Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Archive for Kwiecień 2011

Cekiny, lasery, show!

leave a comment »

Ostatnio kumpel dręczy mnie „You Give Love a Bad Name” Bon Joviego. Oldschool wpadł mu w ucho, a ja, bierny słuchacz, muszę znosić ten kawałek kilka(naście?) razy dziennie. Przesadzam oczywiście, bo nie jest to przecież taki zły utwór, a jedno trzeba przyznać: ma w sobie dużo mocy. Bardzo dużo mocy. Dlatego można go znaleźć w Guitar Hero i zagrać na gitarze przez chwile czując się jak prawdziwy rockmen :-) Słuchając „You Give Love a Bad Name” za każdym razem przychodzi mi do głowy dzisiejszy bohater: „I Was Made For Lovin’ You” w wykonaniu KISS. Skąd bierze się to powiązanie? Odpowiedź całkiem prosta, klimat obydwu kawałków, glamowa otoczka, gwiazdorzenie, cekiny, świecące gitary, wybuchy, fajerwerki. Może Bon Jovi nie idzie aż w tak agresywny image jak KISS, ale nadal są wygłupy na scenie. Ciekawe jest, że różnica między tymi zespołami to aż dekada! KISS założony został ok. 1972. a BJ w 1983. KISS był u szczytu popularności, kiedy BJ zaczynał zdobywać popularność, otwierając koncerty takich zespołów jak Scorpions, ZZ-Top czy… właśnie KISS. Zapraszam na solidną dawkę pozytywnej energii.

Wspomniane Guitar Hero polecam obadać, może jakiś znajomy ma. Zabawa jest przednia, szczególnie przy takich kawałkach jak poniższy.

KISS — I Was Made For Lovin’ You

Reklamy

Written by msq

sobota, 30.04.2011 at 15:13

Napisane w 70s

Tagged with , , , , ,

Czy ktoś jeszcze słucha całych płyt?

leave a comment »

Od czasu do czasu odsłona Repozytorium Oldskulu na portalu Facebook staje się areną dyskusji na tematy około muzyczne. Jakiś czas temu przewijał się tam wątek płyt, które uwielbiamy słuchać w całości, od pierwszego do ostatniego dźwięku i nie wyobrażamy sobie szatkowanych ich niczym kapusty do muzycznego bigosu. Pośród wymienionych przykładów pojawiły się tzw. koncept albumy, dziś mały wycinek tego typu przedsięwzięcia. Jak to, zapyta ktoś przytomnie, to z jednej strony pochwała nabożnego pochłaniania całych longplayów, a tu takie swawole?

Na szczęście jest dobra wymówka. Wiele osób nie znałoby tej wspaniałej płyty oraz tego zespołu gdyby nie ta piosenka. Ba, sam zespół nie wypłynęła by na szerokie wody i być może błąkała się wśród smutnych epigonów Genesis…nie ma co jednak gdybać, piosenka jaka jest- -usłyszycie za chwilę. Od czasu jej wydania wiele wody upłynęło. Barczystego Szkota zastąpił szalony H, zespół nagrał płyty okropne i niesamowite. Nie znacie ich…cóż, tę piosenkę znacie na pewno, niech będzie zatem dobrym pretekstem, żeby znaleźć chwilę, uspokoić się o odsłuchać w całość album, który przyozdabia. Warto.

Marillion – Kayleigh

Written by bzofik

środa, 27.04.2011 at 20:38

Napisane w 80s

Tagged with , , , ,

Pisanki

2 Komentarze

W języku angielskim istnieje określenie easter egg, które oprócz świątecznego produktu spożywczego oznacza również wiadomość celowo ukrytą w filme, książce czy oprogramowaniu. W materii muzycznej wiadomości tego rodzaju wykorzystywane były w tylu celach ile ich mylnych interpretacji lub nadinterpretacji wytworzono. I tak, podobno Robert Plant śpiewał o szatanie i komórce na narzędzia, Freddie zachęcał do palenia, a Judas Priest do samobójstwa. Co tam, dla chętnego nic trudnego i są tacy, co znaleźli ukryte wiadomości w piosenkach Britney i Lady Gagi. W sumie w przypadku tej pierwszej puszczanie piosenek od tyłu ma sens, bo przynajmniej brzmią lepiej.

Całe zamieszanie związane z ukrytymi wiadomościami sprawiło, że stały się one wdzięcznym medium do zarówno żartów jak i przekazywania różnego rodzaju informacji. Gdy Roger Waters wydał w 1992 roku Amused to Death fani, pomni Empty Spaces z The Wall, skrzętnie przesłuchali całą płytę w poszukiwaniu ukrytego przekazu i taki znaleźli. Na początku Perfect Sense part I Waters zawarł przesłanie, w którym nazwał Stanleya Kubricka book burner. Wszystko przez to, że nie pozwolił on Watersowi wykorzystać fragmentów filmu 2001: Odeseja Kosmiczna. Nie ma się jednak co Kubrickowi dziwić, bo Pink Floyd 20 lat wcześniej odmówili mu użycia Atom Heart Mother w tymże filmie.

Jak to zwykle bywa, tego rodzaju kontrowersje przyczyniły się do powstania fanowskich teorii. Dopomógł im sam Waters stwierdzając w Saurceful of Secrets, że najbardziej w życiu żałował niepodjęcia współpracy z Kubrickiem. Nic więc dziwnego, że znaleźli się tacy, którzy twierdzą, że Echoes z wydanej w 1971 roku płyty Meddle jest nieoficjalną scieżką dźwiękową do końcówki wspomnianego filmu. Czy mają rację? Nie wiadomo. Nie da się jednak zaprzeczyć, że w tym przypadku muzyka i film doskonale do siebie pasują, żeby nie powiedzieć, że się dopełniają.

Tym oto pokrętnym sposobem doszliśmy do dzisiejszego oldskulu:

Pink Floyd – Echoes

Written by bebuk

poniedziałek, 25.04.2011 at 13:18

Napisane w 70s

Tagged with , , , ,

Szkocji ciąg dalszy

leave a comment »

The Proclaimers. Dwóch braci ze Szkocji po epizodach punkowych założyło ten zespół w roku 1983. Bracia są nie byle jacy, bo to bliźniacy (osobliwe słowo) identyczni, a zdarza się to tylko w 3 przypadkach na 1000. Mamy już na blogu jednego zawodnika w reprezentacji Szkocji, dzisiaj dorzucamy mu kolegów o bardzo nerdowo–geekowym wyglądzie i nie mniej szkockim akcencie.

Prezentowany kawałek to na pewno największy ich przebój, daleko w tyle jest Letter From America (wyprodukowana notabene przez Gerryego Raffertyego, który niedawno obchodził urodziny), ale to wg mnie nie ta liga. Tylko I’m Gonna Be (500 Miles) załapało się na inne chartlisty niż UK. Zresztą nawet nie biorąc pod uwagę chartów to kawałek da się znaleźć w popkulturze, chociażby w Family Guy albo How I Met Your Mother. A na dodatek na piłkarskim stadionie narodowym Hampden Park często słychać ten kawałek.

The Proclaimers — I’m Gonna Be (500 Miles)

Written by msq

sobota, 23.04.2011 at 16:24

Napisane w 80s

Tagged with , , , , ,

Czy się znów spotkamy?

leave a comment »

Wiecznie coś nie tak z moimi wpisami, a to za mało ciekawostek, a to egzegeza tekstu wątpliwa, o komentarzu do warstwy muzycznej lepiej nie mówić. Zachodzi uzasadnione podejrzenie, iż treść rozważań ma się nijak do zaprezentowanej piosenki, zresztą proszę się przekonać…

Zapowiada, że to będzie jego ostatnia trasa koncertowa, prezentuje podczas niej w całości album, który jest jego dzieckiem od początku do końca, a rolę akuszera jego narodzin wykonywał tak gorliwie, że rozbił jeden z najbardziej wpływowych zespołów muzycznych w historii. Człowiek z wizją ale zarazem despota pozbawiony nieraz samokrytycyzmu, megaloman serwujący czasem patos w porcjach nieprzyswajalnych przez zdrowy organizm, słowem – Roger Waters.

Piszący te słowa repozytor był na koncercie trasy upamiętniającej wydanie trzydzieści lat temu płyty The Wall i zaświadczy, że spektaklu o takim rozmachu i precyzji wykonania, zarówno pod względem muzyki jak i efektów specjalnych, ten kraj jeszcze nie widział. I może długo nie zobaczy, skoro tacy jak Roger Waters schodzą powoli ze sceny…

Cofnijmy się jednak kilkadziesiąt lat wcześniej, gdy przyszły lider Pink Floyd był jeszcze chłopcem, któremu jak wielu innym Brytyjczykom otuchy w trudnych wojennych czasach dodawała piosenkarka, będąca wówczas gwiazdą pierwszej wielkości. Jej piosenka, którą znajdziecie poniżej, dziś trochę zapomniana, to prawdziwa perła wśród licznych utworów opisujących  drugiej wojny światowej. A okruch tej perły przemycił trzydzieści lat temu człowiek, który odwiedził w tym tygodniu Polskę. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy.

Vera Lynn – We’ll Meet Again

Written by bzofik

środa, 20.04.2011 at 21:19

Napisane w 30s

Tagged with , , , ,

Żyć szybko, umrzeć staro*

leave a comment »

Są ludzie, których nie da się nie lubić. Lata w show biznesie, rzeki alkoholu, ścieżek więcej niż w parku, lekko odpychający wygląd i rozpoznawalność, której nie powstydziłby się żaden celebryta na świecie. I nie mówimy tu o Charliem Sheenie, ćpaniu tygrysiej krwi i Charliego Sheena. Jedynym powodem, dla którego tygrysy oddają krew, są pieniądze, które mogą szybko wydać na działeczkę Lemmiego Kilmistera.

Właściwie każde zdanie o 65-letnim muzyku zaczyna się od słowa podobno. Podobno jego krew mogłaby być używana w strzykawkach w celach śmierci, podobno od 30 roku życia pije butelkę Jacka Danielsa dziennie, podobno próbował każdego narkotyku, którego nie trzeba sobie wstrzykiwać, podobno przez jego alkowę (jak i kuchnię, schody, kort tenisowy, piwnicę i wszystkie pozostałe pomieszczenia) przewinęło się ponad 1.500 białogłów.

Do tego dochodzi specyficzny wygląd Lemmiego: bokowąsy, kowbojskie kapelusze, dwie potężne brodawki na twarzy i nienaturalnie wysoko umieszczony mikrofon. Nie da się też odmówić mu dystansu do samego siebie.

Do tego dochodzi muzyka. Jego Motörhead od 1975 roku gra dokładnie to samo, muzykę opierającą się modom, trendom ale i wszelkiej ewolucji, pozostając najbardziej rozpoznawalnym brzmieniem na świecie. Lemmy twierdzi, że za 10 lat będą grali dokładnie tak samo, tylko głośniej.

Lemmy zaczął grać na basie z musu, podobno nigdy tak naprawdę się tego porządnie nie nauczył i nadal gra jakby miał w ręce elektryka. No i ten śpiew! Wikipedia twierdzi, że jest to coś w rodzaju barytonu, ale jego maniera śpiewania sprawia, że wypada poza ramy takich klasyfikacji. Kto się zna niech sam posłucha próbki Lemmiego śpiewającego.

Nic dziwnego, że Lemmy stał się legendą, z którą współpraca jest nobilitacją dla takich tuz jak Slash, Dave Grohl (lekko NSFW) czy Ozzy Osbourne, któremu Lemmy pisał piosenki na świetny No More Tears. W geekowsko-metalowych kręgach (bardzo specyficzne środowisko) istnieje nawet takie powiedzenie, że nie da się stwierdzić, kto wygrałby walkę między Lemmim a Bogiem, bo to jedna i ta sama osoba.

Dla słabych w uszach wrzucam wersję akustyczną, pozostali zaś gitary powietrzne albo klawiatury w dłoń i jedziemy.

Motörhead – Ace of Spades

*tytuł nawiązuje do filmu dokumentalnego zrobionego przez BBC. Polecam obejrzeć chociażby pierwsze 10 minut, żeby zobaczyć jak wygląda Lemmy w świetle dziennym.

Written by bebuk

poniedziałek, 18.04.2011 at 12:07

Napisane w 80s

Tagged with , , ,

Niedoceniana królowa

with one comment

Ze zdziwieniem zauważyłem, że nie wrzuciliśmy tutaj jeszcze ani jednego kawałka Queen. Możnaby co prawda próbować się bronić wpisem bebuka o Freddiem, ale solowy Mercury to coś zupełnie innego niż Królowa. Bez burzy włosów oraz gitary Briana Maya (kolejność zamierzona), perkusji Rogera Taylora i basu Johna Deacona dostajemy przecież całkiem odmienną muzykę, jedynym punktem wspólnym pozostaje rewelacyjny wokal. Żeby nie było — lubię Freddiego solo, natomiast nie da się ukryć, że prawdziwy fame to był Queen.

Zastanawiając się jaki kawałek wrzucić zdałem sobie sprawę, że w gruncie rzeczy mogę wybrać na chybił–trafił jeden z listy top20 last.fm i na pewno będzie znało go 99% osób. No powiedzcie, kto może poszczycić się takim osiągnięciem?! Ilość przebojów jaką wyprodukował ten zespół jest powalająca. Co więcej, top 20 wcale nie zamyka listy tych najbardziej znanych, weźmy takie miejsce 44. i You Don’t Fool Me — kawałek znany każdemu a tak daleko, wcześniej muszą być w takim razie jeszcze lepsze…

Padło więc na mocno niedoceniane wg mnie Innuendo. Utwór długi, dłuższy niż Bohemian Rhapsody (gugle twierdzą, że jest to 11. najdłuższy ich utwór), otwiera rewelacyjny album o tym samym tytule. Wikipedia twierdzi, że motyw przewodni ma w sobie coś z Bolero i ma całkowitą rację, ta doniosła, płynąca powoli muzyka i perkusja rzeczywiście przywodzą na myśl piętnastominutowe arcydzieło Ravela. Mamy więc niepokojący klimat, potem spokojny fragment, który nagle przechodzi w wesołą gitarę „hiszpańską”, mocne solo na gitarze i znowu przejście w dostojny, potężny motyw „bolero”. Cudnie!

Album potem przechodzi do świetnego I’m Going Slightly Mad, który potęguje niepokojącą atmosferę. To trzeci mój ulubiony kawałek z tej płyty. Drugim jest kultowy The Show Must Go Onostatni utwór na ostatnim wspólnym i doprowadzonym od początku do końca albumie Freddiego i Queen. Niech show trwa!

Innuendo — Queen

Written by msq

piątek, 15.04.2011 at 21:19

Napisane w 90s

Tagged with , , , ,

%d blogerów lubi to: