Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Archive for Wrzesień 2012

Miasto stu mostów

leave a comment »

Hasło wywoławcze „Miejsca” jest jednym z moich ulubionych motywów poruszanych w tekstach piosenek; nie chodzi przy tym (wyłącznie) o przejawy jakiegoś patriotyzmu albo patriotyzmu lokalnego (mogących stać się wręcz: manifestem), ale o utwory będące wspomnieniem dokładnie zorientowanym w przestrzeni, niepowtarzalnym właśnie ze względu na nią (tę przestrzeń), nadającą charakter i odpowiedni poziom cukru w cukrze, czy może Casablanki w Casablance.

Kiedyś wrócę do pławienia się w tym temacie-rzece, a teraz krótka tylko refleksja wynikająca stąd, że zawiało mnie w tym tygodniu do miasta, którego nie lubić nie sposób. Tym większe było moje zdziwienie, że poza zakończonymi mniej bądź bardziej sromotnymi klęskami  próbami zagospodarowania pola „piosenki o Wrocławiu” (w rodzaju nędznego Janerki i nieco tylko lepszego projektu LUC&Smolik) temat nie istnieje, i na zasadzie tradycji najpiękniejszy wrocławski drobiażdżek ma charakter, powiedziałbym, baciarski. Krótko pisząc, wywoływanie „Wrocław + piosenka” daje rezultat z Milnego rodem, tzn. im bardziej Prosiaczek szukał Kubusia tym bardzie Kubusia nie było.

Jest za to, było w zasadzie, przedsięwzięcie zasługujące na krótkie chociażby wspomnienie: Przegląd Piosenki Aktorskiej odbywający się tutaj od 1976 do 2008 roku (29 edycji!). Ten festiwal dał mi tak wiele muzycznej radości, że trudno go odżałować. Prywatny top, podwójnie oldskulowy (Kinga Preis w Nicku Cave’ie).
Kinga Preis, Przekleństwo Millhaven

Reklamy

Written by 1obo

czwartek, 20.09.2012 at 23:00

Napisane w 90s

Tajniki oldskulowego gaworzenia

with one comment

Wiele by można stworzyć klasyfikacji pojawiających się tutaj wokalistów i wokalistek, biorąc za punkt wyjścia rozmaite kryteria. Owszem, jeśli spojrzeć na temat czysto akademicko to wyjdzie nam, że takie Mick Jagger nie umie w ogóle śpiewać, a Michael Stipe ma koszmarną dykcję. Oczywiście jako ten co mu słoń na ucho nadepnął, a głosu użyczyła ropucha śmieję się w kułak z takich rankingów i …niezwłocznie wymyślam swój własny oparty jednak na przewrotnym założeniu. Owszem, można pięknie śpiewać harmonie wokalne z kolegami z zespołu, popisywać się niezwykła skalą i siła głosu. Czy jednak każdy z takich herosów przetrwa chwilę próby, gdy nieokiełznana fantazja kompozytora/tekściarza każe mu się zmierzyć z pauzą przeznaczoną na onomatopeję, bełkoty, zwodzenia, czy bezsensowne zawadiackie okrzyki? Nieraz jest tak zresztą, że nijak linijki tekstu już w ziejącą ranę kompozycji nie wrazisz, a tu warto by czymś zdynamizować frazę. Tu zaczynają się schody i chrzest ognia, z którego wielu wychodzi zwycięsko. Dziś przykład w postaci uroczych „ba ba da da” oraz „na na na na” (o mocy „na na na” przekonał nas zresztą jakiś czas temu odrobinę młodszy zespół) tworzących najbardziej charakterystyczne elementy przeboju grupy Supertramp, znanej już trzem  licznym czytelnikom RO. Zgrabny utworek, w dwie i pół minuty opisujący ironicznie wyobrażenia na temat wyśnionego przez wielu kraju zza wielką wodą. Ciekawie grają, sekcją dętą wywijają, śpiewają też niczego sobie. Smacznego.

Supertramp – Breakfast in America

Written by bzofik

poniedziałek, 17.09.2012 at 19:58

Napisane w 70s

Tagged with , , ,

Oldskulowe zawodzenie

leave a comment »

Kiedyś na blogu Bebuk przyznał się do nieznajomości twórczości Boba Dylana. Ja również nie grzeszę znajomością Dylana, wynika to nie tyle z lenistwa, a z niechęci do wokalu, którym raczy nas muzyk — wycie, zawodzenie, jęczenie, marazm, narzekanie to słowa, które przychodzą na myśl, gdy słyszę jego utwory. Pewnie w końcu się zmuszę i przesłucham co ważniejsze pozycje w szerokiej dyskografii, a do tego czasu będę ignorantem, który zna kilka najpopularniejszych kawałków ze skleconego przez „best hits”.

Jak widać dzisiejszy wpis będzie z serii „nie znam się, to się wypowiem”, ale wpadł mi do głowy i wyjść nie chce „Hurricane”. Jest to słynny protest song Dylana, w którym opisuje historię Rubina Cartera, boksera oskarżonego o zabójstwo a następnie skazanego mimo bardzo wątpliwych dowodów. Dylan i wielu innych muzyków (Stevie Wonder, Ringo Starr) organizowało koncerty poparcia dla skazanego.

Same protest songi to temat wdzięczny, mają wielu reprezentantów w oldskulowym świecie, jak chociażby opisywana u nas Enola Gay, Child in Time albo znany i lubiany „In the Army” w wykonaniu (bardziej popularnym, chociaż nie oryginalnym) Status Quo. Co do tego ostatniego trafiłem jakiś czas temu na ciekawostkę: Status Quo nagrało niedawno alternatywną, „pozytywną” wersję utworu, w której tylko kilka zmienionych wersów całkowicie odwraca sens.

Bob Dylan — Hurricane

Carter spędził w więzieniu 19 lat: od 1966 do 1985 roku.

Written by msq

poniedziałek, 10.09.2012 at 22:22

Napisane w 70s

Tagged with , , , ,

Coś być musi do cholery za zakrętem

leave a comment »

Najwięcej czasu przygotowania notki zajmuje mi zwykle zbadanie co moi starsi bracia w wierze popełnili przed moim zameldowaniem się tutaj, a sporo tego, panie, było. Czytałem blog regularnie, ale nigdy pod kątem znanego z amerykańskich filmów sformułowania „ubiegł mnie, słońce (mej) plaży” (względnie: „Słońce Peru”), stąd nie wszystkie motywy zanotowałem jako nie-wyeksplorowane. Ten wydaje mi się względną nowością, więc do dzieła!

Jestem wielkim fanem muzyki filmowej, na dodatek tak, powiedzmy, ortodoksyjnym, że czasem dźwięk stanowi dla mnie, bo ja wiem, z połowę radości z seansu. Pod tym względem zgadzam się w stu procentach z Beksińskim – film trwa od emisji zajawki kompanii filmowej (metro goldłin mejer roaaaaaarhhh) i najchętniej ćwoków zasłaniających mi ekran potraktowałbym jak Michael Douglas w Upadku.
Cóż, inaczej nie sposób nazwać typów, którzy nie chcą nawet spróbówać dowiedzieć się co się stanie z bączkiem, tylko nareszcie wypieprzyć pudełko po popcornie, wysikać się i zapalić, bo przecież film trwał tak nieznośnie dłuuugo.

Nie będę dzisiaj propagował dokonań Zimmerów czy Morriconów, chociaż zasługują na to, jak, nie przymierzając, Badalamenti za Twin Peaks. Chodzić mi będzie zresztą nie o cały soundtrack, i nie o piosenkę końcową, ale o drobiażdżek, który stanowi wprowadzenie w tematykę filmu, czy – jak w naszym przypadku – serialu. Cóż, może objawia się u mnie tęsknota typu „za PRL-u to było, panie dzieju”, ale kiedyś muzykę do cholernej dobranocki nagrywali Zaucha czy Zborowski. A teraz? Nie, nie jest k*rwa prawdą że życie życie jest nowelą której nigdy nie masz dosyć. Nie dośc, że nie ma jednego ośrodka kompozycyjnego tylko wszystko koncentruje się na kompletnie nieistotnych pierdołach i nie ma jakiejś zborności, ogólnego sensu, to czasem masz tego życia po kokardę bo „nowela” nieznośnie się dłuży, jest dłuższa nawet od pieprzonego Giaura, bo to poemat dygresyjny jest w zasadzie. Ja wiem, że można jarać się melodyjką z M jak miłość, chociaż nie rozumiem tej podniety, ale proponuję jednak oddać Bogu, co boskie; uwielbiam Gintrowskiego za granie Herberta, za Odpowiedź w szczególności, ale piękny tekst Janczarskiego (Rodzina Poszepszyńskich i Kocham pana, panie Sułku) jest z jego ust płynący tak prawdziwy, że zęby bolą.

Przemysław Gintrowski, Zmiennicy

Written by 1obo

piątek, 7.09.2012 at 00:40

Napisane w 80s

Czoko Spoko

leave a comment »

Biegają i biegają, ale czasem na Jamajce ktoś zaśpiewa. Uciekając od najbardziej oczywistych przykładów skierujemy nasze uszy w stronę pana Errola Browna. Kolejny przykład faceta, z którym lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte obeszły się okrutnie pod względem przyodziewku scenicznego oraz aranżów elektronicznych.Nie ujmuje to melodiom oraz świetnemu wokalowi na którym oparł sukces swojej formacji Hot Chocolate. Zespół zawita z pewnością do Repozytorium jeszcze nie raz, dziś krótkie, niezobowiązujące wprowadzenie. W końcu jesień kładzie na nas już coraz pazerniej swoją szarą i zimną łapę. Nic tak dobrze nie rozgrzewa jak aromatyczna, gorzka, gorąca czekolada…Zacznijmy zatem od tego, naładujmy raz jeszcze akumulatory i postarajmy się wydobyć z tężejącego porannym chłodem powietrza jesienne barwy i aromaty. Wytarzajmy się w liściach, przejdźmy demonstracyjnie w krótkich galotach i nie dajmy sobie wmówić że już panie zimno, pod pierzynę i wyglądać wiosny. O zaletach konsumpcji w plenerze napojów młodzieżowych i nie tylko nawet nie wspomnę…Koniec zatem biadolenia, łyk gorącej czekolady, ogólna bóźka i spokój!

Hot Chocolate – It Started With a Kiss

Written by bzofik

poniedziałek, 3.09.2012 at 21:53

Napisane w 80s

Tagged with , , , ,

%d blogerów lubi to: