Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Posts Tagged ‘disco

Rzeź w rytmie ABBA

leave a comment »

No więc stało się. „Gold: Greatest Hits” zespołu ABBA jest w moich ajtiunsach. Powód prosty: byłem na weselu no a gdzie można się nasłuchać takich „goldenhitsów” jak nie tam? 19 kawałków, z których każdy jest wielkim hitem, stanowi świetny podkład pod grę w nowe Diablo, bo tak się akurat składa, że premiera była niedawno — nic tak nie odpręża jak barbarzyńca zarzynający setki potworów kiedy w tle leci „Super Trouper” albo „Voulez-vous”.

Mistrzowie popu na wspomnianym weselu zaatakowali mnie „Lay All Your Love on Me”. Nie jest to chyba typowy przedstawiciel abbowego grania, mam wrażenie jakby sam kawałek nie był jednym z tych „wesołych” kawałków ABBY. Jak wyczytałem w internetach kawałek jest znany z opadającej tonacji pod koniec zwrotek: no cóż, nie będąc aż takim koneserem musiałem się przysłuchać, żeby rzeczywiście zwrócić na to uwagę.

Zanim upiraciłem wgrałem na iTunes hity ABBY przeleciałem przez youtube i trafiłem oczywiście na różne dziwności, jak na przykład mix Serja Tankiana (tego od System of a Down) Money Money Money (ten człowiek już zawsze będzie śpiewał w ten dziwny sposób?)

ABBA — Lay All Your Love On Me

Written by msq

wtorek, 5.06.2012 at 08:19

Napisane w 80s

Tagged with , , , ,

Piosenki lokowane

with one comment

Jak byłem młody i naiwny to zawsze zastanawiało mnie dlaczego zespoły zgadzają się, żeby ich piosenki stanowiły tło dla uśmiechniętych pań opowiadających o wyciekach intymnych. Cóż, w przeciwieństwie do mężczyzn nieużywających produktu X, pieniądze nie śmierdzą. Chyba za stary już jestem, żeby z piedestału samozwańczo piętnować autorów wszelkiego rodzaju muzyki najpierw nakłaniającej do konsumpcji dóbr.

Dobrze dobrana piosenka sprzeda każdy produkt, szczególnie gdy wpadnie w ucho. Ciekawe, czy spełni się koszmarna wizja przyszłości z Demolition Man, gdzie chwytliwe jingle zastąpią muzykę, gdzie Susanna na zawsze już będzie HD Fun Packiem (wpisy pod oryginałem świadczą, że już tak się stało). Z drugiej strony całe moje żale są mało warte, bo brak mi konsekwencji. Wyłbym w agonii i wyrywał włosy z głowy, gdyby David Bowie wspomagał sprzedaż środku na intymny świąd, a jako, że wspiera serwisy muzyczne to jakoś mi to nie przeszkadza. Hipokryta jestem.

W reklamie właśnie ma źródło proces myślowy, które doprowadził mnie do tego miejsca. Jakiś czas temu dwóch Djów ukrywających się pod nazwą Duck Sauce wypuściła niedorzecznie chwytliwy kawałek Barbra Streisand. Pierwszy marketingowiec, który usłyszał ten kawałek pewnie zaślinił stół wyobrażając sobie swój produkt kojarzony z dźwiękami tak mocno wbijającymi się w móUUUUUUUUUUUUUUUU Barbra Streisand.

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie założyli okularów w grubej oprawce, swetra rosyjskiego marynarza i głaszcząc kota nie stwierdzili, że to i tak cover i oryginał był lepszy. Źródło inspiracji Duck Sauce tkwi prawdopodobnie w kawałku Boney M Gotta go home.

My jednak cofniemy się jeszcze dalej. W 1973 roku niemiecki zespół Nighttrain wydał singiel Hallo Bimmelbahn opowiadający o rozterkach sercowych chłopca, którego dziewczyna odjeżdża pociągiem (stąd też UUUUUUUUUU). Prawdopodobnie o istnieniu zespołu i piosenki dowiedzieliby się tylko dumni właściciele płyt Popschlager-Hitmix, gdyby nie wspomniane wyżej Bonny M, a dokładniej Frank Farian, szara eminencja stojąca za ich sukcesem, która postanowiła przywłaszczyć sobie piosenkę Nighttrain.

Przedstawiamy Nighttrain – Hallo Bimmelbahn i spróbujcie nie powiedzieć ani raz Barbra Streisand.

Written by bebuk

czwartek, 12.04.2012 at 21:28

Oldskul inspirowany

leave a comment »

Za namową pewnej fanki na Repo pojawi się utwór należący do tej dziwnej odmiany oldskulu, od której bolą zęby. Gdzieś w przeszłości był taki hit i nawet dość giba, ale jak foobar/iTunes/Winamp wylosuje tę perełkę to jakoś człowiek tak sprawdza, czy nie ma nikogo w pobliżu. A Ci co w pijackim szale ustawili sobie go na dzwonek, zabawiają współpasażerów w tramwajach szaleńczą walką z czasem w płonnej nadziei, że da się odebrać, zanim komórka osiągnie pełną głośność.
Zespół Baltimora, mieszanka włosko-irlandzka, historię ma krótszą niż przyjaźń Jagielskiego ze Szczuką. Działali w latach w latach 1985-1987 i w historii muzyki zapisali się jedną piosenką. Ale za to jaką. Szaleńczo dyskotekową, maniakalnie wpadającą w ucho i, co tu kryć, lekko obciachową. Może nie tak obciachową jak jak gotowanie rzepy myśląc, że to buraki, pytanie barmanki, czy tydzień wcześniej spało się w tym barze na podłodze, wjechanie w rów bo się ogrzewanie włączało, zgubienie się w Gorlicach, wychowanie seksualne z Zimą, ostatni sezon Różowych lat 70tych, Troll 2, ocieplane crocki, siostra twojej mamy z wysmarowaną sadzą twarzą podrywająca nastolatków, współczesny polski kabaret, osoby nieumiejące formatować tekstu, angielski Evy Minge, czy tłumaczenie się Manciniego po meczu z Lechem. Może nie aż tak, ale jednak.

Written by bebuk

niedziela, 7.11.2010 at 18:28

Deeeeeeeeeeeeoh!

3 komentarze

Wpis będzie tematyczny i raczej wspominkowo-personalnie-melancholijny, więc niezainteresowani mogą przewinąć od razu do klipu. W związku z dzisiejszą datą na łamy oldskulu dumnie wkorczy artysta, którego przedwczesna śmierć w 1991 roku jest jednym z pierwszych wspomnień „kulturowych” jakie mam. Queen w domu był od zawsze. Najpierw na trzeszczących szpulach, w audycjach nagrywanych gdzieś w zamierzchłej przeszłości, potem, już w mojej erze, na kasetach, których stan prawny był bardziej skomplikowany, niż sytuacja rodzinna Luka Skywalkera. Zajeżdżało się po granice wytrzymałości taśmy magnetycznej A Day at the Races, Jazz, Innuendo i jakieś nieprawilne Greatest Hits, z mocno zaakcentowaną obecnością M. L. Gore’a, z Depeche Mode (bo chyba o niego chodziło „wydafcy”). Potem pojawiły się VHSy, a na nich klipy Queenu i zapis TEGO koncertu. Na koniec, pierwszą płytą CD, która pojawiła się u mnie w domu było wydane już po śmierci Freddiego Made in Heaven.
I tylko jedno pytanie, co wybrać w morzu piosenek Queenu? Panowie nagrali 14 albumów studyjnych, z których można bez problemu wybrać z pół setki przebojów. Wiadomo nie wszystko oldskul co się giba, ale taki Jazz oldskulem wręcz kipi. Może więc coś innego? W tym roku mija 25 lat od kiedy Freddie wydał Mr. Bad Guy, solowy album, który okazał się komercyjną klapą (160.000 sprzedanych kopii, a dla porównania Greatest Hits Queenu rozeszło się w 25 milionach egzemplarzy), ale przynajmniej jeden kawałek wart jest tutaj wspomnienia.

Freddy Mercury – Living on My Own

Written by bebuk

poniedziałek, 1.11.2010 at 11:22

Napisane w 80s

Tagged with , , , ,

Hot Rod

3 komentarze

Pewnego razu dopuściłem się stwierdzenia, że pewna doza obciachu może być wpisana w oldskul, nie definiując go oczywiście. Nad samym fenomenem rozwodził się nie będę, bo kto z nas nie obejrzał się nigdy przez ramię sprawdzając, czy na pewno jest sam w domu, gdy przy panierowaniu filetu z kurczaka, zdał sobie nagle sprawę, że kręci pupą w rytm Katriny.
Ale może to tylko ja…
Anywho, wyrazy disco i kicz pasują do siebie jak Rod i Stewart. Urodzony w Anglii Szkot imał się różnych zawodów, w tym był profesjonalny piłkarzem oraz grabarzem. W latach 60-tych występował w zespołach The Jeff Beck Group i Faces, z którymi podobno był prekursorem heavy metalu i punku, ale w pewnym momencie doszedł chyba do wniosku, że kokaina na drzewach nie rośnie i postanowił zmienić target na bardziej mainstreamowy. A tak naprawdę, kto jest bardziej mainstreamowy, niż gospodynie domowe, te kłębki uczuć matczynych i przepisów na ciasta, potajemnie marzące o niegrzecznym eks-futboliście/grabarzu z twardym podłużnym przedmiotem w imieniu, śpiewającym o rzeczach, do których rumienienie się może być jedynym komentarzem. A filet się panieruje i pupa chodzi.
Utwór Da Ya Think I’m Sexy, refren którego jest jakoby plagiatem, pochodzi z 1978 roku i wszystko z nim związane, od „niegrzecznej” pisowni tytułu, przez klip, po ultra-alkowową pracę sekcje rytmicznej, promieniuje seksem oldskulem.

Written by bebuk

sobota, 2.10.2010 at 17:00

Napisane w 70s

Tagged with , , , , ,

O, jaki dziwny akcent…

leave a comment »

Dzisiaj o późnych latach 70., czyli początku epoki dyskotek, błyszczących kul i spodni typu dzwony, w których tylko John Travolta wyglądał dobrze. W tym to okresie uformowało się hiszpańskie duo Baccara. Dwie kobiety zaczęły swoją (krótką) karierę w wieku 25 lat i jeszcze w tym samym roku wypuściły utwór, który zawojował Europą roku 1977.

Mowa o kolaboracji nazwanej od gatunku róży Baccara, a kawałek to rozpoznawalny między innymi za sprawą akcentu Yes Sir, I Can Boogie. Przez długi czas myślałem, że panie są z Francji, ale jak się okazuje to hiszpańskie dziedzictwo. To zresztą nieważne, skąd wziął się akcent, liczy się piorunujący efekt — w połączeniu z kiepską dykcją śpiew dziewczyn jest po prostu nie do podrobienia.

Hit zajmował pierwsze miejsce na listach przebojów wielu krajów i z dnia na dzień Bacarra osiągnęła szczyt — programy telewizyjne, wywiady, nagrody. Zresztą liczby mówią same za siebie, bo singiel sprzedał się w 16 milionach egzemplarzy!

Potem nie było już tak różowo, żaden z kolejnych singli nie osiągnął takiej popularności (chociaż nie można powiedzieć też, że były to kompletne niewypały) i po 4 latach zespół przestał istnieć a panie zajęły się solowymi karierami. Na koniec link do teledysku, ale niekoniecznie chcecie go oglądać bo szaleństwa brak.

Written by msq

sobota, 18.09.2010 at 15:27

Napisane w 70s

Tagged with , , ,

%d blogerów lubi to: