Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Archive for Sierpień 2012

Biegnij, króliku, biegnij

with one comment

Krótko będzie, bo kończę robotę, która od półtora roku spędza mi sen z powiek i jest szansa na szympansa, że tej nocy zostanie szczęśliwie zakończona lekko przechodzona ciąża. Spodziewam się potwora, więc wpis na temat.

Zawsze mnie interesowała przyczyna występowania podobnych zjawisk w kompletnie różnych miejscach/ ludach/ kulturach. Diabli wiedzą czy to istoty od Dänikena, czy to genetyczna istota człowieczeństwa (co za patos), czy potrzeba, faktem jest, że powiedzmy Inuici i Ewenkowie mają sporo wspólnego, i nie są to wyłącznie smartfony i foty na fejsbuku z szamanem. Z muzyką jest podobnie: jak to możliwe, że pentatonika jest językiem uniwersalniejszym od emot – za cholerę nie wiem.

Wiem za to, że jest taka muzyczna kategoria, której rodowód jest ten sam: wynika z konieczności w sumie, gdy od dwunastu godzin nic innego nie robię, tylko kopię ziemniaki/ tnę trzcinę/ wciągam żagiel na przemian z kotwicą/ majtam wiosłem pod pokładem/ tnę drzewo na moja-twoja i tak dalej (niepotrzebne skreślić), moje ujebane po pachy łapska (jak wszystkich wokół) są zajęte i śpiewam nietęgo. Ale jak się znajdzie typ dobrze improwizujący z tekstem zwrotek (im sprośniejszy/ sentymentalniejszy/ bogoojczyźniany i tak dalej, niepotrzebne skreślić, tym lepiej), taki lokalny MC, to mu na call zrobię refrenowy response a capella, byle reszta nieszczęśników wyła jak ja. Working song, schemat zawsze ten sam, czy to szanta, czy pieśń niewolników, ta sama funkcja, jak się ma gębę zajętą śpiewem to się nie rzyga z nudów i przepracowania.

Moja wersja jest o tyle lepsza, że nie wymaga wspomagania śpiewem własnym, bo Nina Simone, która calkiem udatnie skawerowała Beatlesów radzi sobie sama dobrze w trochę szalonej jeździe po kamieniołomie.

Nina Simone, Work song

Reklamy

Written by 1obo

czwartek, 23.08.2012 at 22:56

Napisane w 60s

Noście czapeczki w takie dni jak ten…

leave a comment »

Jedna ze znakomitych teorii „specjalistów od nawozów i od świata” jakby powiedział Jacek Kleyff, głosi że upalne, letnie dni mają niebagatelny wpływ na poziom przestępstw, aktów wandalizmu i ogólnego poziomu chaosu i agresji. Mówiąc w wielkim skrócie ciepło uderza do głowy, oleum za nim nie nadąża, emocje biorę górę nad rozsądkiem i o bitkę lub chociażby namalowanie symbolu fallicznego na ścianie ratusza nietrudno. Czy jest to prawda objawiona i niepodważalna nie będę się wypowiadał, ale można się zgodzić, że skrajności oddziałujące na nasze ciała i umysłu łatwiej nas będą popychać ku zachowaniom i wyborom skrajnym. Czy tak jest też z preferencjami muzycznymi? Czy gdy upał ogarnia istotę szarą sięgniemy nagle pod black metal czarny jak topiący się asfalt lub industrial tak gęsty jak kapiący z łożyska towot? A może jednak dla kontrastu wybierzemy kojące plumkania rodem ze Skandynawii, gdzie basista zadmie raz na jakiś czas w piszczel renifera, a pianista orzeźwi uderzeniami w sople?

Bredzę? Niechaj będzie mi to wybaczone. Ale  do rzeczy – muzyczny kontrapunkt, niech odpocznie znękany umysł, nasyci się nietypowym brzemieniem, lekko już zakurzonym ale pomnikowym na tle polskiego pejzażu muzycznego. Pan Marek Biliński – kompozytor muzyki elektronicznej, filmowej, operowej, oraz pionier widowisk muzyczno – świetlnych w Polsce zasłynął jednym przebojem. Jednym, ale za to jakim!

Marek Biliński – Ucieczka z Tropiku

PS Warto zwrócić uwagę na, na owe czasy niezwykle widowiskowy teledysk do piosenki.

Written by bzofik

poniedziałek, 20.08.2012 at 22:08

Napisane w 80s

Tagged with , , ,

Muzyka z głośników, obraz z rzutnika

leave a comment »

Są filmy, które lubię w dużej części za ścieżkę dźwiękową. Są takie momenty w filmie, kiedy muzyka jest tylko i wyłącznie tłem, wtedy dużo trudniej ją wychwycić i „polubić”; są też fragmenty, gdzie muzyka jest w danej scenie wszystkim — nie ma dialogów, jest tylko obraz i dźwięk, który wtedy (nomen omen) gra pierwsze skrzypce. Gdybym miał wybierać, powiedziałbym, że wolę tę drugą opcję, wtedy można delektować się naprawdę dobrze dobranym soundtrackiem i docenić współpracę między filmowcami i muzykiem.

Mam oczywiście na myśli pewien konkretny fragment, jest to właśnie jeden z tych, które zwracają na siebie uwagę w ten charakterystyczny sposób, kiedy oglądając film myśli się „do stu tysięcy beczek solonych śledzi, ależ dobrze dobrany soundtrack”. Fragment pochodzi z filmu anime: gatunku, którego nie jestem jakimś wielkim fanem, ale który ma jednego solidnego przedstawiciela. Podobno film ten nie jest tradycyjnym anime (jako laik w temacie stwierdzam, że to chyba nawet widać), niemniej jak ktoś się nie zna to widząc taki obraz powie „anime”. „Ghost in the Shell” kupił mnie fabułą, wykreowanym światem, tematyką i właśnie ścieżką dźwiękową. Być może ten fragment na youtube nie oddaje w pełni klimatu, jaki udzielił mi się przy jego oglądaniu, tym bardziej polecam obejrzenie całego filmu — nawet jeśli wydaje się wam, że nie lubicie anime.

Kenji Kawai — M07 Nighstalker

Written by msq

wtorek, 14.08.2012 at 22:44

Napisane w 90s

Tagged with , , , ,

Dżingiel wszech czasów

leave a comment »

Podobno teraz tekst „idź ze starymi Trójki posłuchać” jest mocno idącą w pięty młodzieżową formą popełnienia crimen laesae maiestatis, ale jestem już szczęśliwie starym dziadem i mogę bez zażenowania powiedzieć, że Trójka mnie w jakimś stopniu muzycznie ukształtowała. Podobnie jest zresztą, zdaje się, ze wszystkimi repozytariuszami, nawet tymi co ostatnio niedomagają ;).

Ja wiem, że część tzw. prawdziwych fanów urządza na Agrykoli ustawki ze sprzętem (na mikrofony), gdzie  naparzają się szalikowcy Kaczkowskiego z kibicami Kosińskiego, ale mnie podobało się tam kiedyś wszystko, i ciągle sporo podoba, może poza gackami i innymi nocnymi stworami, zwłaszcza tymi, które są prawdziwymi postrachami logopedów. Więc Trójki już nie słucham tyle co dawniej, oknem na muzyczny świat jest internet a nie opowieści ludzi wracających zza żelaznej kurtyny z kartonami czarnych płyt, ale sentyment jednak wielki.

Jednym z zespołów, które poznałem dzięki Trójce z 15 lat temu byli Jethro Tull; po wysłuchaniu jakiegoś kawałka wygrzebałem w płytotece stryja winyl Stormwatch i popłynąłem w akwalungu jak szczur za Rattenfängerem z Hameln.

Ian Anderson obchodzi 10 sierpnia 65 urodziny (szczęśliwie na wiek emerytalny czeka nie w Polsce jak nieszczęśnik Ray Wilson, tylko w jakimś poważnym kraju), więc okazja jest wyjątkowa, i niecnie tę wyjątkowość wykorzystam na dokładnie 2’41” muzyki, która upłynie w rytm dwóch, jak to mawiał Kaczkowski, drobiażdżków. Jeden zwłaszcza brzmi znajomo, z audycji o megadżinglach wszech czasów.

Jethro Tull, Cheap Day Return i Cheerio

Written by 1obo

czwartek, 9.08.2012 at 23:54

Napisane w 70s, 80s

Tagged with , , , ,

%d blogerów lubi to: