Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Archive for Kwiecień 2012

Tańcząc w ciemnościach

leave a comment »

Witam,
Czytając w młodości twórczość Pilcha natknąłem na zdanie, którego nie przytoczę teraz w oryginalnym brzmieniu, ale sugerował w nim Pan Jerzy, że w życiu młodego mężczyzny pewne są tylko dwie rzeczy: pisanie wierszy i masturbacja (z serca spadł mi wtedy wielki kamień wyrzutów sumienia za długie godziny spędzone w internetach w poszukiwaniu natchnienia do szybkiego haiku). Z punktu widzenia czasu dodałbym do tej listy jeszcze niekończące i niebywale nużące dla wszystkich innych dyskusje na temat KOMERCHY, jej definicji, wpływu na zespoły, których się nie lubi i oraz odporności na nią ulubionego zespołu. Jak picie przed lekcjami, nieudolne próby zwracania na siebie uwagi płci przeciwnej i kolejne części American Pie, wspomnienie tych dyskusji wywołuje zażenowanie i pytania dlaczego?

Mało zespołów, które odniosły sukces grając muzykę odbiegającą od radiowej sieczki potrafiło oprzeć się wpływom managerów, wytwórni, czy też wewnętrznemu parciu na szkło i nie nagrać album czy też piosenki do radia. Bowie dorzucił Starmana do albumu, żeby się sprzedawał, Slash dał się namówić na Sweet Child O’Mine, Yes napędzili sprzedaż słabego albumu przyjaznym stacjom radiowym Owner of the Lonely Heart, a Jagger przychodził na próby napruty napompowany rytmem disco, który chciał kopiować, żeby być na czasie.

Jednym z ciekawszych przykładów ulegnięcia delikatnemu urokowi masowości jest przypadek Born in the U.S.A. Bruce’a Springsteena. Kto widziała 7 wieków rocka wie, że The Boss dosyć długo opierał się przed koncertami na stadionach, uciekając raczej w kierunku klubów. Wraz z Born in the U.S.A. wskoczył na główkę w image niegrzecznego mechanika z New Jersey, świetnie wypromowany tylko rok wcześniej przez Billiego Joela. W odstawkę, przynajmniej częściowo musiały pójść też utwory opiewające moralne i społeczne bankructwo American Dream, a w ich miejsce pojawić się utwory o cóż … miłości … chyba.

Springsteen sam zdawał sobie sprawę, że znajduje się na rozdrożu. Zmiana w muzyce, zmiana w publiczności, dla której grał i zmiana wizerunku (musiał biegać na siłownię, żeby lepiej wypełniać obcisłe jeansy i białe koszulki) znalazła swój wyraz w piosence Dancing in the Dark. Z jednej strony gitarę zastąpiły syntezatory, pojawiły się teksty typu I need a love reaction//come on now baby gimme just one look i młodziutka Courtney Cox grająca fankę w klipie, a z drugiej zaś jest refren, w którym przyznaje, że piosenka ma napędzać album, a on jest tylko gitarą do wynajęcia, która znalazła się na nieznanym sobie terenie i po prostu tańczy w ciemności.

You can’t start a fire
you can’t start a fire without a spark
This gun’s for hire
even if we’re just dancing in the dark

Dawniej powiedziałbym, że Springsteen się sprzedał. Teraz już wierszy nie piszę i mogę zejść ze swojego piedestału i cieszyć się muzyką.

Bruce Springsteen – Dancing in the Dark

Reklamy

Written by bebuk

czwartek, 26.04.2012 at 10:15

Napisane w 80s

Tagged with , , ,

W mrok

with one comment

Depeche Mode nikomu przedstawiać nie trzeba. Grupa to kultowa, której dyskografia obfituje w nieprzeliczone ilości doskonałych utworów a ich fani dorobili się nawet osobnej nazwy: „depeszowcy”. Z jednej strony świadczy to o tym, jak dużo ich w świecie, z drugiej jednak dowodzi ich przywiązania do zespołu. Wiem, że co najmniej jeden Repozytor jest ich fanem, przyznam się, że i dla mnie jest to jeden z najbardziej cenionych zespołów. Blisko mi do new-wave i synth-popu, które krzyżują się w ich kawałkach.

Mroczne, depresyjne teksty to zasługa Martina Gore’a, który od ponad 20 lat jest głównym songwriterem DM. Warto jednak wiedzieć, że nie zawsze tak było. W zamierzchłych czasach, kiedy zespół raczkował, to nie Gore był tekściarzem. W składzie Depeche Mode był wtedy Vince Clarke, współzałożyciel, który oprócz gry na klawiszach był odpowiedzialny właśnie za teksty. Z tego okresu pochodzi bardzo charakterystyczny krążek Speak & Spell, który gruntownie różni się od kolejnych właśnie dlatego, że za jego stworzenie odpowiedzialny był w dużej mierze Clarke. Stąd zamiast mrocznego klimatu dostajemy skoczny pop z prostymi, wesołymi tekstami. Kto nie słyszał, powinien spróbować i dowiedzieć się, jak inną muzykę grało wtedy DM. Vince Clarke miał w głowie inną koncepcję, z która nie do końca zgadzała się reszta, dlatego po S&S odszedł z zespołu by stworzyć Yazoo a potem Erasure (któż nie zna supergrywalnego Unicorn Attack, która do bólu zapoznaje nas z hitem „Always”). Odejście Clarke’a zmieniło znacząco styl gry prezentowany przez grupę popychając ją w kierunku „dark”.

Zapraszam na, tym razem, wesołych i popowych „depeszów”.

Depeche Mode — Nodisco

Written by msq

poniedziałek, 23.04.2012 at 20:06

Napisane w 80s

Tagged with , , , ,

Bida w pełnej krasie

leave a comment »

Są takie czynności i przedsięwzięcia, właściwe każdemu chyba –  zasadniczo zdrowemu – przedstawicielowi naszego gatunku, które wykonywane są pod osłoną nocy w największej skrytości, bo ich wykonawcy są (słusznie) absolutnie pewni, że ich zdemaskowanie to gwarancja społecznej autoewaporacji (chwała Orwellowi za jego unperson). Nie chodzi mi przy tym o jakieś sekscesy z motywami fallicznymi itp., tylko o egzemplifikację zasady ‚jeden lubi ser, a drugi jak mu skarpetki śmierdzą’; obaj wprawdzie mogą sobie do woli dogadzać, ale jeden bidulek wyłącznie w wielkim niepokoju i z drżącym sercem, czy aby nie zostanie przyłapany in flagranti w wypchanym dwutygodniowymi onucami worku foliowym na dyni.

Do takich czynności należy moim zdaniem osiąganie ekstazy podczas odsłuchiwania płyt z festiwalu w Zielonej Górze z czasów słusznie minionych, czy – uogólniając – fascynacja mainstreamem festiwalowym typu San Remo. Jasne, zdarzają się perełki, w Opolu w 1973 Stan Borys wyśpiewał kiedyś całkiem zgrabny kawałek o tekście tak pseudopoetyckim że zęby bolą, ale ogólnie panuje tam raczej syf plus ochlaj i wyżerka.

No cóż, niech będzie moja strata: naprawdę polecam parę kawałków ekipy, która powstała w 1970 roku i funkcjonuje po dziś dzień (wprawdzie od 14 lat w zasadzie tylko jako skład koncertowy klejony w celu dorobienia do renty, bo cienka renta). Mowa o Ricchi e Poveri, którzy gwarantują wysoką zawartość ludyczną klipów, niezapomniane bity zdolne wyprowadzić z równowagi  Plac Czerwony czy inny plac, gdzie panuje zwykle niebiański spokój, wreszcie: znakomite popisy instrumentalistów i urzekający wokal.

Nade wszystko zaś udowadniają nam, maluczkim, że warto wierzyć na pakość wszystkim, albowiem pięknie śpiewać i tańczyć zjawiskowo o wszystkim każdy może, a kto twierdzi inaczej ten podlec i szuja. Zdrowie!

Ricchi e Poveri, Acapulco

Written by 1obo

czwartek, 19.04.2012 at 20:48

Napisane w 70s, 80s

Tagged with ,

Piosenki lokowane

with one comment

Jak byłem młody i naiwny to zawsze zastanawiało mnie dlaczego zespoły zgadzają się, żeby ich piosenki stanowiły tło dla uśmiechniętych pań opowiadających o wyciekach intymnych. Cóż, w przeciwieństwie do mężczyzn nieużywających produktu X, pieniądze nie śmierdzą. Chyba za stary już jestem, żeby z piedestału samozwańczo piętnować autorów wszelkiego rodzaju muzyki najpierw nakłaniającej do konsumpcji dóbr.

Dobrze dobrana piosenka sprzeda każdy produkt, szczególnie gdy wpadnie w ucho. Ciekawe, czy spełni się koszmarna wizja przyszłości z Demolition Man, gdzie chwytliwe jingle zastąpią muzykę, gdzie Susanna na zawsze już będzie HD Fun Packiem (wpisy pod oryginałem świadczą, że już tak się stało). Z drugiej strony całe moje żale są mało warte, bo brak mi konsekwencji. Wyłbym w agonii i wyrywał włosy z głowy, gdyby David Bowie wspomagał sprzedaż środku na intymny świąd, a jako, że wspiera serwisy muzyczne to jakoś mi to nie przeszkadza. Hipokryta jestem.

W reklamie właśnie ma źródło proces myślowy, które doprowadził mnie do tego miejsca. Jakiś czas temu dwóch Djów ukrywających się pod nazwą Duck Sauce wypuściła niedorzecznie chwytliwy kawałek Barbra Streisand. Pierwszy marketingowiec, który usłyszał ten kawałek pewnie zaślinił stół wyobrażając sobie swój produkt kojarzony z dźwiękami tak mocno wbijającymi się w móUUUUUUUUUUUUUUUU Barbra Streisand.

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie założyli okularów w grubej oprawce, swetra rosyjskiego marynarza i głaszcząc kota nie stwierdzili, że to i tak cover i oryginał był lepszy. Źródło inspiracji Duck Sauce tkwi prawdopodobnie w kawałku Boney M Gotta go home.

My jednak cofniemy się jeszcze dalej. W 1973 roku niemiecki zespół Nighttrain wydał singiel Hallo Bimmelbahn opowiadający o rozterkach sercowych chłopca, którego dziewczyna odjeżdża pociągiem (stąd też UUUUUUUUUU). Prawdopodobnie o istnieniu zespołu i piosenki dowiedzieliby się tylko dumni właściciele płyt Popschlager-Hitmix, gdyby nie wspomniane wyżej Bonny M, a dokładniej Frank Farian, szara eminencja stojąca za ich sukcesem, która postanowiła przywłaszczyć sobie piosenkę Nighttrain.

Przedstawiamy Nighttrain – Hallo Bimmelbahn i spróbujcie nie powiedzieć ani raz Barbra Streisand.

Written by bebuk

czwartek, 12.04.2012 at 21:28

Bomba hitowa

leave a comment »

Red. Hot. Chili. Peppers. Pewnie ktoś się obrazi, ale za każdym razem kiedy słyszę ich kawałek mam wrażenie, że ten zespół nie ma fanów. Ma kawałki, które masa ludzi uwielbia, ale jakoś nigdy nie widziałem nikogo z ich koszulką, naszywką itp swagiem. To dziwne, bo chłopaki bardzo się starają, tutaj uderzą kontrowersyjną skarpetką na męskim narządzie rozrodczym, tam zaskoczą interpretacją ich, bardzo fajnego zresztą, logo, które żartobliwie (?) wokalista Anthony Kiedis nazwał kiedyś odbytem anioła. Na każdej płycie znajdzie się jakiś przebój, którym przez miesiące katowane są nasze uszy.

No i wydali chyba jeden z najbardziej naszpikowanych hitami albumów w historii: „Californication”.

Siódmy album studyjny zespołu został wydany 13 lat temu. Do zespołu dołączył wtedy po długiej przerwie związanej z odwykiem gitarzysta John Frusciante i doskonale współpracowało mu się z Kiedisem zarówno jeśli chodzi o riffy jak i teksty na płycie. Z 15 utworów aż 6 zostało wydanych jako single! I bynajmniej nie były to „takie sobie single” – każdy z tych utworów to praktycznie klasyka: melodyjny „Scar Tissue” z niezłym teledyskiem (który zawsze będzie mi się kojarzył z „My Favourite Game” The Cardigans przez motyw samochodu i długich, prostych dróg USA). Kolejny hit, „Around the World”, w funkowym stylu, zupełnie inny ale wpadający w ucho. Dalej: „Otherside” z abstrakcyjnym teledyskiem, grą na drutach telefonicznych i tym podobnymi dziwactwami, które koniec końców dają wg mnie bardzo ciekawy obraz. Zostaje jeszcze tytułowy „Californication”, melancholijny „Road Trippin” i na koniec bardzo niedoceniany w mojej opinii (najsłabszy jeśli chodzi o wyniki w „czartsach”) „Parallel Universe”.

Poza singlami jest jeszcze 9 utworów, m.in. dynamiczny i baaardzo zostający w głowie „Easily” albo balladowy „Porcelain”. Można nie przepadać za RHCP, ale ten album znać należy.

Red Hot Chili Peppers — Parallel Universe

Written by msq

poniedziałek, 9.04.2012 at 22:14

Napisane w 90s

Tagged with , , ,

Szyk, styl i ruch sceniczny

leave a comment »

Eksploracja odmętów muzyki (lat nawet dwudziestych!) głębokich jak Rów Mariański i wypełnionych po brzegi równie przerażającymi bytami bardzo przyjemnie wpisuje się w tendencję do eklektyzmu, ale powoduje nieraz refleksję (którą należy czem prędzej gasić jak pet podeszwą), czy aby nie tworzymy produktu pt. Oldskul Fusion, który z Oldskulem Hard nie ma nic, albo ma niewiele wspólnego. Trzeba więc czasem wziąć się mocno w garść za twarde a płodne jądro prawdziwej, klimatycznej rzeźni, i wznieść pod światło to, co się w garść wzięło, choćby całe przedsięwzięcie było lekko zawstydzające.

Zakrawa na rażącą niewdzięcznosć wobec naszej biednej Ojczyzny (Krwi i Blizny) to, że po raz kolejny nie skorzystam z okazji, żeby pozachwycać się tutaj rodzimą TFU!rczością, ale cóż – moja dusza jest lekko ziberyzowana/zlatynizowana, kręcą mnie nawet przerażające, wielkopostno-hiszpańsko-arabskie klimaty w poetyce Ku-Klux-Klanu. Nie mam jednak zamiaru popadać we wziosłe, piekłu obrzydłe umartwienia i nabożne, wielkotygodniowe skupienie, za to z całą bezwzględnością proponuję wszystkim przełamać się nieznośnym decorum katując uszy swoje i sąsiadów kawałkiem, który jest tak ewidentnie wyrwany z lat 80., że wszystkie zmysły bolą.

Szyk, styl, i ruch sceniczny, a tekst tylko dopełnia obrazu nędzy i rozpaczy, które zusammen do kupy nastrajają do życia niemal euforycznie. Chwała Żyznej Matce Ameryce za to cudowne meksykańsko-wenezuelskie trio, i ich cudownych, pojawiających się w klipie, jakże męskich kolegów!

Flans – Bazar

Written by 1obo

czwartek, 5.04.2012 at 22:59

Napisane w 80s

Tańczący raper z pięćdziesiątką na karku

leave a comment »

Pięćdziesiąt lat stuknęło wczoraj Programowi Trzeciemu Polskiego Radia, który posiada wśród Repozytorów sympatyków  oraz bezkrytycznych piewców. Ze wspomnień, anegdot i oczywiście oldskulu okolicznościowego można by ułożyć na tę okazję kilka wpisów, ale nie możemy pozwolić by ta szacowna rocznica przyćmiła swoim blaskiem nie mniej znaczące urodziny. Dwa dni wcześniej bowiem pięćdziesiąt lat skończył niejaki Stanley Kirk Burrell znany szerzej jako MC Hammer, piosenkarz, aktor i tancerz, który zawładnął listami przebojów w roku pańskim 1990 hitem U Can’t Touch This. Przez wielu nazywany raperem, ale umówmy się, że jego produkcje osadzone były jednak bardziej w stylistyce popu, co też pozwoliło mu zdobyć popularność wśród szerszej publiczności. W wybiciu się pomógł bohaterowi naszego spotkania również talent taneczny, który uwiecznił kultowy już teledysk. Niestety oprócz wygibasów przed kamerą MC Hammer musiał się nagimnastykować również przed sądem, z uwagi na pozew jaki w związku z „zapożyczaniem” (bez wiedzy i zgody autora) riffu  wniósł pan Rick James – od czasu wygranego procesu oficjalnie uznany za współautora piosenki oraz również oficjalnie inkasujący wpływy z tantiem. Co nastąpiło po sukcesie – niestety powolny zjazd w dół, jako że Hammer (przez jakiś czas bez MC) nagrywał słabsze płyty, roztrwonił majątek oraz w zasadzie zniknął z amerykańskiej sceny muzycznej.

A piosenka – na stale zagościła w panteonie oldskulu, bywała prześmiewczo coverowana, czytana przez gwiazdy NBA, a przede wszystkim do dziś wywołuje na twarzy tzw. banana.

MC Hammer –  U Can’t Touch This

Written by bzofik

poniedziałek, 2.04.2012 at 21:30

%d blogerów lubi to: