Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Posts Tagged ‘supergroup

And then there were three…

leave a comment »

Zaryzykowałbym stwierdzenie, że naturalną właściwością każdej wczesnej młodości istoty o poziomie samoświadomości nieco przekraczającej leminga jest skłonność do ortodoksji. Niektórym to pewnie zostaje na dłużej, ale to w wieku, nie bójmy się tego słowa, cielęcym ludzkość obrasta w długie pióra, w pocie czoła przyszywa do plecaków kawałki filcu z nazwami zespołów, farbuje irokezy, cierpliwie pastuje glany itp. W każdym razie takie były czasy mojej młodości; teraz w pierwszy dzień wiosny można (o tempora!) spokojnie przemierzać ulice mojego rodzinnego miasta, podczas, gdy jeszcze 15 lat temu stanowiłoby to podstawę odmowy wypłacenia sumy ubezpieczenia na życie, bo takie (tyle radosne co kretyńskie) przedsięwzięcie było róznoznacze z podpaleniem stodoły albo samospaleniem. Ten dzień był bowiem poświęcony regularnej wojnie punkowców ze skinheadami (nikt o dresach jeszcze nie słyszał), którzy spotykali się w połowie drogi między osiedlami i tam sprawdzali kto ma większą rację.

To se chiba ne vrati: nasza stanowczość i czarno-białe postrzeganie świata przepadło. O ile wtedy gótów byłem przypisywać wszystkim nie-fanom rocka psychodelicznego poziom intelektualny gdzieś w okolicy pierwotniaka, teraz (być może zmęczenie materiału) sam częściej wrzucam kawałki lekkie, łatwe i przyjemne, a nie symfoniczne opera magna w stylu Ummagummy. I cóż: kiedyś istnieli dla mnie tylko Genesis z Peterem Gabrielem przebierającym się za (TW) stokrotkę, potem następowały w moim przekonaniu wieki ciemne, szczęśliwie przezwyciężone przez Calling all stations ze wspaniałym Wilsonem (miałem kasetkę od Bzofa!). Nic dziwnego: nie dość, że nie cierpiałem tego małego, skrzeczącego jak nadmuchana przez tyłek żaba Collinsa (pamiętacię żenadę pt. Dance into the light?), to jeszcze nuty brzmiały niemal jak Bee Gees, nie uwłaczając. Wartość ludyczna jest jednak tych motywów wielka, a przymrużenie oka, z jakim na siebie spoglądają dramatis personae, hmm, powala.

Rzućmy zresztą okiem na ten klip z gigantycznymi marynarkami z wielkimi poduchami na ramionach (czyj, że tak powiem, stary takiej nie miał? zwykle seledynową), wzwodem na widok kamery vhs wielkości polaroida, fryzurą typu ‚krótko (coraz krócej) z przodu, długo z tyłu’, szczęśliwie bez wąsów, dominacją klawiszy, przydługimi płaszczami (czyja, że tak powiem, stara takiego nie miała?), zabawą przed kamerą ze śpiewem do pałek wielkich jak dwanaście paluszków Lajkonik i jazda na rowerze w kółko (chyba Gabrielowi się ten motyw spodobał). A kto dotrwa do końca zostanie nagrodzony falsetem a’la wspomniani bracia Gibb.

Genesis, Invisible touch

 

Written by 1obo

czwartek, 31.05.2012 at 22:43

Napisane w 80s

Tagged with , , ,

Dzień Podmiotu Lirycznego

leave a comment »

Zamiast być może oczekiwanej przez damską część audy- i wideotorium (która, daj Boże <jeżeli jesteś>, istnieje) pocztówki dźwiękowej mającej postać rajstop i goździka w celofanie (czy, jak żądał jeden w kwiecie wieku będący klient lata temu w jednej z kwiaciarni mojego rodzinnego miasteczka – „w cefalonie”), będzie pocztówka mało oczywista, za to lekko prowokacyjna.

Skoro bowiem żyjemy w czasach wszechobecnego uniseksu i stopniowego mieszania się płci tradycyjnych, powstawania nowych, a nawet tworzenia zaskakujących kombinacji uwarunkowanych sytuacyjnie, nie zdziwi nas to, co w latach 80. jeszcze stanowiło motor napędowy i cechę wyróżniającą jednej za najpopularniejszych popowych grup hiszpańskich. Mowa o Mecano, działającym w latach 1981-1992 (i reaktywowanym na krótką akcję bojową w 1998) bandzie w składzie: Ana Torroja + bracia Nacho i José María Cano, brzmiących perwersyjnie świeżo w postfrankistowkiej Hiszpanii nie tylko dlatego, że jak parę innych grup z madryckich Nuevos Ministerios udatnie eksperymentowali z synthpopowym i new-romantic-stylem, ale w takim liberalnie brzmiącym opakowaniu wyśpiewywali ustami wokalistki teksty pisane z perspektywy macho (offtop: ileż radości sprawiła mi opowieść kumpla, który musiał kiedyś skorzystać z hiszpańskiej służby zdrowia; wypełniając formularz zgłoszenia jednostki chorobowej w miejscu przeznaczonym na wskazanie płci [M-acho, H-embra] wpisał H, będąc przekonanym, że opcje brzmią [M-ujer, H-ombre] i był wielce zdziwiony, kiedy do wypróżnienia się przyniesiono mu do sali przyrząd wysoce nieodpowiedni).

Polecam szczerze całą dyskografię, bo jest bardzo dobrym dokumentem zmian klimatycznych lat 80. Od utworu o wrażeniach z narkotycznej podróży po własnym mieszkaniu (1981 – ledwo trzy miesiące po Just can’t get enough Depeszów!) i lekko punkowej lekcji makijażu (obie z debiutanckiej płyty z 1982), przez popindustrialny (nie: industrialowy :P) kawałek o monotonii życia japońskiego ludku (1984; komu pobrzmiewają tu nuty genesisowego Land of confusion czy Home by the sea? ) aż po naszą dzisiejszą bohaterkę, której przedstawiać nie trzeba, bo w 1999 roku była 20 tygodni na LP3. Nie jest to najlepsza piosenka Mecano, ale nieczęsto zdarzają się nam top-hit-popowe walczyki w metrum na ‚raz-dwa-trzy’, dlatego z czystym sumieniem MC 1obo zaprasza do pląsu, na zasadzie kultowego ‚łączmy się w pary, kochajmy się’.

Mecano, Hijo de la luna

Written by 1obo

czwartek, 8.03.2012 at 22:56

Napisane w 80s

Tagged with , , , ,

Gdzie gitarzystów pięciu …

3 komentarze

Jak wiedzą ci, co nas regularnie czytają, lubujemy się we wszelkiego rodzaju współpracach, kolaboracjach, supergrupach czy też bardziej młodzieżowo featuringach (niechaj Cię, czytelniku, transjęzykowa pokraczność tego słowa nie zwiedzie na manowce wątpienia w jego istnienie i odmienność; sam autor słyszał 14-latki rozmawiające na temat tego kto „ficzeorwał” na płycie Rihanny). Bo i czemu nie lubić takich współpracy? Nie dość, że jakby to powiedział pewien specjalista od dwuznacznych porzekadeł, co dwie głowy to nie jedna, to jeszcze tego rodzaju projekty pozwalają nieraz odetchnąć twórcom od ich głównych zespołów, od koncertów, kontraktów i spraw sądowych z wytwórniami, od wybujałych oczekiwań fanów i roztrząsania teorii, czy zespół nadal istnieje, czy też po wydaniu pierwszej płyty odszedł do krainy wiecznej „komerchy”. Zamiast całego tego zgiełku, można po prostu wyjechać samochodem z garażu, obić ściany pudełkami po jajkach i jedziemy. Jak będzie dobre to wydamy, jak nie to pewnie wydadzą po naszej śmierci.

Czy istnieje najbardziej supergrupowa z supergrup? Pewnie nie, ale każdy może mieć swojego faworyta i prawo do obstawania przy nim, mimo argumentacji, zarówno werbalnej jak i fizycznej. Dziś zerkniemy na najbardziej personalnie wypasioną grupę w historii muzyki, The Traveling Wilburys, zresztą sami zobaczcie.

To co, może od prawej zaczniemy? Roy Orbison, legenda Memphis, autor między innymi Oh, Pretty Woman, Only the Lonely, oryginalnych I Drove All Night i Love Hurts. Po lewej od niego stoi George Harrison, kiedyś gitarzysta takiego jednego zespołu. The Beatles się nazywali, czy jakoś tak. Słyszał ktoś może? Obok niego, Tom Petty, kolejna gwiazda amerykańskiej muzyki, z płytą na Alei Gwiazd i przebojami typu Free Falling i Learning to Fly na koncie. Dalej Jeff Lynne, lider Electric Light Orchestra i jeden z pięciu najlepszych producentów muzycznych w historii. A na koniec Bob Dylan. Po prostu Bob Dylan.

Historia powstania zespołu brzmi niemalże jak legenda miejska. Orbison, Lynne i Harrison przy lunchu postanowili nagrać piosenkę na drugą stronę singla tego ostatniego, więc zebrali się w prywatnym studio nagraniowym Dylana w Malibu. A Petty? Harrison musiał skoczyć do niego po gitarę, którą wcześniej tam zostawił, a Petty chyba nie miał nic do roboty, więc postanowił wkręcić się na imprezę u Dylana. A nazwa? Wyraz Wilbury jest wewnętrznym dowcipem i oznacza błąd, sprzętowej czy też ludzkiej natury, o których Lynne mawiał ‚We’ll bury ’em in the mix’.

Oldskulem miała być dzisiaj piosenka Handle with Care, ale w związku ze śmiercią Gariego Moore’a bardziej odpowiedni będzie inny kawałek. Teledysk do End of the Line miał być nagrywany po koniec 1988 roku. Niestety 6 grudnia na zawał serca zmarł Roy Orbison. Panowie postanowili nie rezygnować z nagrania i dzień po pogrzebie stworzyli teledysk, wykorzystując tę okazję do złożenia hołdu przyjacielowi. Oby Moore też doczekał się podobnych hołdów.

The Traveling Wilburys – End of the Line

Written by bebuk

poniedziałek, 7.02.2011 at 19:09

Napisane w 80s

Tagged with , , , , ,

Dorzuć do pieca!

with one comment

Drodzy miłośnicy oldskulu, z czym kojarzy się wam Eric Clapton? Taki siwiejący starszy pan, który plumka na gitarze akustycznej smutne piosenki-pomyślało być może kilka osób. Pozory jednak mylą i radzę się nie dać im zwieść. Clapton wygląda dziś może statecznie, ale to ten sam człowiek, który zrewolucjonizował grę na gitarze, odbił żonę Georga Harrisona i skonsumował więcej heroiny i alkoholu niż tuzin obecnych „niegrzecznych muzyków”. Chcę się dziś cofnąć do czasów gdy objawił się on jako geniusz gitary i z supergrupą Cream podbijał listy przebojów. Cream to jednak nie tylko Clapton, to także basista i wspaniały kompozytor Jack Bruce oraz zbaczający w swej grze ku jazzowi perkusista Ginger Baker. Czasy wówczas były gorące, pełne inspiracji i nowych zjawisk. Na firmamencie jaśnieli przecież jeszcze The Beatles, ale już pojawiały się fenomeny takie jak Janis Joplin i Jimi Hendrix (ten drugi zresztą lubił sobie pograć utwory Cream).

W taki zimny poranek jak dziś trzeba dorzucić do pieca, a któż zrobi to lepiej niż posiadacz sporej kolekcji „wioseł”. Pamiętajcie, prawdziwy Clapton to nie zmęczony pan z MTV Unplugged i katowane w radiach Tears in Heaven oraz akustyczna Layla. To rockman z krwi i kości, zakochany w bluesie demon gitary elektrycznej. Przed Państwem Cream-Sunshine of Your Love.

Written by bzofik

niedziela, 21.11.2010 at 12:17

Napisane w 60s

Tagged with , , , ,

Wal w ten gong

leave a comment »

Dzisiaj będzie o zespole Power Station. I wcale nie chodzi tutaj o tajwańskich muzyków, którzy z jakichś niewyjaśnionych przyczyn postanowili coverować w ichniejszym języku Budkę Suflera (swoją drogą, czy musieli wybrać akurat najgorszy kawałek Budki?). Oldskulowy Power Station był supergrupą, której początki brzmią, prawdę mówiąc, jak miejska legenda. W połowie lat 80-tych Duran Duran postanowili zrobić sobie przerwę i tak z części muzyków powstał zespół Arcadia, stanowiący kontynuację new romanticowych zapędów DD. John oraz Andy Taylorowie, gitarzysta i basista, postanowili oddać się nieco mocniejszemu rodzajowi muzyki. Pewnego razu zebrali się z kilkoma przyjaciółmi, żeby pomóc modelce, aspirującej piosenkarce, groupie i matce pewnej elfki, Bebe Buell, nagrać cover piosenki T-Rexa. Możliwości wokalne celebrytki nie były najlepsze, za to muzycznie musiała to być rzeczywiście porządna muzyka, bo nagraniem wokali zainteresował się sam Robert Palmer. Panowie dokooptowali bębniarza funk-discowego Chic, a później niedoszłego perkusistę Led Zeppelin, Toniego Thompsona, i tak powstał Power Station.
Najsłynniejszym utworem Power Station jest wspomniana wcześniej piosenka T-Rexa – Get It On.

Dla zainteresowanych zostawiam jeszcze oryginał T-Rexa, wersję ultra-disco 9000 zespołu Witchcraft i wersję Ministry, która jest … no po prostu wersją Ministry.

Written by bebuk

środa, 20.10.2010 at 16:59

Kupą mości panowie!

leave a comment »

Zjawisko formowania się tzw. supergrup w świecie muzyki popularnej ma o wiele dłuższą historię niż wielu z nas myśli. Zanim pojawiły się takie projekty jak A Perfect Circle, Audioslave czy Them Crooked Vultures szlaki twórczego współdziałania przecierali inni muzycy. Wspomnieć tu warto chociażby Cream, Emerson Lake & Palmer i wykonawców prezentowanego poniżej utworu – Asia. Zespół ten zasiliła grupa weteranów spod znaku rocka progresywnego: Geoff Downes (Yes), John Wetton (King Crimson), Carl Palmer (Emerson Lake & Palmer) i Steve Howe (Yes), których w toku działalności wspierali inni doskonali muzycy. Zespół wydał kilka bardzo udanych płyt, kilkakrotnie rozpadał się i formowała na nowo, zaś jego burzliwą historię wieńczy dziś sytuacja w której reaktywowały się aż dwa zespoły posługujące się nazwą Asia…

Pozostaje tylko życzyć sobie, żeby współcześni wykonawcy potrafili tworzyć tak genialne w swojej prostocie kompozycje. Czasem mniej znaczy więcej.

A o tym, że piosenka ta wciąż porusz ludzi na całym świecie przekonuje nas pewien mały chłopiec z Kolorado.

Written by bzofik

niedziela, 29.08.2010 at 11:36

Napisane w 80s

Tagged with ,

%d blogerów lubi to: