Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Archive for Listopad 2012

Druga twarz słońca

leave a comment »

Dwa dni po pełni, ale najbardziej polski miesiąc smutny jak noc (nomen omen) listopadowa od ładnych paru tygodni raczący nas mgłami wielkimi jak te nad syfiastymi bagniskami, przez które przedzierali się Gollum z Frodem i Samem, no więc ten w d*pę rżn*ęty umiłowany nasz miesiąc nieco zluzował stanik i pozwolił pokazać gębę księżycowi, stąd wybór kawałka nie mógł być inny.

Konia z rzędem temu, co dokona interpretacji tekstu. A raczej zamiast tego konia – kaftanik wiązany na plecach; ja nie podejmę się wniknięcia w podejrzane, czarne ścieżki, którymi podążała schizofrenia paranoidalna podmiotu lirycznego (Michał Zabłocki i jego metoda pisania tekstów to małe miki; swoją drogą nie pamiętam z jakiego filmu/serialu, to ‚małe miki’, ale chyba tekst jest Buczkowskiego, może z Domu?),  w każdym razie myśli jego były czarne (jak noc listopadowa). Najlepsze są porównania hi-tech lat 80, typu „skończył się video-film”.

Dobra, i tak jestem spóźniony z tym wpisem o paręnaście minut (drobna wycieczka pod adresem pozostałych repozytariuszy: ‚and then there were… two?”; i pod adresem dostawcy mojego internetu), więc do ad remu, pora już dograć ten akt. Polecam Waszej uwadze wymowę ‚San Francisco’; jednak intuicja mnie nie zawodziła, istnieje coś między ‚San’ a ‚Są’.

Halina Frąckowiak, Papierowy księżyc

Reklamy

Written by 1obo

piątek, 30.11.2012 at 00:26

Napisane w 80s

Baczność! W lewo zwrot!

leave a comment »

Zawsze przemawiały do mnie kawałki z rytmem marszowym. W tle gdzieś ciągle werbel trzyma tempo i nie pozwala na zbyt długi odpoczynek. Z tego powodu uwielbiam „Chińskie morze” Maanamu, ten prosty zabieg sprawia, że ścieżka dźwiękowa z kultowej gry, w którą nigdy nie grałem — Red Alert — brzmi wprost rewelacyjnie, kiedy słyszę ją w tle do tysięcy maszerujących żołnierzy. Muse ze swoim „Knights of Cydonia” to patos aż miło – co mi bardzo odpowiada, chociaż chłopaki raczej nie mieli ochoty na taki klimat i nakręcili teledysk trochę mniej oficjalny i poważny.

Nie tylko szeroko rozumiany rock porywa mnie tym zabiegiem. Przepadam za Bolero Ravela, które składa się w zasadzie tylko z rytmu i jednego motywu a trwa to wszystko 15 minut (pewnie bluźnię i zaraz mi się dostanie od jakiegoś fascynata muzyki klasycznej). Ostatni album rapera Łony zawiera utwór „Nie pytaj nas” z rewelacyjnym tekstem, ale nie gorszym rytmem (zalecam odsłuch).

Dlatego dzisiaj wstawiam kawałek ze szczytów polskich list, który nawiedził mnie ostatnio. Jest wyraźnie zarysowany i marszowy rytm, jako należący do frakcji „it’s all about the lyrics” zwracam uwagę na tekst, a jako adept gitary wspomnieć muszę proste ale jakże przyjemne solo na elektryku. Jest wszystko co dobre, więc musiał wyjść hit.

Sztywny Pal Azji — Wieża radości, wieża samotności

Written by msq

poniedziałek, 19.11.2012 at 23:08

Napisane w 80s

Tagged with , , ,

Muza i heroina

leave a comment »

Wbrew tytułowi nie będzie dzisiaj o tym, o co w rocku zasadniczo chodzi, czyli ani o lecących w stronę estrady (co za słowo) majtkach, ani białych kreskach (kropki kreski) ani dźwięku wreszcie, ale o pewnym typie zjawiska nazywanego z braku lepszego określenia kobietą, chociaż oddaje to jedynie kawałeczek rzeczywistości.

Nie będę się rozpisywał, bo pod hasło ‚muza i heroina’ każdy podstawi swój obraz, ale mnie, pop-historycznie (czyli bez George Sand) rzecz biorąc, do głowy przychodzą trzy istoty, które można wycisnąć jak cytrynki i zrobić koncentrat muzycznego bóstwa. Nie jest to przy tym bóstwo rozj*bane w łóżku jak nie przymierzając Maja od Goji i tam czekające na ‚adoratorów’, ale postać aktywna i przez to tym bardziej podniecająca. Te rzesze absztyfikantów stały raczej moim zdaniem nie tyle przed sypialnią (chociaż tamtędy szlak też prowadził), ale przed teatrem, w którym miały do odegrania monodram znacznie ciekawszy, niż propozycja seksualna.

Marianne Faithful, Courtney Love i Christa Päffgen aka Nico to, pojadę Kisielem, moje typy. Kto chce wiedzieć skąd współpraca tej ostatniej z Brianem Eno, Lou Reedem czy Johnem Calem niech prześwietla jej pościel do upadłego, a my lepiej zajmijmy się kawałkiem, który moim zdaniem – mimo dziwnej artykulacji i być może denerwującej maniery – boskość Nico uzasadnia. Wybrałbym wprawdzie Somewhere There’s A Feather albo (zwłaszcza) Secret Side, ale kawałek napisany przez Jacksona Browne’a, nagrany przez autora (dobrze), Gregga Allmana (dobrzej) i Nico brzmi oldskulowo najbardziej.

I bosko.

Nico, These Days

Written by 1obo

czwartek, 15.11.2012 at 22:19

Napisane w 70s

Zapach wosku

leave a comment »

„(…) W prosektorium najzabawniej jest nad ranem
Czasem spadnie coś ze stołu – czasem ktoś
Po czymś takim następuje
Ożywienie zrozumiałe
Krótkotrwałe bo dzień wstaje jak na złość
Jasny dzień ma swoje różne jasne strony
Lecz ja jednak mimo wszystko twierdzę, że
W prosektorium najprzyjemniej
Moim zdaniem jest nad ranem
Zresztą sami przekonacie o tym się.”

Ten cytacik z wodewilowego W prosektorium Macieja Zembatego jest kwintesencją podzielanego przeze mnie spojrzenia na tzw. sprawy ostateczne. No dobrze, w tej deklaracji nie jestem do końca szczery: powinienem raczej napisać „chciałbym traktować umieranie jak spotkanie z pratchettowskim Mortem” i śpiewać na pogrzebach ” Jak dobrze mi w pozycji tej, w pozycji hory-zon-tal-nej” (znowu nieśmiertelny Zembaty z Ostatniej posługi), ale przechyły emocjonalne są chyba wkalkulowane w ludzką naturę, jakkolwiek chciałoby się pozostać stoikiem.

Daruję sobie prawienie komunałów o obecności motywu śmierci w muzyce popularnej, to jest jasne jak częstość występowania piosenek o używkach, miłości i pieprzeniu (się). Ubolewania godnym zrządzeniem losu (albo ułomnością tfu!-rców) temat ten jest zwykle podejmowany nieznośnie patetycznie, aż chciałoby się zacytować filmowego Bolca o „ptaka cieniu” w reakcji na teksty typu „idąc cmentarną aleją szukam ciebie mój przyjacielu” (niemożliwy do zniesienia patos kanoniczny). Albo, za innym klasykiem, stanowczo wrzeszczeć, że „jeżeli tematem sztuki będzie dzbanek rozbity, mała rozbita dusza z wielkim żalem nad sobą, to to, co po nas zostanie będzie jak płacz kochanków w małym brudnym hotelu kiedy świtają tapety”. Zdecydowanie wolę klimat niemal optymistycznej rezygnacji Połonin niebieskich w wersji Adama Drąga czy Ireny Jarockiej.

Niemniej, zdarzają się – z rzadka – perełki każdej z tych, powiedzmy, estetyk. Jak rozmaicie – i w warstwie tekstu, i muzyki – można pisać o tym samym, przecież oba kawałki to niemal deklaracje światopoglądowe, manifesty filozofii etyki, z których bliżej mi, wbrew wszystkiemu co napisałem wcześniej, do rozdzierającej spowiedzi spożywającego sakrament danej z nieba manny-manny-narkomanny (dzięki, Stachuro) Elliotta Smitha, który brzmi wspaniale jak Floydzi z okolic Meddle.

Blue Öyster Cult, Don’t Fear) The Reaper


Elliott Smith, King’s Crossing

Written by 1obo

czwartek, 1.11.2012 at 15:47

Napisane w 70s, 90s

%d blogerów lubi to: