Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Archive for Marzec 2012

Poeci i złodzieje

leave a comment »

Gdzieś na początku czasów licealnych wpadła w moje ręce czarna kaseta. Właścicielem owego nośnika magnetycznego był starszy kolega i nie jest to drogie dzieci jakieś pieszczotliwe określenie na last.fma, ale prawdziwy człowiek, z krwi i kości. Na okładce kasety znajdował się dziwny znak, który oczywiście zaalarmował moją rodzicielkę zbałamuconą przez Ryszarda Nowaka i paranoję sekt lat 90-tych (pamięta to ktoś jeszcze?). Mowa tu oczywiście o zespole Ankh i ich debiutanckiej płycie wydanej przez firmę Mega-Czad.

Na krążku tym znajdowała się piosenka Bez imienia oparta na wierszu o tym samym tytule Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. W moim nastoletnim umyśle zakiełkowała myśl, że poezja śpiewana może jednak nie jest taka zła. Niestety, o ile poezja jako taka dostarcza znakomitego materiału tekstowego, to, poza rzadkimi wyjątkami, przyszło mi toczyć bój z bieszczadzkimi aniołami i osobami pokroju Jacka Wójcickiego. De gustibus i tak dalej…

W 2003 zespół Akurat postanowił wyrwać poezję z czułych objęć piosenki studenckiej i przenieść ją na popularny grunt studenckiego reggae. Wiersz Juliana Tuwima Do prostego człowieka opatrzono bujającym rytmem i wysłano w świat na płycie Prowincja, a jakaś świeżo upieczona pani magister polonistyki z gustem muzycznym wypieczonym w ogniu akademikowych imprez (czytaj: gustem jak ksywka pewnego bohatera filmu Kiler) zakwiliły z radości, w nadziei, że oto znajdą płaszczyznę porozumienia z młodzieżą. Z własnych doświadczeń wnioskuję, że sukces nie odniosły.

I wszystko byłoby po staremu, ktoś z wiersza zrobił piosenkę, do której stosunek mój można streścić wzruszeniem ramion, gdyby nie to, że muzykę też pozwolili sobie pożyczyć! Tak drodzy państwo, polskie współczesne reggae, gdy nie namawia do ogrodnictwa, bierze tekst z jednego źródła, nutę z drugiego, a ludzie zachwycają się hitem. Przyznać trzeba, że nie tylko Polacy gęsi i swojej nuty nie mają.

Na odtrutkę oryginalna nuta: The Clash – Guns of Brixton

Written by bebuk

czwartek, 29.03.2012 at 20:43

Napisane w 70s, 80s, Brak kategorii

Tagged with , ,

Hity kanadyjskie: „Let’s Go To The Mall”

leave a comment »

Kto oglądał (kto nie oglądał?!) South Park ten wie, że Kanada i jej mieszkańcy są często obśmiewani. Z jakiego powodu: nie wiem. Może to strzał na chybił–trafił, a może kawały o Kanadyjczykach to odpowiednik naszych stereotypowych, najczęsciej kiepskich, „o ruskach”. SP zresztą nie jest wcale jedyny, fani How I Met Your Mother? na pewno pamiętają Robin Scherbatsky i jej bubble-gum-hit Let’s Go To The Mall — narodowość Robin była kilkukrotnie podkreślana w serialu (nota bene aktorka odtwarzająca rolę Robin, Cobie Smulders, urodziła się w Vancouver).

Przykłady pewnie można mnożyć, oczywistym jest, że to tylko stereotypy nie mające nic wspólnego z rzeczywistością, a strajkująca Kanada na pewno narobiłaby trochę zamieszania na Ziemi: nie byłoby Alanis Morissette i „Ironic”, zabrakłoby świetnych coverów Michaela Bublé. Nie usłyszelibyśmy też Celine Dion w Titanicu (najbardziej kasowym po Avatarze filmie w historii — a różnica między nimi to 12 lat!). Co prawda nie musielibyśmy również cierpieć przy Justinie Bieberze ani wiedzieć o istnieniu Nicklebag, ale nie ma rzeczy idealnych… Z Kanady wywodzi się również mniej znany zespół Delerium. Założony jako sideproject Front Line Assembly (niszowy, ale w swej niszy bardzo znany) nagrał w latach 90. kawałek w kolaboracji z niejaką Sarą McLachlan. Utwór nazywa się „Silence” i jest porcją naprawdę pięknej, spokojnej muzyki; nastrojowy, z rewelacyjnym wokalem kanadyjki bierze troszkę z ambientu, można w nim usłyszeć fragmenty chorału gregoriańskiego.

Delerium feat. Sarah McLachlan — Silence

Written by msq

poniedziałek, 26.03.2012 at 19:19

Napisane w 90s

Tagged with , , , ,

Hall (of Fame) i ten drugi

leave a comment »

To naprawdę zaskakujące, że w świecie, w którym algorytm tworzenia hitów wszech czasów został już opisany, nazwany i wyśmiany, ciągle odnaleźć można perełki, które są zbudowane na pomyśle nieco innymi niż kanon Pachelbela i da capo al fine, chociaż biorą pełnymi garściami z tego, co niezaprzeczalnie oldskulowe. O saksofonie w muzyce pisał już bbq (barbecue?), o facetach z wąsem: msq, naprawdopodobniej o kombinacji tyh dwóch pisał bzq, chociaż aktualnie nie mogę niczego znaleźć.  ;) W każdym razie wszystko to prawda; algorytm podlega tylko pewnemu uzupełnieniu, jak girlsband czy boysband dla WASP-ów, w którym każdy odnajdzie coś dla siebie. Brunetki, blondynki… ;)

Do czego zmierzam; w naszym zestawieniu brakuje ciągle kultowego, w Zjednoczonych Stanach Ameryki zwłaszcza, duetu składającego się ze śpiewającego Davida Hasselhoffa i pogrywającego na gitarze Davida Hasselhoffa II a’la Borat. Nasi dzisiejsi goście (gospodarze?) spełniają te warunki znakomicie, i to w zasadzie wystarczyłoby już za reklamę niezłej jazdy. Ale kiedy jeszcze dodamy do tego saksofon, groove taki, że od pięt po kolana mrowienie wprawia w turbulencje wszystkie kości i stawy, wszystko staje się jasne.

Hall i Oates w Polsce traktowani są trochę, zdaje sie, jak THW; przecież poza dzisiejszą bohaterką każda polska chlebogryzarka jest w stanie zanucić inny kawałek, który zresztą naprawdę udatnie skawerował Paul Young (poczytywany chyba za jego autora). Dzisiaj jednak chodzi o piosenkę numer 1, która nie ma nic wspólnego z Nelly Furtado, ale można to wybaczyć, bo i bez niej jest smakowita.

Daryl Hall & John Oates, Maneater

Written by 1obo

czwartek, 22.03.2012 at 23:59

Napisane w 80s

Tagged with , ,

Bratrstvo Vlkodlaka

leave a comment »

Gotyk jako gatunek muzyczny ma raczej ciężkie życie. Image fanów jest często kontrowersyjny, szczególnie na różnego rodzaju zlotach i spotkaniach. Weźmy taki Bolków, gdzie rokrocznie spotykają się fajni tego gatunku na festiwalu Castle Party i delektują się naprawdę dobrym line-upem przez kilka dni. Chociaż samo miasto jest im bardzo wdzięczne, bo przez większą część roku nic tam się nie dzieje a festiwal jest doskonałą promocją (to jedna z największych tego typu imprez w Europie), to jednak nie przebija się to do szerszej świadomości. Środowisko jest bardzo hermetyczne i w dużej części chce takim zostać, żeby poczuć się troszkę elitarniej :-) Castle Party jest po części festiwalem mody, której w innych sytuacjach fajni nie mogą zaprezentować, bo jest zbyt szokująca. Trzeba z drugiej strony docenić siłę tej subkultury, która właśnie w tym leży: integracji.

U wielu raczej politowanie niż zachwyt wzbudzają teksty o wampirach, czarownicach, wilkołakach i tym podobnych motywach ze znanych kawałków. Podchodząc jednak do tego z pewną rezerwą można naprawdę nieźle wczuć się w ten klimat. Ja miałem tak dawno temu, kiedy poznałem południowo–zachodnich sąsiadów: XIII. Století. Każdy Polak wie, jak brzmi język czeski. Jest po prostu śmieszny (w pozytywnym sensie; podobno Czesi mają to samo z naszym ojczystym językiem). Wrzućmy go teraz do utworu i mamy jeszcze więcej śmiechu. A teraz dodajmy, że utwór jest z gatunku gothic rock. Przesada? To właśnie XIII. Století a mimo wszystko bardzo lubię wracać do ich utworów.

Można uważać, że gothic (i wszelkie odmiany z rockiem na czele) jest dziwny, ale sądzę, że ma w sobie coś intrygującego. Na dowód kawałek kultowy z tego gatunku: Bela Lugosi’s Dead. Oryginalnie nagrany przez prekursorów, zespół Bauhaus, coverowany z powodzeniem przez wiele, wiele zespołów, jak choćby przez wspomnianych Czechów czy nawet Trenta Reznora.

Bauhaus — Bela Lugosi’s Dead

Written by msq

poniedziałek, 12.03.2012 at 21:38

Napisane w 70s

Tagged with , , , , ,

Dzień Podmiotu Lirycznego

leave a comment »

Zamiast być może oczekiwanej przez damską część audy- i wideotorium (która, daj Boże <jeżeli jesteś>, istnieje) pocztówki dźwiękowej mającej postać rajstop i goździka w celofanie (czy, jak żądał jeden w kwiecie wieku będący klient lata temu w jednej z kwiaciarni mojego rodzinnego miasteczka – „w cefalonie”), będzie pocztówka mało oczywista, za to lekko prowokacyjna.

Skoro bowiem żyjemy w czasach wszechobecnego uniseksu i stopniowego mieszania się płci tradycyjnych, powstawania nowych, a nawet tworzenia zaskakujących kombinacji uwarunkowanych sytuacyjnie, nie zdziwi nas to, co w latach 80. jeszcze stanowiło motor napędowy i cechę wyróżniającą jednej za najpopularniejszych popowych grup hiszpańskich. Mowa o Mecano, działającym w latach 1981-1992 (i reaktywowanym na krótką akcję bojową w 1998) bandzie w składzie: Ana Torroja + bracia Nacho i José María Cano, brzmiących perwersyjnie świeżo w postfrankistowkiej Hiszpanii nie tylko dlatego, że jak parę innych grup z madryckich Nuevos Ministerios udatnie eksperymentowali z synthpopowym i new-romantic-stylem, ale w takim liberalnie brzmiącym opakowaniu wyśpiewywali ustami wokalistki teksty pisane z perspektywy macho (offtop: ileż radości sprawiła mi opowieść kumpla, który musiał kiedyś skorzystać z hiszpańskiej służby zdrowia; wypełniając formularz zgłoszenia jednostki chorobowej w miejscu przeznaczonym na wskazanie płci [M-acho, H-embra] wpisał H, będąc przekonanym, że opcje brzmią [M-ujer, H-ombre] i był wielce zdziwiony, kiedy do wypróżnienia się przyniesiono mu do sali przyrząd wysoce nieodpowiedni).

Polecam szczerze całą dyskografię, bo jest bardzo dobrym dokumentem zmian klimatycznych lat 80. Od utworu o wrażeniach z narkotycznej podróży po własnym mieszkaniu (1981 – ledwo trzy miesiące po Just can’t get enough Depeszów!) i lekko punkowej lekcji makijażu (obie z debiutanckiej płyty z 1982), przez popindustrialny (nie: industrialowy :P) kawałek o monotonii życia japońskiego ludku (1984; komu pobrzmiewają tu nuty genesisowego Land of confusion czy Home by the sea? ) aż po naszą dzisiejszą bohaterkę, której przedstawiać nie trzeba, bo w 1999 roku była 20 tygodni na LP3. Nie jest to najlepsza piosenka Mecano, ale nieczęsto zdarzają się nam top-hit-popowe walczyki w metrum na ‚raz-dwa-trzy’, dlatego z czystym sumieniem MC 1obo zaprasza do pląsu, na zasadzie kultowego ‚łączmy się w pary, kochajmy się’.

Mecano, Hijo de la luna

Written by 1obo

czwartek, 8.03.2012 at 22:56

Napisane w 80s

Tagged with , , , ,

Muzyczna próżnia

leave a comment »

Ignorancja to siła pisał jeden z nas tydzień temu i jeśli zawierzyć jego słowom to mocarzem jestem i nic tylko zakupić sobie dziewczynę na asystentkę/nałożnicę i rozpocząć karierę jeżdżąc po Półwyspie Apenińskim i rwąc łańcuchy ku uciesze gawiedzi.

Parę dni temu usłyszałem jak pewne bliskie mi dziewczę podśpiewywało sobie coś, płynnie przechodząc z angielskiego na polski. Okazało się, że śliczne uszko jej usłyszało, i to już dosyć dawno, o czym dała znać głośnym naprawdę o tym nie wiedziałeś? W jakiej próżni muzycznej cię trzymano za młodu?, niezwykłe podobieństwo między pewnym bardzo znanym kawałkiem po polsku a drugim, jeszcze bardziej znanym, po angielsku. Szybka wizyta na wikipedii pokazała, że to nawet nie sprawa z gatunku tych do rozpatrzenia przez sąd (a takie już bywały na naszym skromnym blogu) ale po prostu cover z tłumaczeniem, które na skali piękne-wierne wybrało urodę.

Co więcej, o ile angielska wikipedia nie jest najlepszym źródłem wiedzy o polskiej muzyce, o tyle ciekawym jest, że datuje początki polskiej muzyki reggae na rok 1974, kiedy to właśnie pojawiła się polska wersja naszego dzisiejszego kawałka. Trzeba przyznać jednak, że ani oryginał ani jego polska siostra z popularnym gatunkiem studenckim wiele wspólnego nie mają i można by porównać powyższe stwierdzenie do tezy, że pierwszy polskim żelazkiem było wiadro. Tak czy inaczej, dzieląc się tym odkryciem mam nadzieję, że gdzieś znajdzie się choć jedna osoba, dla której, czy to z winy wychowania w muzycznej próżni, czy też ze względu na jakiś dziwnym splot okoliczności, poniższe zestawienie będzie czymś nowym. Obawiam się jednak, że reakcją będzie okrzyk STARE, przewracanie oczami i inwektywy pod kierunkiem piszącego te słowa. Darujcie.

Bill Withers – Ain’t no Sunshine

Budka Suflera – Sen o dolinie

Written by bebuk

czwartek, 1.03.2012 at 22:09

Napisane w 70s

Tagged with , , , ,

%d blogerów lubi to: