Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Posts Tagged ‘english

Doceniony po latach

leave a comment »

Było ich czterech (choć mówi się i o piątym – na mniej lub bardziej poważnie) ale na pierwszym planie zawsze było ich dwóch. Ten grzeczny i ułożony oraz ten bardziej pokręcony, a zarazem  odrobinę naiwny. Razem przyszli, zobaczyli i zwyciężyli, bo co by nie mówić, nigdy w historii  jeden zespół nie miał takiego wpływu na muzykę, rynek muzyczny i kulturę popularną. Dość przypomnieć jedną rzecz –  ponieważ włodarze amerykańskich wytwórni na początku zupełnie nie rozpoznali fenomenu Fab Four, później z zapałem neofitów próbowali wynieść na piedestał każdy czteroosobowy zespół z Wielkiej Brytanii, którego nagrania wpadły im w ręce. Z mizernymi skutkami jak dowiodła historia. Wróćmy jednak do meritum.

Dlaczego byli tak wyjątkowi – bo przede wszystkim w czasach gdy zespoły rock n’ rolowe odgrywały głównie standardy Beatlesi odważnie oferowali swoje kompozycje i teksty. Za sprawców całego zamieszania uważa się przeważnie Johna i Paula, nie zważając jak istotną rolę jaką w aranżacjach miał Georoge Harrisom. Trochę z tyłu, trochę w cieniu, kojarzony po latach przez osoby powierzchownie interesujące się muzyką głownie z jedną piosenką. Historia dowiodła jednak, że i on był geniuszem, być może nie udało mu się jedynie „przebić” mając kolegów o tak wybujałym ego jak wspomniani wyżej panowie. Gdy jednak kończy się czas The Beatles, rozpoczyna się wspaniałą kariera solowa Georga. Warto zwrócić na to uwagę – po rozpadzie Lennon debiutuje z dość wątpliwej jakości eksperymentalną płytą John Lennon/Plastic Ono Band, Paul szuka z podobnym skutkiem swojego własnego stylu na płycie McCartney, George zaś wytacza ciężkie działa w postaci świetnego potrójnego albumu All Things Must Pass, z którego gramy w RO. Niepowtarzalna struktura muzyczna, tekst nawiązujący do fascynacji autora duchowością ruchu Kryszna. A na gitarze sam Eric Clapton…czego chcieć więcej?

George Harrison – Beware of Darkness

Written by bzofik

poniedziałek, 1.10.2012 at 20:22

Napisane w 70s

Tagged with , , , ,

Dżingiel wszech czasów

leave a comment »

Podobno teraz tekst „idź ze starymi Trójki posłuchać” jest mocno idącą w pięty młodzieżową formą popełnienia crimen laesae maiestatis, ale jestem już szczęśliwie starym dziadem i mogę bez zażenowania powiedzieć, że Trójka mnie w jakimś stopniu muzycznie ukształtowała. Podobnie jest zresztą, zdaje się, ze wszystkimi repozytariuszami, nawet tymi co ostatnio niedomagają ;).

Ja wiem, że część tzw. prawdziwych fanów urządza na Agrykoli ustawki ze sprzętem (na mikrofony), gdzie  naparzają się szalikowcy Kaczkowskiego z kibicami Kosińskiego, ale mnie podobało się tam kiedyś wszystko, i ciągle sporo podoba, może poza gackami i innymi nocnymi stworami, zwłaszcza tymi, które są prawdziwymi postrachami logopedów. Więc Trójki już nie słucham tyle co dawniej, oknem na muzyczny świat jest internet a nie opowieści ludzi wracających zza żelaznej kurtyny z kartonami czarnych płyt, ale sentyment jednak wielki.

Jednym z zespołów, które poznałem dzięki Trójce z 15 lat temu byli Jethro Tull; po wysłuchaniu jakiegoś kawałka wygrzebałem w płytotece stryja winyl Stormwatch i popłynąłem w akwalungu jak szczur za Rattenfängerem z Hameln.

Ian Anderson obchodzi 10 sierpnia 65 urodziny (szczęśliwie na wiek emerytalny czeka nie w Polsce jak nieszczęśnik Ray Wilson, tylko w jakimś poważnym kraju), więc okazja jest wyjątkowa, i niecnie tę wyjątkowość wykorzystam na dokładnie 2’41” muzyki, która upłynie w rytm dwóch, jak to mawiał Kaczkowski, drobiażdżków. Jeden zwłaszcza brzmi znajomo, z audycji o megadżinglach wszech czasów.

Jethro Tull, Cheap Day Return i Cheerio

Written by 1obo

czwartek, 9.08.2012 at 23:54

Napisane w 70s, 80s

Tagged with , , , ,

And then there were three…

leave a comment »

Zaryzykowałbym stwierdzenie, że naturalną właściwością każdej wczesnej młodości istoty o poziomie samoświadomości nieco przekraczającej leminga jest skłonność do ortodoksji. Niektórym to pewnie zostaje na dłużej, ale to w wieku, nie bójmy się tego słowa, cielęcym ludzkość obrasta w długie pióra, w pocie czoła przyszywa do plecaków kawałki filcu z nazwami zespołów, farbuje irokezy, cierpliwie pastuje glany itp. W każdym razie takie były czasy mojej młodości; teraz w pierwszy dzień wiosny można (o tempora!) spokojnie przemierzać ulice mojego rodzinnego miasta, podczas, gdy jeszcze 15 lat temu stanowiłoby to podstawę odmowy wypłacenia sumy ubezpieczenia na życie, bo takie (tyle radosne co kretyńskie) przedsięwzięcie było róznoznacze z podpaleniem stodoły albo samospaleniem. Ten dzień był bowiem poświęcony regularnej wojnie punkowców ze skinheadami (nikt o dresach jeszcze nie słyszał), którzy spotykali się w połowie drogi między osiedlami i tam sprawdzali kto ma większą rację.

To se chiba ne vrati: nasza stanowczość i czarno-białe postrzeganie świata przepadło. O ile wtedy gótów byłem przypisywać wszystkim nie-fanom rocka psychodelicznego poziom intelektualny gdzieś w okolicy pierwotniaka, teraz (być może zmęczenie materiału) sam częściej wrzucam kawałki lekkie, łatwe i przyjemne, a nie symfoniczne opera magna w stylu Ummagummy. I cóż: kiedyś istnieli dla mnie tylko Genesis z Peterem Gabrielem przebierającym się za (TW) stokrotkę, potem następowały w moim przekonaniu wieki ciemne, szczęśliwie przezwyciężone przez Calling all stations ze wspaniałym Wilsonem (miałem kasetkę od Bzofa!). Nic dziwnego: nie dość, że nie cierpiałem tego małego, skrzeczącego jak nadmuchana przez tyłek żaba Collinsa (pamiętacię żenadę pt. Dance into the light?), to jeszcze nuty brzmiały niemal jak Bee Gees, nie uwłaczając. Wartość ludyczna jest jednak tych motywów wielka, a przymrużenie oka, z jakim na siebie spoglądają dramatis personae, hmm, powala.

Rzućmy zresztą okiem na ten klip z gigantycznymi marynarkami z wielkimi poduchami na ramionach (czyj, że tak powiem, stary takiej nie miał? zwykle seledynową), wzwodem na widok kamery vhs wielkości polaroida, fryzurą typu ‚krótko (coraz krócej) z przodu, długo z tyłu’, szczęśliwie bez wąsów, dominacją klawiszy, przydługimi płaszczami (czyja, że tak powiem, stara takiego nie miała?), zabawą przed kamerą ze śpiewem do pałek wielkich jak dwanaście paluszków Lajkonik i jazda na rowerze w kółko (chyba Gabrielowi się ten motyw spodobał). A kto dotrwa do końca zostanie nagrodzony falsetem a’la wspomniani bracia Gibb.

Genesis, Invisible touch

 

Written by 1obo

czwartek, 31.05.2012 at 22:43

Napisane w 80s

Tagged with , , ,

with one comment

Msq pisał już kiedyś celnie o tym, jaką rolę w naszym oldskulowym świecie odgrywa Depeche Mode. Akurat w tamtym wpisie molestowany był, hmm, wkład (!) Vince’a Clarke’a (kiedyś odmiana obcojęzycznych imion i nazwisk doprowadzi mnie do szału). Wątek Depeszów nie został potem podjęty: zdaje się, że zadziałał mechanizm typowy dla psowatych, zgodnie z którym obsikany teren implikuje naruszenie miru domowego, a my jesteśmy grzeczni i ucywilizowani, więc go nei naruszamy. Innymi słowy: jak ktoś zaklepie temat, to ‚wszyscy wy**erdalać, mój jest ten kawałek podłogi!’ (po pierwsze primo)*, po wtóre: drugi wpis poświęcony tej samej ekipie (a niektóre są naprawdę płodne w hiciory jak nie przymierzając Rasputin, którego postać poajwia się w innym oldskulowym kawałku, w tzw. bastardy – dzięki Grze o Tron słowo to szczęśliwie wraca do łask) robi wrażenie pewnej wtórności.

Zostawmy zatem Depeszów, ale pójdźmy tropem Clarke’a, którego partnerką w Yazoo była Alison Moyet, istota pozbawiona przesadnego potencjału wokalnego ale dysponująca charakterystycznym głosem (ok, do Annie Lennox jej jednak spoooro brakuje). W każdym razie po rozstaniu się z Klarkiem (nie ‚zniesę’ już tych apostrofów) nagrała parę płyt, trochę pokoncertowała (raz nawet w Olsztynie [wtf?]), osiągała nawet dobre rezutaty w sprzedaży albumów solowych, ale jej kariera pozostaje chyba naznaczona piętnem muzycznych kooperacji. Dość powiedzieć, że najbardziej znanym występem Alison było Live Aid z Paulem Youngiem. Moyet zostawiłą nam też po sobie solowe cudeńko opatrzone klipem w którym wszyscy zdają się dobrze bawić, więc skoro taki trynd – bawmy się i my. Nie będzie chyba nadmiernym okrucieństwem drobna uwaga, że w powstaniu naszej dzisiejszej boahterki maczał paskudne paluchy David Stewart (Eurythmics; koło z Annie Lennox się zamyka); ale nie bądźmy drobiazgowi.

Alison Moyet, Is this love?

 

*Wpis Bzofa przypomniał mi, że kawałek Pana Ząbka od lat wywołuje we mnie skojarzenie z jedną imprezą sylwestrową spędzoną w mieszkaniu (jak to się mówi w Krakowie, gdzie rozgrywa się akcja opowieści – ‚na mieszkaniu’) studenckim. Spóźniony dwie godziny (autobus z mojego rodzinnego miasta jechał stanowczo za wolno) dostałem od gospodarzy karniaka, po wypiciu którego wmaszerowałem do tzw. bawialni. Tam moim oczom ukazał się widok pląsających na środku pokoju naspidowanych Niezydentyfikowanych Obiektów Niemal Latających, kilka parek liżących się po kątach, mocną ekipę tankującą wódę z prędkością lukstorpedy oraz jakiegoś przygarbionego chłopka siedzącego w kąciku i ślepiącego opatrzone grubymi okularami gały w ekran czarno-białego telewizora (nie było to ani hi-fi, ani nawet technikolor). Rozpoznawszy w nim ‚kolegę Arka’ podlazłem doń, usiadłem na jakimś przedmiocie nazywanym szumnie ‚taboretem’ i powiedziałem ‚cześć, Arek’, wyciągając grabę. On pomilczał, wpatrując się bez zrozumienia w telewizor, w którym aktualnie orędzie noworoczne wygłaszał Kwaśniewski, i powiedział po pewnym zastanowieniu: ‚spi**dalaj, to mój prezydent’.

Written by 1obo

czwartek, 17.05.2012 at 22:50

Napisane w 80s

Tagged with

Poeci i złodzieje

leave a comment »

Gdzieś na początku czasów licealnych wpadła w moje ręce czarna kaseta. Właścicielem owego nośnika magnetycznego był starszy kolega i nie jest to drogie dzieci jakieś pieszczotliwe określenie na last.fma, ale prawdziwy człowiek, z krwi i kości. Na okładce kasety znajdował się dziwny znak, który oczywiście zaalarmował moją rodzicielkę zbałamuconą przez Ryszarda Nowaka i paranoję sekt lat 90-tych (pamięta to ktoś jeszcze?). Mowa tu oczywiście o zespole Ankh i ich debiutanckiej płycie wydanej przez firmę Mega-Czad.

Na krążku tym znajdowała się piosenka Bez imienia oparta na wierszu o tym samym tytule Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. W moim nastoletnim umyśle zakiełkowała myśl, że poezja śpiewana może jednak nie jest taka zła. Niestety, o ile poezja jako taka dostarcza znakomitego materiału tekstowego, to, poza rzadkimi wyjątkami, przyszło mi toczyć bój z bieszczadzkimi aniołami i osobami pokroju Jacka Wójcickiego. De gustibus i tak dalej…

W 2003 zespół Akurat postanowił wyrwać poezję z czułych objęć piosenki studenckiej i przenieść ją na popularny grunt studenckiego reggae. Wiersz Juliana Tuwima Do prostego człowieka opatrzono bujającym rytmem i wysłano w świat na płycie Prowincja, a jakaś świeżo upieczona pani magister polonistyki z gustem muzycznym wypieczonym w ogniu akademikowych imprez (czytaj: gustem jak ksywka pewnego bohatera filmu Kiler) zakwiliły z radości, w nadziei, że oto znajdą płaszczyznę porozumienia z młodzieżą. Z własnych doświadczeń wnioskuję, że sukces nie odniosły.

I wszystko byłoby po staremu, ktoś z wiersza zrobił piosenkę, do której stosunek mój można streścić wzruszeniem ramion, gdyby nie to, że muzykę też pozwolili sobie pożyczyć! Tak drodzy państwo, polskie współczesne reggae, gdy nie namawia do ogrodnictwa, bierze tekst z jednego źródła, nutę z drugiego, a ludzie zachwycają się hitem. Przyznać trzeba, że nie tylko Polacy gęsi i swojej nuty nie mają.

Na odtrutkę oryginalna nuta: The Clash – Guns of Brixton

Written by bebuk

czwartek, 29.03.2012 at 20:43

Napisane w 70s, 80s, Brak kategorii

Tagged with , ,

Muzyczna próżnia

leave a comment »

Ignorancja to siła pisał jeden z nas tydzień temu i jeśli zawierzyć jego słowom to mocarzem jestem i nic tylko zakupić sobie dziewczynę na asystentkę/nałożnicę i rozpocząć karierę jeżdżąc po Półwyspie Apenińskim i rwąc łańcuchy ku uciesze gawiedzi.

Parę dni temu usłyszałem jak pewne bliskie mi dziewczę podśpiewywało sobie coś, płynnie przechodząc z angielskiego na polski. Okazało się, że śliczne uszko jej usłyszało, i to już dosyć dawno, o czym dała znać głośnym naprawdę o tym nie wiedziałeś? W jakiej próżni muzycznej cię trzymano za młodu?, niezwykłe podobieństwo między pewnym bardzo znanym kawałkiem po polsku a drugim, jeszcze bardziej znanym, po angielsku. Szybka wizyta na wikipedii pokazała, że to nawet nie sprawa z gatunku tych do rozpatrzenia przez sąd (a takie już bywały na naszym skromnym blogu) ale po prostu cover z tłumaczeniem, które na skali piękne-wierne wybrało urodę.

Co więcej, o ile angielska wikipedia nie jest najlepszym źródłem wiedzy o polskiej muzyce, o tyle ciekawym jest, że datuje początki polskiej muzyki reggae na rok 1974, kiedy to właśnie pojawiła się polska wersja naszego dzisiejszego kawałka. Trzeba przyznać jednak, że ani oryginał ani jego polska siostra z popularnym gatunkiem studenckim wiele wspólnego nie mają i można by porównać powyższe stwierdzenie do tezy, że pierwszy polskim żelazkiem było wiadro. Tak czy inaczej, dzieląc się tym odkryciem mam nadzieję, że gdzieś znajdzie się choć jedna osoba, dla której, czy to z winy wychowania w muzycznej próżni, czy też ze względu na jakiś dziwnym splot okoliczności, poniższe zestawienie będzie czymś nowym. Obawiam się jednak, że reakcją będzie okrzyk STARE, przewracanie oczami i inwektywy pod kierunkiem piszącego te słowa. Darujcie.

Bill Withers – Ain’t no Sunshine

Budka Suflera – Sen o dolinie

Written by bebuk

czwartek, 1.03.2012 at 22:09

Napisane w 70s

Tagged with , , , ,

A orkiestra grała do końca

2 komentarze

Zawsze zastanawiało mnie to kiedy muzyk przestaje być artystą, dla którego chimeryczność i nieprzewidywalność są po prostu wielosylabowymi słowami na bycie, a staje się rzemieślnikiem, zatrudnionym by wykonać pracę, a od którego wymaga się nie tyle jednorazowego wzlotu na wyżyny, ile jakościowo dobrej roboty wykonywanej przez kilkadziesiąt czy kilkaset nocy z rzędu.

I co najciekawsze, musisz wychodzić na scenę, czy Ci się chce, czy nie chce, czy jesteś nawalony, naćpany, czy też masz akurat zjazd. W dwóch znanych przypadkach zespoły były proszone o nieschodzenie mimo, że pod pod tymi właśnie scenami ginęli ludzie, czy to od ciosów noży „ochroniarzy”, czy też zgnieceni ciałami innych uczestników koncertu. A kapela musiała dalej grać.

Czymś jedynym w swoim rodzaju jest płyta koncertowa Stinga nagrana 11 września 2001. Muzycy zaczynając występ w Toskanii wiedzieli co się stało w Nowym Jorku, co więcej, przed koncertem odbyli naradę, by zadecydować, czy powinni w ogóle wyjść na scenę. Na początku dyskusji Sting wydaje się nie chcieć zagrać koncertu a jego głos i mina mówią, że szuka chociaż drobnego przytaknięcia ze strony zespołu. W momencie kiedy pada pierwszy głos, że należy grać, może zmienić program koncertu, ale grać, bo najgorsze co mogą zrobić to zamilknąć, Sting niemal niezauważalnie kręci głową i się krzywi, ale w końcu ulegnie.

W sytuacji, gdy potrzeba muzyki na wysokości zadania stanął nie wielbiony geniusz, ale właśnie wyrobnicy, nieznane nikomu nazwiska pojawiające się gdzieś na zagięciu wkładki. Morał? Nie mam, tak po prostu przypomniał mi się dzisiaj ta płyta.

Sting – Fields of Gold live

Written by bebuk

poniedziałek, 6.02.2012 at 23:51

Napisane w 00s

Tagged with , ,

%d blogerów lubi to: