nie skorzystałem z Internetu…”

leave a comment »

Pamiętam pierwszy cyfrowy teledysk na moim pececie. To było kilkanaście lat temu, śliniłem się jeszcze na widok wszystkiego, co związane z internetem, a więc czatów, „portali”, modemów ze światełkami o zawrotnych prędkościach rzędów kilobajtów na sekundę (!) i reszty tego przesadnie drogiego badziewia, które łączyło mnie z resztą świata. Za to połączenie słono się płaciło, Telekomunikacja darła coś w granicach 30gr/3 minuty w godzinach szczytu (chyba od 6 do 22) i 60gr/3 minuty od 22 do 6. A pomimo to nigdy później nie wstawałem tak ochoczo o 4.3o, żeby się „podpiąć”.

To niesamowite, jak wiele zmieniło się od tego czasu. Wtedy dyski w granicach 1-2 gigabajtów, teraz w zasadzie wszystko dostępne przez sieć, bo jest szybka i niezawodna, że łatwiej ludziom trzymać pliki w słynnej „chmurze” niż lokalnie. Wtedy procesory 100MHz a nawet mniej, teraz 4 albo 8 rdzeni i każdy z zawrotnym taktowaniem 2GHz. To co jeszcze nie dawno było nie do pomyślenia nie wiadomo kiedy staje się nowym standardem.

Wszędobylskie „online” daje złudne poczucie, że w „Internecie jest wszystko”. Niestety, nie jest jeszcze tak dobrze — digitalizacja źródeł wcale nie postępuje tak szybko, chociaż istnieją projekty, które bardzo mocno posuwają temat do przodu (wiecie, że reCAPTCHA się do tego przyczynia?). Bardzo konkretnej wiedzy nadal nie znajdziemy na Wikipedii tylko w bibliotece.

Nie pamiętam w jaki sposób teledysk trafił na mój dysk. Nie wiem zresztą, czy powinienem go nazywać wtedy teledyskiem bo był niepełny, trwał minutę i zajmował (pamiętam to dokładnie) 10 megabajtów. Te 10MB było znaczącym obciążeniem dla dysku i długo gryzłem się, żeby w końcu odzyskać to miejsce i wyrzucić plik. Dzisiaj obejrzycie teledysk na YouTube i nawet nie mrugniecie okiem na myśl o transferze, który wykorzystacie w tym czasie. Jest to pewnie więcej niż 10MB. Minęło 15 lat.

Metallica — The Unforgiven II

Written by msq

poniedziałek, 21.05.2012 at 21:38

Napisane w 90s

Tagged with , , , , ,

Tańcząc w ciemnościach

leave a comment »

Witam,
Czytając w młodości twórczość Pilcha natknąłem na zdanie, którego nie przytoczę teraz w oryginalnym brzmieniu, ale sugerował w nim Pan Jerzy, że w życiu młodego mężczyzny pewne są tylko dwie rzeczy: pisanie wierszy i masturbacja (z serca spadł mi wtedy wielki kamień wyrzutów sumienia za długie godziny spędzone w internetach w poszukiwaniu natchnienia do szybkiego haiku). Z punktu widzenia czasu dodałbym do tej listy jeszcze niekończące i niebywale nużące dla wszystkich innych dyskusje na temat KOMERCHY, jej definicji, wpływu na zespoły, których się nie lubi i oraz odporności na nią ulubionego zespołu. Jak picie przed lekcjami, nieudolne próby zwracania na siebie uwagi płci przeciwnej i kolejne części American Pie, wspomnienie tych dyskusji wywołuje zażenowanie i pytania dlaczego?

Mało zespołów, które odniosły sukces grając muzykę odbiegającą od radiowej sieczki potrafiło oprzeć się wpływom managerów, wytwórni, czy też wewnętrznemu parciu na szkło i nie nagrać album czy też piosenki do radia. Bowie dorzucił Starmana do albumu, żeby się sprzedawał, Slash dał się namówić na Sweet Child O’Mine, Yes napędzili sprzedaż słabego albumu przyjaznym stacjom radiowym Owner of the Lonely Heart, a Jagger przychodził na próby napruty napompowany rytmem disco, który chciał kopiować, żeby być na czasie.

Jednym z ciekawszych przykładów ulegnięcia delikatnemu urokowi masowości jest przypadek Born in the U.S.A. Bruce’a Springsteena. Kto widziała 7 wieków rocka wie, że The Boss dosyć długo opierał się przed koncertami na stadionach, uciekając raczej w kierunku klubów. Wraz z Born in the U.S.A. wskoczył na główkę w image niegrzecznego mechanika z New Jersey, świetnie wypromowany tylko rok wcześniej przez Billiego Joela. W odstawkę, przynajmniej częściowo musiały pójść też utwory opiewające moralne i społeczne bankructwo American Dream, a w ich miejsce pojawić się utwory o cóż … miłości … chyba.

Springsteen sam zdawał sobie sprawę, że znajduje się na rozdrożu. Zmiana w muzyce, zmiana w publiczności, dla której grał i zmiana wizerunku (musiał biegać na siłownię, żeby lepiej wypełniać obcisłe jeansy i białe koszulki) znalazła swój wyraz w piosence Dancing in the Dark. Z jednej strony gitarę zastąpiły syntezatory, pojawiły się teksty typu I need a love reaction//come on now baby gimme just one look i młodziutka Courtney Cox grająca fankę w klipie, a z drugiej zaś jest refren, w którym przyznaje, że piosenka ma napędzać album, a on jest tylko gitarą do wynajęcia, która znalazła się na nieznanym sobie terenie i po prostu tańczy w ciemności.

You can’t start a fire
you can’t start a fire without a spark
This gun’s for hire
even if we’re just dancing in the dark

Dawniej powiedziałbym, że Springsteen się sprzedał. Teraz już wierszy nie piszę i mogę zejść ze swojego piedestału i cieszyć się muzyką.

Bruce Springsteen – Dancing in the Dark

Written by bebuk

czwartek, 26.04.2012 at 10:15

Napisane w 80s

Tagged with , , ,

Bomba hitowa

leave a comment »

Red. Hot. Chili. Peppers. Pewnie ktoś się obrazi, ale za każdym razem kiedy słyszę ich kawałek mam wrażenie, że ten zespół nie ma fanów. Ma kawałki, które masa ludzi uwielbia, ale jakoś nigdy nie widziałem nikogo z ich koszulką, naszywką itp swagiem. To dziwne, bo chłopaki bardzo się starają, tutaj uderzą kontrowersyjną skarpetką na męskim narządzie rozrodczym, tam zaskoczą interpretacją ich, bardzo fajnego zresztą, logo, które żartobliwie (?) wokalista Anthony Kiedis nazwał kiedyś odbytem anioła. Na każdej płycie znajdzie się jakiś przebój, którym przez miesiące katowane są nasze uszy.

No i wydali chyba jeden z najbardziej naszpikowanych hitami albumów w historii: „Californication”.

Siódmy album studyjny zespołu został wydany 13 lat temu. Do zespołu dołączył wtedy po długiej przerwie związanej z odwykiem gitarzysta John Frusciante i doskonale współpracowało mu się z Kiedisem zarówno jeśli chodzi o riffy jak i teksty na płycie. Z 15 utworów aż 6 zostało wydanych jako single! I bynajmniej nie były to „takie sobie single” – każdy z tych utworów to praktycznie klasyka: melodyjny „Scar Tissue” z niezłym teledyskiem (który zawsze będzie mi się kojarzył z „My Favourite Game” The Cardigans przez motyw samochodu i długich, prostych dróg USA). Kolejny hit, „Around the World”, w funkowym stylu, zupełnie inny ale wpadający w ucho. Dalej: „Otherside” z abstrakcyjnym teledyskiem, grą na drutach telefonicznych i tym podobnymi dziwactwami, które koniec końców dają wg mnie bardzo ciekawy obraz. Zostaje jeszcze tytułowy „Californication”, melancholijny „Road Trippin” i na koniec bardzo niedoceniany w mojej opinii (najsłabszy jeśli chodzi o wyniki w „czartsach”) „Parallel Universe”.

Poza singlami jest jeszcze 9 utworów, m.in. dynamiczny i baaardzo zostający w głowie „Easily” albo balladowy „Porcelain”. Można nie przepadać za RHCP, ale ten album znać należy.

Red Hot Chili Peppers — Parallel Universe

Written by msq

poniedziałek, 9.04.2012 at 22:14

Napisane w 90s

Tagged with , , ,

%d blogerów lubi to: