Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Posts Tagged ‘fortepian

Marność nad marnościami

leave a comment »

Podobno gdy był już bardzo zmęczony byciem Eltonem Johnem i niesieniem na swoich barkach ciężaru oczekiwań fanów, krytyków i kolorowej prasy zdobył się na niespodziewane wyznanie wobec dziennikarza z dalekiego kraju. Powiedział, że gdy leciał pewnego razu na pokładzie swego odrzutowca nad Alpami, jego wzrok przykuła biel lśniącej setki metrów poniżej czapy śniegu, okrywającej jeden ze szczytów górskich. Ze smutkiem pomyślał, że tyle mniej więcej musiał dotychczas w trakcie swojej kariery zażyć kokainy…

Opowieść – smutna, surrealistyczna, tragikomiczna, megalomańska, w każdym razie przeze mnie zapożyczona. I bez morału.

Znów może być to pewne zaskoczenie dla tych, którzy zamknęli Eltona Johna w szufladce przeznaczonej dla twórców rzewnych piosenek o świecach na wietrze. Swoimi wyczynami zawstydza całe współczesne pokolenie muzyków, nie myślę tu zresztą tylko o nadmienionym wyżej hedonizmie, ale o talencie, pracowitości i pasji dla muzyki. Zachęcam do poznawania systematycznie jego dyskografii, bo oldskulu i przebojów tam co nie miara, a poza tym można obserwować jego ewolucję i dojrzewanie jako artysty.

Trudno się może identyfikować z Eltonem – przez jakiś czas właścicielem klubu piłkarskiego, wspaniałym kompozytorem i posiadaczem tytułu szlacheckiego. Ale i jemu i Tobie czytelniku, przychodzi przecież czasem jednakowa myśl do głowy – że ta cała zabawa nie sprowadza się tylko do bogactwa, doczesnych przyjemności i popularności. Musi być coś więcej ukryte w tej układance.

Elton John – Song for Guy

Reklamy

Written by bzofik

środa, 14.12.2011 at 21:29

Napisane w 70s

Tagged with , , ,

Błoto, ochlaj i jazz

leave a comment »

Chciałbym powiedzieć, że zostałem wysłany jako korespondent Repozytorium na Przystanek Woodstock. Chciałbym powiedzieć, że pokryto wszystkie moje wydatki i pozwolono mi się cieszyć swobodą nie tylko obyczajową, ale i finansową. Niestety tak nie było. Na pytanie dlaczego taki stary koń pojechał po raz pierwszy na Woodstock odpowiedź jest prosta. Miał samochód, prawko, wolne i kumpla, który potrzebował kogoś z samochodem, prawkiem i wolnym. Ot i tyle.

Wiem na pewno, że nie wszyscy czytający mieli okazję/ochotę wziąć udział w Przystanku Woodstock. Jaki więc w końcu on jest? Jest dokładnie taki jak jego uczestnicy. Jeśli czas swój postanowisz spędzić w gospodarstwie piwnym*, to może być gigantycznym ochlajem pod gołym niebem z wchodzeniem do kosza na śmieci włącznie. Jeśli wyskoczysz na miasto to porazi kontrast między postkomunistycznym małym miasteczkiem a tłumami pstrokatych najeźdźców z kolorowymi czubami na głowach zataczających po jego chodnikach**. Jeśli jesteś trochę starszy, to zastanowi cię jako to jest, że rzeczone czuby pozostają symbolem agresywnego nonkonformizmu, nawet tam gdzie noszą je prawie wszyscy. Jeśli jesteś przywiązany do higieny osobistej, to w kolejce do przenośnej komory gazowej mózg z trollową radością będzie przypominał ci wszystko co u Herlinga-Grudzińskiego przeczytałeś o czerwonce. Jeśli zaś kochasz Republikę, to skrzywisz się widząc wytatuowanego Glacę skaczącego, jak zwykli czynić przedstawiciele pewnego gatunku naczelnych, wywrzaskując słowa Białej flagi głosem ostentacyjnie pokazującym jak powinien cierpieć twardziel.

Z drugiej strony zobaczysz też ponad pół miliona osób oddających hołd Ciechowskiemu. Posłuchasz Marka Belki wchodzącego w niemoderowaną dyskusję z tłumem składającym się z jednej strony z lewaków, z drugiej z korwinowców. Weźmiesz udział w wykładzie na temat historii jazzu prezentowanym przez Krzysztofa Herdzina i przyjaciół. I zdziwi cię jak mało jest tam ludzi agresywnych***, a jak łatwo jest się zaprzyjaźnić z kimś kogo na ulicy uznałbyś za potencjalnie niebezpiecznego oszołoma.

Zostawię was repozytorzy z utworem, który właśnie przypomniał mi pan Herdzin, standardem jazzowym z elementami funky.

Herbie Hancock – Cantaloupe Island

* nazwanie tego ogródkiem byłoby jak nazwanie Jezusa świebodzińskiego statuetką
** panu nic się nie stało. Dosłownie 15 sekund później wyruszył w podróż na SOR.
*** pozdrowienia dla przesympatycznej ekipy ze Szczecina bodajże, której zachwycające śpiewy nad ranem i troska o spokojny sen sąsiadów wyrażana chóralnym Śpicie k***a? tak nas urzekły

Written by bebuk

poniedziałek, 8.08.2011 at 11:39

Napisane w 60s

Tagged with , , , ,

Muzyka zecera

leave a comment »

Dawno, dawno temu wspominaliśmy, że Rod Stewart, zanim wybił się na rynku muzyczny, pracował jako grabarz. Nie był on odosobniony w szukaniu alternatywnych form zarobku. Annie Lennox i Gwen Stefani uosabiały filmowy banał kelnerki próbującej się utrzymać w wielkim mieście, Mick Jagger sprzedawał lody i pracował jako portier w szpital psychiatrycznym, jego kolega z The Rolling Stones, Keith Richards, podawał piłki na kortach, a Ozzy, jak na Ozziego przystało, pracował w rzeźni.

Dla Andrzeja Zauchy bohatera dzisiejszego oldskula wyuczonym zawodem było zecerstwo. I to nie wszystko, trenował kajakarstwo i mógł jechać na olimpiadę w Tokio w 1964, ale zrezygnował z tego dla kariery muzycznej. I chyba nie żałował.

Podejrzewam, że jego głos może być jednym z najbardziej rozpoznawalnych dla dzieci lat 90-tych. Czemu? Bo towarzyszył nam w niedzielne wieczory gdy to zachwycaliśmy się przygodami animowanych niedźwiedziowatych skaczących po lesie na haju wywołanym bliżej niesprecyzowaną substancją psychoaktywną. Środowiska, którym flanelowe czwartki są nieobce pewnie pamiętają go także z Przybyszy z Matplanety.

Nasz bohater pracował między innymi z Anawą, Andrzejem Sikorowskim, czy Ryszardem Rynkowskim i właśnie do tego ostatniego można by porównać jego styl śpiewania, z zastrzeżeniem, że wykonywał piosenki mniej biesiadne, chociaż i jemu zdarzały się, że użyję terminologii piłkarskiej, babole.

Pan Andrzej został zastrzelony w Krakowie w 1991. Jego morderca podejrzewał go o romans z jego żoną i w akcie zazdrości zastrzelił oboje, po czym oddał się dobrowolnie w ręce policji. Z 15 lat odsiedział 14, przez ponad 10 odmawiając złożenia wniosku o zwolnieni warunkowe, bo jak sam twierdził, musiał odpokutować za swoje czyny. W tej chwili jest, kolejny dziwny zawód, script doctorem.

Panie i Panowie:

Andrzej Zaucha i Dżamble – Wymyśliłem Ciebie

Written by bebuk

poniedziałek, 2.05.2011 at 19:02

Napisane w 70s

Tagged with , , ,

Siostry spod znaku klonowego liścia

3 Komentarze

Dziś w Repozytorium Oldskulu krótka wycieczka na drugą półkulę, do krainy hokeistów oraz Kanadyjskiej Królewskiej Policji Konnej. Tak się bowiem składa, że na północ od granicy Stanów Zjednoczonych mieszkają całkiem muzykalni ludzie. Potrafią zaśpiewać i wesoło i smutno, doczekali się kilku gwiazd rozpoznawanych na całym świecie. Dziś wrócimy do odrobinę zapomnianego już zespołu Heart, który międzynarodowy sukces i rozpoznawalność zawdzięcza prezentowanej poniżej piosence. Niby nic nadzwyczajnego  – w warstwie muzycznej klasyczne lata osiemdziesiąte, ładne harmonie wokalne i tekst cokolwiek nadmiernie emocjonalny. Dla wielu te atrybuty nie są zbyt zachęcające, ale nigdy nie ukrywałem, że jestem zaprzysięgłym miłośnikiem muzyki sprzed trzech dekad. Co by nie powiedzieć, nie było wtedy tylu „hitów” będących obrazą dla rozumu, ani też wykonawcy nie zamykali się w studiu na dwa lata by sami się zagubić w gąszczu produkcji, w poszukiwaniu mitycznego „oryginalnego brzmienia”.

To co osiągnęły siostry Ann i Nancy Wilson (tak przy okazji, Wilson to bardzo „muzyczne” nazwisko, wystarczy zerknąć tu i tam)  to jak dla mnie idealna kombinacja składników na piosenkę – nie produkt i nie utwór mający zmienić świat, po prostu piosenkę. I dlatego przypominam je dziś w naszym Repozytorium.

Heart – Alone

Written by bzofik

środa, 23.03.2011 at 07:26

Żart nie wyszedł?

with one comment

Tydzień temu zaproponowaliśmy Wam piosenkę Nothing Compares 2 U w wykonaniu Sinead O’Connor. Reakcje były mieszana, od całkowicie zrozumiałego zdziwienia, że to cover, po uniesienie jakiego nie spodziewałem się po tej osobie, szczególnie, że temat do tych z kategorii życia i śmierci nie należy. Zobaczymy, czy dzisiaj też znajdą się bojownicy na rzecz oddania piosenki autorowi.

Pod koniec lat 60-tych niejaki Lionel Ritchie założył ze znajomymi poznanymi na pierwszy roku studiów zespół o geekowsko brzmiącej nazwie The Commodores (podobno wybierali losowy wyraz ze słownika i mało co nie zostali The Commodes). W 1972 roku panowie się wypromowali, rozgrzewając publiczność przed The Jackson 5 i podpisali profesjonalny kontrakt. Zespół istnieje do dziś, już niestety bez Lionela Richiego.

W 1977 roku The Commodores nagrali taki jeden kawałek, który dotarł na 4 miejsce listy Billboardu i pewnie tę jego wersję byśmy zapamiętali, gdyby nie nagły atak krzykaczy w 1992. Faith No More nagrało tę piosenkę jako ciekawy i nie do końca poważny dodatek do jednego z singli, co pokazuje już sam mówiony początek parodiujący lekko pościelowy styl Richiego i jemu podobnych. Reakcja publiczności na koncertach i popularność, jaką cieszyła się ta piosenka w stacjach radiowych, przekonały zespół do wypuszczenia singla w sam raz na prezent walentynkowy.

I tak się jakoś potoczyło, że Richie stracił piosenkę na rzecz Faith No More, którzy natomiast trwają w kolektywnej świadomości jako autorzy piosenek konsumpcyjnych, którymi tak naprawdę nie do końca są.

Faith No More – Easy

Na dokładkę oczywiście wersja pierwotna.

The Commodores – Easy

Written by bebuk

wtorek, 1.03.2011 at 00:02

Napisane w 70s, 90s

Tagged with , , , ,

A Ty, jak się czujesz?

leave a comment »

Święta, święta i po świętach. Po dniach, kiedy pożywienie przyswajanie było w ilościach heroicznych, a napitki w suche gardła wlewane z nie mniej bohaterską ochotą, powrócić czas do rzeczywistości.

Nowy rok, nowe nadzieje, mocne jeszcze, acz z dnia na dzień coraz bardziej nadwątlane, postanowienia. Przydałby się oldskul.

Zaczniemy rok pozytywnie. Pisaliśmy już o jednym standardzie, teraz weźmiemy się za drugi. W zeszłym roku portal New Musical Express przeprowadził sondaż w celu wyłonienia najlepszego jak i najgorszego covera w historii. Czy to dzięki głosom prawdziwych fanów muzyki, czy też skrzyknęły się fanki Zmierzchu, Zaćmienia czy innej Szarówki, nieważne. Wygrał Muse z Feeling Good, oryginalnie wykonywanym przez … no właśnie.

Późniejszy hit został napisany w 1964 roku jako część drugiego aktu musicalu The Roar of the Greasepaint – The Smell of the Crowd. Niebroadwayowskiemu uchu piosenka została zaprezentowana przez Ninę Simone rok później i chwyciła, oj jak ona chwyciła. Od tego czasu zostało nagranych wiele coverów, począwszy od tych dobrych , przez te, do opisu których brak słów, te, które wygrywają sondaże, po te, gdzie piosenka wykonawcom pasuje jak świni siodło (czy mógłbym półgębkiem zasugerować, żeby przy castingach do następnego boys/girl-bandowego fenomenu sprawdzano, czy kandydaci posiadają duszę, albo inną niepasożytniczą formę życia wewnętrznego).

Wykonanie wybrane dziś na oldskul wyróżnia się z dwóch powodów.  Po pierwsze głos Michaela Buble sprawia, że seksualność piszącego te słowa uplastycznia się w kałużę rozkoszy śliniącą się (tak, kałuża się ślini, a co?) jak 12-latka do wersji reżyserskiej Zmierzchu. Po drugie Michael Buble pokazuje, że da się i odnieść sukces i pozostać normalnym człowiekiem.

Written by bebuk

poniedziałek, 3.01.2011 at 21:32

Napisane w 00s, 60s

Tagged with , , , ,

Wpis, w którym pojawia się Mackie

with one comment

Fenomen coverowania piosenek jest znany wszystkim. Młode zespoły po garażach i piwnicach tłuką w nieskończoność Sweet Home Alabama/Zombie/Nothing Else Matters/Stairway to Heaven (niepotrzebne skreślić), by potem się wybić i nagrywać własne kawałki. Co poniektórzy jednak dochodzą do wniosku, że publika to umysły ścisłe i podobają im się piosenki, które już raz słyszeli, więc wydają niemalże niezmienione wersje znanych kawałków. 15-latki i ludzie o pamięciach złotych rybek zachwycają się „nowymi” piosenkami Brytni, Limp Bizkit, Madonny, Sheryl Crow, czy też, wybaczcie język nieprzystający repozytorom, Bloga 27. Oczywiście nie wszystkie covery są złe, ale wyłowić perełkę, wykonanie nadające oryginałowi nowego ducha, jest coraz trudniej.

Nie wiem, czy się nie mylę, ale dzisiejszy kawałek jest przykładem piosenki, która z jakichś powodów zawsze wychodzi dobrze. Czy to zasługa muzyki Kurta Weilla i słów Bertolta Brechta (oraz oczywiście tłumaczy tworzących późniejsze wersje w innych językach), czy też po prostu za takie piosenki nie bierze się byle kto, nie wiem.

A wersji było sporo. Wikipedia podaje, że piosenką, która może pochwalić się największą nagraną ilością wersji jest Yesterday Beatlesów z 3.000 wykonań. Niestety źródło nie zostało podane. Portal Allmusic twierdzi, że Yesterday pojawiło się na 3.029 płytach (cóż za zbieg okoliczności, prawie taka sama liczba, jak … chyba, że …). Niestety nie chodzi tu o piosenkę Yesterday, ale o piosenki Yesterday, w tym tę zespołu The Tune Wranglers, Pulp , Guns’n’Roses, Toni Braxton, Leony Lewis i wiele wiele innych. Mack the Knife natomiast daje 1.782 wyniki i ciężko wyobrazić sobie, że ktoś nagrałby inną piosenkę, pod tym samym tytułem. Co więcej, lista ta nie zawiera zawiera oryginalnych wykonań po niemiecku, jak i coverów w innych językach.

W każdym razie, idźmy po kolei.

Niemiecki oryginał jest częścią Preludium Die Dreigroschenoper wystawionej po raz pierwszy w 1928 roku. W 1933 roku wystawiono na Broadwayu pierwszą wersję dla anglofonów, która niespodziewanie nie spotkała się z wielkim entuzjazmem. Potrzeba było dwudziestu lat i żyznej gleby jazzu, aby piosenka wyrosła na prawdziwy amerykański standard, którego nagranie wydaje się punktem honoru każdego wokalisty o odpowiednio głębokim głosie. W Polsce najsłynniejszą wersję ballady o Mackiem nagrał, bo któżby inny, Kazik.

Na koniec zostawiam wam drodzy repozytorzy moją ulubioną wersję. Nie jest to jakaś perełka z lamusa, nieznana nikomu, a wręcz powiedziałbym, że wykonanie to pierwsze przychodzi na myśl, gdy ktoś myśli o nożowniku co mu mama Mackie na chrzcie dała. Nie wiem, czy to długoletni wpływ Setha McFarlene’a, czy też bardziej aktualny nastrój zbliżających się świąt, ale czuję w powietrzu ducha Sinatry.

Frank Sinatra i Jimmy Buffet – Mack the Knife

Written by bebuk

poniedziałek, 20.12.2010 at 14:04

Napisane w 20s, 50s

Tagged with , , , , ,

%d blogerów lubi to: