Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Archive for Październik 2012

Jak wyglada zly skur…czybyk?

with one comment

Jest taki kawalek na albumie „Murder Ballads” Nicka Cave’a and the Bad Seeds: „Stagger Lee”. Kto jeszcze nie slyszal powinien to zrobic, a do tego powinien obejrzec teledysk. Nie jest to na pewno czolowy utwor, bo album zawiera miedzy innymi „Where the Wild Roses Grow” w duecie z Kylie Minogue, ktory zna kazdy, niemniej chociazby z powodu wspominanego wideo zapoznajcie sie z historia Staggera Lee. A byl to, jak mozna wysluchac w tekstach nie byle kto, twardy, bezwzgledny morderca, „bad maderfaker” jak spiewa Cave, taki co to zabija wszystko i wszystkich, ktorzy stana na jego drodze.

Stagger byl postacia prawdziwa, wokol ktorej kraza legendy, co ciekawe morderstwo, ktore popelnil nie bylo szczegolnie ciekawe; powstala jednak legenda, ktora wyspiewalo wielu muzykow, w tym Cave. I chociaz rozmija sie czasem z prawda („it was back in ’32” chociaz Lee zmarl w wiezieniu w 1912) to nie ma to najmniejszego znaczenia, bo slownictwo, jakiego uzywa jest doskonale. Klimat zlego skur…czybyka i czasow, kiedy za blahostke mogli wpakowac ci kilka kulek czuc az za dobrze. Oszczedna melodia, krotkie i przytlumione, brudne gitary, pelno przeklenstw i te stroje, te stroje — wisienka na torcie. Oto doskonale polaczenie tekstu i obrazu.

Nick Cave and the Bad Seeds — Stagger Lee

P.S. Brak znakow diakretycznych wymuszony, przepraszam z gory :)

Written by msq

poniedziałek, 22.10.2012 at 23:43

Pokaż kotku co masz w środku

leave a comment »

Konstrukcja będzie dość przewrotna, ale powinniście to dzielnie znieść z podniesioną głową; z dobrego serca ostrzegam też, że lepiej zachować na finał sylwetkę wyprostowaną.

Zbliża się z tupotem małych stóp koncert Stinga w Łodzi, i w miarę tego zbliżania się wzrasta we mnie żal, że nie skorzystałem z tej przejedynej okazji w 2008 roku, żeby obejrzeć na żywo nie Stinga saute, ale ‚fszyskich czech’ Policmajstrów. To se ne vrati, pan pan pane Havranek, więc pozostaje mi katowanie bębenków ich nagraniami, w których jest aż nadmiar nerwu (moje ulubione Bring on the night tego najlepszym dowodem), aż nogi same się przebierają. Niemniej The Police są znani raczej jako blada twarz reggae, i jest to opinia pewnie uzasadniona.

Ten akurat nurt ma się u nas całkiem nieźle. Żeby było jasne: na tej muzie ja się za bardzo nie znam, ze względu na powtarzalność rytmu słuchanie tego w nadmiarze raczej mnie nuży, ale przyznać trzeba, że takich Vavamuffin wciągam z przyjemnością. Jakieś rastafariańskie dziedzictwo narodowe poza afromentalami zresztą mamy; akurat 25 lat temu ukazały się Ludzkie uczucia Daabu (o zgrozo, mikrofon trzymał wtedy w garści Andrzej Krzywy, którego nie kupuję, ale któremu dziękuję za dobrą definicję stanu mojego mózgu), który jest przecież, spójrzmy prawdzie w oczy, legendarny.

No, ale od reggae nie stronili też np. kolesie z Mr Zoob, znani szerzej z propagowanego niegdyś przez bzofa songu o ciężkiej doli komornika z charakterystycznym saksofonem, chrypiącym unisono z wokalem. Ja mam sentyment do innej ich piosenki, sam nie wiem czy bardziej za tekst, czy za jęczącego wokalistę, który po każdym wersie zwrotki funduje nam ‚o-o’ z jękiem do złudzenia przypominającym Rynkowskiego Ryszarda (któremu kiedyś z patosu pęknie żyłka na natchnionym obliczu i stanie się wówczas definitywnie polskim Joe Cockerem).

Teraz pointa, trzymać się. Na jesiennym rajdzie SKG wpadł mi w łapska zgotowany przez ludzi z tej jakże zacnej organizacji śpiewnik turystyczny, nad którym sobie usiadłem ja i moje pudło rezonansowe, i przy tej jakże szczęśliwej okazji odświeżyłem stary ale jary kawałek. Tekst do niego to nic innego jak politycznie niepoprawna wersja Mr Zooba (a może odwrotnie, to Mr Zoob był uładzoną opcją Jerzego Bożyka) który-  póki dostępny w drugim obiegu (a powiadam Wam, wkrótce za jego odpalenie będą diagnozować schizofrenię bezobjawową) z przyjemnością Wam serwuję. Tym chętniej, że to naprawdę przyzwoity, jazzujący fortepian i niebanalny głos. Reszta jest milczeniem.

Jerzy Bożyk, Zęby w dupie


PS Nie strzelać do pianisty!

Written by 1obo

czwartek, 18.10.2012 at 20:56

Napisane w Brak kategorii

Mieszko I, Killer Kniaź

leave a comment »

Jak już kiedyś pisaliśmy, Polacy kochają miłością płomienną (i raczej nieodwzajemnioną) Stany Zjednoczone. Czasem patrząc na nasze ulice, bary i słuchając muzyki w radiach komercyjnych myślę, że chcemy być za wszelką cenę bardziej amerykańscy od Amerykanów. Czy się to udaje – raczej nie. Do tej refleksji skłonił mnie obejrzany ostatnio dość błahy film (szkoda waszego czasu i pieniędzy), w którym Abraham Lincoln, dla Amerykanów postać pomnikowa, został sportretowany ni mniej ni więcej jako…łowca wampirów. Można się oburzać i naśmiewać, ale zazdroszczę ludziom zza Wielkiej Wody podejścia z biglem do swojej historii, zwłaszcza że w naszym smutnym kraju wieść głosi, iż film o obrońcach Westerplatte nie zebrał budżetu, gdyż scenarzysta zaplanował ukazać jak żołnierze przeklinają, piją wódkę i zachowają się ogólnie niegrzecznie (co jest przekłamaniem, ponieważ jak powszechnie wiadomo Polak odreagowuje stres śpiewając Bogurodzicę).
I pewnie nie poszedł bym na to do kina, ale z drugiej strony historia Mieszka z wątkiem wiedźmińskim w tle…to byłoby coś.

Podejście z pietyzmem do historii też jednak cenie, zwłaszcza w piosenkach. Jest taki pan, który wbrew panującym wówczas trendom stworzył jeden z najpopularniejszych zespołów świata, a potem kontynuował udana karierę solową i coraz częściej nawiązuje w niej do historii Stanów Zjednoczonych, z których to muzyki też czerpie pełnymi garściami. Dziś zapraszamy go do Repozytorium  i przypominamy, że właśnie nagrał świetną płytę, grzech nie posłuchać.

Mark Knopfler – Sailing to Philadelphia

PS. W tym miejscu osobiście chciałbym podziękować włodarzom Łodzi, którzy zdołali doprowadzić  do powstania w tym mieście hali widowiskowo-sportowej, która tylko w najbliższym półroczu będzie gościć Muse, Marka Knopflera oraz samego Erica Calptona. Mój komentarz do nieudolności władz Krakowa w tej kwestii (pomimo obietnic składanych od 10 już lat) przemilczę, gdyż być może czytają nas kobiety i dzieci.

Written by bzofik

poniedziałek, 15.10.2012 at 19:19

Napisane w 00s

Tagged with , , , ,

Znów antywojenne klimaty

leave a comment »

Towarzysz niedoli (znajomy z pracy) przypomniał mi o musicalu „Hair”, który zresztą kiedyś był tu opisywany. Podrzucony link jutubowy sprawił, że zapragnąłem odświeżyć ten obraz, co stanie się niebawem. Co było w linku?

spoiler alert Fabuła musicalu „Hair”

Parę wpisów temu popełniłem kilka zdań o antywojennych kawałkach, a pominąłem właśnie ten! Ten z „Hair”, którego dźwięki idealnie dopełniają obraz. To odwrotna sytuacja do niedawno opisywanej (jejku, ile postów udało mi się połączyć za jednym razem!) Tym razem główny motyw to obraz: armia Amerykańska szykująca się do wylotu do Wietnamu, a wśród żołnierzy Berger, hipis z krwi i kości, który lecieć oczywiście nie chce. Claude nie zdąża na czas, kiedy próbuje dostać się do jednostki słyszymy już maszerujących żołnierzy, którzy w genialnym ujęciu wchodzą do samolotu niczym do paszczy lwa (to imho najlepsza scena!). Obraz jest bardzo wymowny, bo tuż potem grupka głównych bohaterów śpiewa nad grobem Bergera.

Czuć mocny klimat 70s w linii basowej, która rozpoczyna kawałek, trąbki + śpiewający żołnierze maszerujący w rytm muzyki i już wiemy, że będzie dobrze. Bardzo poetycki i pełny odwołań kulturowych tekst przeradza się w hymn… „let the sunshine in” pod sam koniec to apel do Timothy Leary’ego, który twierdził, że aby uciec od zła tego świata trzeba schować się w swojej głowie używając środków halucynogennych. A wystarczy przecież tylko wpuścić światło…

Galt MacDermot & Tom Pierson — The Flesh Failures (Let the Sunshine In)

Written by msq

poniedziałek, 8.10.2012 at 21:16

Napisane w 70s

Tagged with , , , ,

Sezon na dynie

leave a comment »

Połączenie „Mellon Collie and the Infinite Sadness” grającej w samochodzie przemierzającym trasę Piaseczno-Magdalenka dało wynik nieunikniony, czyli wpis dedykowany kultowej swego czasu grupie. Byli Smashing Pumpkins krzywdząco nazywani „drugimi X” (gdzie za tę nieszczęsną niewiadomą podstawiano zwykle Nirvanę, Pearl Jam, Jane’s Addiction czy, rrrahaha, The Monkees), byli wyśmiewani za rzekomą mainstreamowość, pomawiani o niedwuznaczne wypinanie naolliwionego tyłka w kierunku bananów a’la kolec-stolec-Bolec ślipiących w foksy czy inne mtv (10:07) etc. Cóż, ciężko obecnie uświadczyć w mainstreamie dźwięki rodem z koszmarnych wizji Billy’ego Corgana, a i melodie, i harmonie i teksty powinny zamknąć gęby smerfom-marudom, kto nie wierzy, niechaj (po)słucha.

Wspomiana MCIS to jedna z moich ulubionych płyt lat 90., maksimum goryczy pełne pozornie apetycznych perełek, z których trudno byłoby mi wybrać coś najsmakowitszego (najobrzydliwszego). Z przyjemnością zdecydowałbym się w to miejsce na coś z okresu, w którym z Dyniami grała Melissa auf der Maur, moje największe odkrycie (w każdym tego słowa znaczeniu; nawiasem pisząc: konia z nierządem temu, kto zrozumie powiązania Melissa – Courtney Love – Corgan – Cobain), ale to była jedna trasa koncertowa. Mało. Pozostaje pokierować się w wyborze obrazkami.
Typy mam trzy: fantastyczną wycieczkę na księżyc (która pierwotnie miała być, o zgrozo, kąpielą w szampanie, a obecny kształt nagrodzonego teledysku to trzecia wersja scenariusza), marsz żywych trupów (oba z Mellon Collie), i trzecia: choć najmłodsza, jest chyba najbardziej oldskulowa, z klipem nagrywanym jak cholerny lipdub. Billy jak śmierć na chorągwi, czytaj Klaus Kinski. Miód.

The Smashing Pumpkins, Ava Adore

Written by 1obo

czwartek, 4.10.2012 at 20:59

Napisane w 90s

Doceniony po latach

leave a comment »

Było ich czterech (choć mówi się i o piątym – na mniej lub bardziej poważnie) ale na pierwszym planie zawsze było ich dwóch. Ten grzeczny i ułożony oraz ten bardziej pokręcony, a zarazem  odrobinę naiwny. Razem przyszli, zobaczyli i zwyciężyli, bo co by nie mówić, nigdy w historii  jeden zespół nie miał takiego wpływu na muzykę, rynek muzyczny i kulturę popularną. Dość przypomnieć jedną rzecz –  ponieważ włodarze amerykańskich wytwórni na początku zupełnie nie rozpoznali fenomenu Fab Four, później z zapałem neofitów próbowali wynieść na piedestał każdy czteroosobowy zespół z Wielkiej Brytanii, którego nagrania wpadły im w ręce. Z mizernymi skutkami jak dowiodła historia. Wróćmy jednak do meritum.

Dlaczego byli tak wyjątkowi – bo przede wszystkim w czasach gdy zespoły rock n’ rolowe odgrywały głównie standardy Beatlesi odważnie oferowali swoje kompozycje i teksty. Za sprawców całego zamieszania uważa się przeważnie Johna i Paula, nie zważając jak istotną rolę jaką w aranżacjach miał Georoge Harrisom. Trochę z tyłu, trochę w cieniu, kojarzony po latach przez osoby powierzchownie interesujące się muzyką głownie z jedną piosenką. Historia dowiodła jednak, że i on był geniuszem, być może nie udało mu się jedynie „przebić” mając kolegów o tak wybujałym ego jak wspomniani wyżej panowie. Gdy jednak kończy się czas The Beatles, rozpoczyna się wspaniałą kariera solowa Georga. Warto zwrócić na to uwagę – po rozpadzie Lennon debiutuje z dość wątpliwej jakości eksperymentalną płytą John Lennon/Plastic Ono Band, Paul szuka z podobnym skutkiem swojego własnego stylu na płycie McCartney, George zaś wytacza ciężkie działa w postaci świetnego potrójnego albumu All Things Must Pass, z którego gramy w RO. Niepowtarzalna struktura muzyczna, tekst nawiązujący do fascynacji autora duchowością ruchu Kryszna. A na gitarze sam Eric Clapton…czego chcieć więcej?

George Harrison – Beware of Darkness

Written by bzofik

poniedziałek, 1.10.2012 at 20:22

Napisane w 70s

Tagged with , , , ,

%d blogerów lubi to: