Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Archive for Luty 2012

Samowolka

leave a comment »

Okres 80s piosenki polskiej obfitował w różne ekstrema, zarówno jeśli chodzi o część wizualną jak i muzyczną. Pokręcone teledyski, przebieranki, zachłyśnięcia się (czasem niezdrowe) animacją, eksperymenty muzyczne zdarzały się i zdarzać się będą zawsze, ale jakoś ten czas wyjątkowo kojarzy mi się z prawdziwą samowolką, czystym żywiołem nieokiełznanym przez cenzorów w postaci słupków oglądalności czy ilości skarg. Weźmy chociaż takiego Franka Kimono, prawdziwego renegata lat 80., który do dzisiaj zabawia tłumy i uczy karate w wielu klubach. Franka wykreował Piotr Fronczewski i zrobił to for the lulz, pewnie nie spodziewając się aż takiej popularności. Nawet dzisiaj, kiedy coraz trudniej przebić się wśród Ludzi Internetu czymś oryginalnym, postać Franka powraca jako „barman na tym dansingu” w udanej wg mnie (i większości Internetu) parodii W aucie, gdzie Kimono, m.in. wraz ze Stefanem Friedmanem, wspomina stare, dobre czasy.

Jako Ambroży Kleks Fronczewski prowadził Akademię, w której faszerował małe dzieci amfetaminą piegami i utrzymując je w stanie absolutnej ekstazy sodomizował przyżywał z nimi wspaniałe przygody. Któż nie uśmiecha się pod nosem, wspomniając jak wygłodniałe dzieci czekały na swoją kreskę porcję piegów. Wszystkie historie Pana Kleksa ryły równo kask, za co podziękować należy Janowi Brzechwie, oprawa muzyczna również nie odbiegała od ogólnej tendencji, dzięki czemu mamy przyjemność oglądać dzisiaj takie hity jak poniższy. Musicie przyznać, że zarówno wizualnie jak i muzycznie jest to majstersztyk :-)

Meluzyna — Małgorzata Ostrowska

Written by msq

poniedziałek, 27.02.2012 at 20:10

Napisane w 80s

Tagged with , , , , ,

Ignorancja to siła

with one comment

Nastrój skłaniający nasze daremne pokolenie do opuszczenia ciepłych barłogów otulających stanowiska komputerowe z fejsbukiem i twitterem, do przybrania fizys Gwidona Fawkesa i rytmicznego podskakiwania w srogim mrozie na ulicach miast, miasteczek i wsi spokojnych, wsi wesołych wprawdzie już nieco opadł, ale ta atmosfera skłoniła mnie do pseudonaukowej refleksji na tematy ogólnohistoryczne.

Nie mogę mianowicie pozbyć się wrażenia, że to wszystko już kiedyś było, że historia jest czkawką, złowrogim modlitewnym młynkiem albo karuzelą, która nigdy nie przestanie się kręcić wokół tej samej osi, i tylko obrazki na zewnątrz zmieniają się z upływem czasu, jak obawiał się Theodor Busbeck.

Zmieniają się ideologie, systemy i oczywiście bohaterowie wydarzeń: twarze umieszczane na sztandarach i imiona wykrzykiwane przez tłum. Dzisiejszy bohater (nie, nie Fawkes), bożyszcze nieco już zapomniane, jest zupełnie nie z mojej bajki i czuję się trochę jakbym zachęcał do czytania wybranych dzieł towarzysza MELS-a, ale trudno: wykonawca jest tego warty. Nie zaskakuje kojarzenie się grup uważających się za krzywdzone czy uciskane, stąd alianse afroamerykańsko-robotnicze nie powinny nikogo dziwić. Tak jest i tym razem: sympatyk komunizmu o głosie, którego nie można opisać słowem innym niż GRRRUBY, nagrywający przede wszystkim świetne standardy Negro spirituals, znane wszystkim z kultowych coverów (któż nie nagrał Swing Low Sweet Chariot?), dzisiaj w songu o facecie, co się kulom nie pokłonił, a ruchowi robotniczemu potrzebny był bardziej jako martwy męczennik,  niż żywy prol, że tak pojadę Orwellem.

Paul Robeson – Joe Hill z bonusem nr 1 oraz bonusem nr 2

Written by 1obo

czwartek, 23.02.2012 at 21:25

Napisane w 50s

Tagged with , , ,

Mitologia codzienności

with one comment

Podobno człowiek ma naturalną tendencję do poszukiwania niewidzialnych sił stojących za zmianami jakie następują bez jego udziału, w otaczającej nas rzeczywistości. Im rozwój istoty szarej i cywilizacji dalej posunięty, tym trudniej o rzeczy zupełnie niewytłumaczalne. Ale kiedyś budząca się pod śniegiem do życia wiosną roślinność była fenomenem przekraczającym ludzkie pojęcie, a taki piorun z nieba wprawiał w stan zgrozy pomieszanej z ekstazą. A że człowiek lubi sobie wyobrażać owe tajemne siły na swój obraz i podobieństwo, zatem zaludniał (i wciąż zaludnia) świat rozmaitymi bóstwami odpowiedzialnymi a to za gradobicie, a to za zaczyn ciasta chlebowego. Tymczasem wkrótce za oknami wybuchnie w pełnej krasie ten przedziwny spektakl walki bujnego życia przebijającego się przez zimny nagrobek zimy…znać że Persefona wraca do matki.

Nie ma nic niewytłumaczalnego w tej piosence, choć na pewno sposób użycia dwóch gitar jest niezwykle kunsztowny. Atmosfera niezwykle, nie bójmy się tego słowa patetycznego kawałka idealnie oddaje według mnie budzące się na wiosnę siły witalne, a wszystko to spod znaku zespołu uznawanego za jeden z najbardziej niedocenianych z brytyjskiej sceny rockowej lat siedemdziesiątych.

Jak się do pradawnych opowieści ma tytuł dzisiejszej piosenki – odsyłam do mitologii chociażby Parandowskiego, tych którzy nie wiedzą o jakich to uczuciach tutaj bajdurzę, radzę poczekać jeszcze kilka tygodnie gdy wokół zacznie się zielenić i wtedy jeszcze raz posłuchać bohaterki dzisiejszego spotkania w RO. Szeroko otworzyć okno i wziąć głęboki wdech. Zadziała, gwarantuję.

Wishbone Ash – Persephone

Written by bzofik

poniedziałek, 20.02.2012 at 23:05

Napisane w 70s

Tagged with , , , ,

Huta miłości

leave a comment »

Od Walentynek nie da się uciec. Nawet celowe unikanie ich jest w pewien pokręcony sposób świętowaniem dnia całusków i aniołków. Zresztą plan na dzień przedwczorajszy, czyli nie robienie niczego walentynkowego, się nie powiódł, jako że moje mocne postanowienie zostało zmiękczone przez promocję WALENTYNKOWĄ na karnet na squasha. Będąc oczywiście towarzysko niezręcznym zacząłem się zastanawiać, co sobie pomyślą gdy na 4 wejścia na karnecie przyjdę z dwoma różnymi dziewczynami oraz mężczyzną, który mógłby grać Gimliego.

Do tego właśnie w Walentynki skończyłem książkową wersję Łowcy Jeleni, raczej nieszczególną próbę beletryzacji filmu, który nie na jelenie polował ale na złote statuetki. Film ten nie jest z gatunku komedii romantycznych i zamiast 4 wesel i pogrzebu, jest jedno wesele, mogiły zbiorowe i zespół szoku pourazowego. W jednej z najbardziej słodko-gorzkich scen w historii kina grupa hutników urządza sobie przedweselną posiadówkę w barze, gdzie grają w bilard, piją i rozmawiają o życiu i śmierci, aby w pewnym momencie chóralnie odśpiewać puszczaną akurat z szafy grającej piosenkę.

Can’t Take My Eyes Off You zostało nagrane przez Frankiego Vialliego w 1967 roku, a potem scoverowane przez różnych artystów. Zaśpiewał ją Frank Sinatra, o którym można by powiedzieć, parafrazując jedną z zasad internetu, że jeśli coś istnieje to Frank to zaśpiewał. Dosłodził ją do obrzydliwości Julio Iglesias (uwaga nagie dzieci). Wrzucili ją na b stronę jakiegoś singla Manic Street Preachers, a Lauryn Hill, której to wersja była moją pierwszą (niezbadane są drogi oldskulu), dołożyła taneczny bit. Piosenka wymościła sobie cieplutkie miejsce w komediach romantycznych, a dla mnie już na zawsze będzie kojarzyła się z Christopherem Walkenem kręcącym pupą i pijanymi hutnikami.

Frank Vialli – Can’t Take My Eyes Off You

Written by bebuk

czwartek, 16.02.2012 at 15:39

Napisane w 60s

Tagged with , , , , ,

Po jednej nutce

leave a comment »

Różnymi drogami oldskul dociera do słuchaczy. Radio, telewizja, internet to najpopularniejsze środki masowego przekazu, ale hit może trafić do nas z innego źródła: z gry komputerowej. Nie ma się co dziwić: to niezwykle popularna rozrywka, gdzie widownia jest bardzo specyficzna, targetować można łatwo różne produkty, w tym i muzykę. Sporo (facetów?) przechodziło przez ten dziwny okres swojego życia, kiedy gry komputerowe były wszystkim, nie ominęło to także i mnie. W czasach młodości grywało się w to i owo, nie mówię tu zresztą tylko za siebie, bo pozostali Repozytorzy także mają co nieco na sumieniu. Jedną z żelaznych pozycji z czasów podstawówki była fifa. Celowo małą literą, bo składały się na ten wyraz najprzeróżniejsze „kopaniny”, z których najpopularniejsza była seria FIFA – zjawisko podobne do „pampersów” i „adidasów”, wiecie o co chodzi. Nie byłem oczywiście jedynym z grających, rzesze dzieciaków wybierały elektroniczną piłkę gdy na dworze mróz albo ludzi do kopnięcia nie było, popularność tej serii była wtedy gigantyczna; nie wiem jak sprawa się ma teraz, bo już mnie to nie bawi jak wtedy, ale podejrzewam, że zmieniło się niewiele — nadal elektroniczną piłkę kopią setki tysięcy. Tyle tła. Teraz ad rem.

Każde wydanie FIFY okraszone było dopracowanym menu, w którym w tle przygrywały różne kawałki. Czasem elektroniczne, czasem punk–rockowe, jedno jest pewne: dla każdego gracza była to muzyka, która później kojarzyła mu się tylko i wyłącznie z jednym. Już pierwsze dźwięki uruchamiały te zapadki w mózgu, które prowadziły prosto do jednego: „fifa”. Zjawisko nie jest rzecz jasna specyficzne tylko dla symulacji piłki, ale tutaj było dla mnie bardzo wyraźne. I z niego wyciągnąłem dzisiejszy kawałek, było ich zresztą więcej, ale wybrałem taki, który najbardziej mi zapadł w pamięć. Myślę, że niejedna osoba ma te same odczucia. Rok ’98. Mistrzostwa Świata w piłce nożnej we Francji.

Chumbawamba — Tubthumping

Written by msq

poniedziałek, 13.02.2012 at 19:38

Dyspozycje desperata

leave a comment »

Wdzięczny jestem uranosom repozytoryjnego świata (który stanowił dla mnie do tej pory pit stop w szarej, asfaltowej rzeczywistości) za zaproszenie do, nie bójmy się tego słowa, Panteonu Tropicieli Oldskulu.

Zanim przystąpię do zabiegów w stylu Kronosa-neofity, postaram się przez czas jakiś zachować pozory dobroci dla młodzieży i dla ludzi (jak mawiał klasyk). Z tego też względu, w ramach zapłaty frycowego, pragnę wszystkim złożyć serdeczne życzenie, aby na swojej autostradzie życia spotykali tylko kretynów i idealistów (co na jedno zresztą wychodzi), którzy postępują zgodnie z zaleceniami zatroskanego o kondycję rodzaju ludzkiego autora słów (manifestu programowego pożytecznego idioty) naszej dzisiejszej bohaterki. Są to bowiem zalecenia do rzeczywistości zupełnie nie przystające, za to wdzięcznie mrugające oczkiem do tych wszystkich, którzy wolą – może nieco makiawelicznie, ale za to skutecznie – zaspokoić własny sybarytyzm wydymając naiwnego bliźniego swego. Być może dlatego ta, hmmm, ‚piosenka’ jest źródłem inspiracji dla satyryków.

Oldskul to nieoczywisty, jeżeli weźmiemy na tapetę słynną wersję polskojęzyczną. Za to oryginał chyba nie pozostawia wątpliwości.

Les Crane, Desiderata

Written by 1obo

czwartek, 9.02.2012 at 17:28

Napisane w 70s

Tagged with , ,

A orkiestra grała do końca

2 komentarze

Zawsze zastanawiało mnie to kiedy muzyk przestaje być artystą, dla którego chimeryczność i nieprzewidywalność są po prostu wielosylabowymi słowami na bycie, a staje się rzemieślnikiem, zatrudnionym by wykonać pracę, a od którego wymaga się nie tyle jednorazowego wzlotu na wyżyny, ile jakościowo dobrej roboty wykonywanej przez kilkadziesiąt czy kilkaset nocy z rzędu.

I co najciekawsze, musisz wychodzić na scenę, czy Ci się chce, czy nie chce, czy jesteś nawalony, naćpany, czy też masz akurat zjazd. W dwóch znanych przypadkach zespoły były proszone o nieschodzenie mimo, że pod pod tymi właśnie scenami ginęli ludzie, czy to od ciosów noży „ochroniarzy”, czy też zgnieceni ciałami innych uczestników koncertu. A kapela musiała dalej grać.

Czymś jedynym w swoim rodzaju jest płyta koncertowa Stinga nagrana 11 września 2001. Muzycy zaczynając występ w Toskanii wiedzieli co się stało w Nowym Jorku, co więcej, przed koncertem odbyli naradę, by zadecydować, czy powinni w ogóle wyjść na scenę. Na początku dyskusji Sting wydaje się nie chcieć zagrać koncertu a jego głos i mina mówią, że szuka chociaż drobnego przytaknięcia ze strony zespołu. W momencie kiedy pada pierwszy głos, że należy grać, może zmienić program koncertu, ale grać, bo najgorsze co mogą zrobić to zamilknąć, Sting niemal niezauważalnie kręci głową i się krzywi, ale w końcu ulegnie.

W sytuacji, gdy potrzeba muzyki na wysokości zadania stanął nie wielbiony geniusz, ale właśnie wyrobnicy, nieznane nikomu nazwiska pojawiające się gdzieś na zagięciu wkładki. Morał? Nie mam, tak po prostu przypomniał mi się dzisiaj ta płyta.

Sting – Fields of Gold live

Written by bebuk

poniedziałek, 6.02.2012 at 23:51

Napisane w 00s

Tagged with , ,

%d blogerów lubi to: