Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Archive for the ‘00s’ Category

Na Zachodzie bez zmian

2 komentarze

Myślałem, że po tej porcji przeintelektualizowanych (jak była uprzejma wyrazić się jedna z istot zaglądających na ten blog), a w istocie pseudointelektualnych tekstów przyjdzie pora na coś lżejszego i prującego beret (od dziecka marzyłem o angażu w roli tego kolesia grającego na policzku z dość zaskoczoną miną; potrafię też dobyć z siebie dźwięk opróżniania butelki, pstrykając w gardziel; oferty na priv, tylko propozycje klipów z kobietami!), ale chyba pora na podsumowanie wątku, który wśród potomnych zostanie zachowany w pamięci pod nazwą ‚repozytoryjnego okresu Sturm, Drang and Rock’n’Roll‚.

Każdy ma czasem ochotę/potrzebę (a jak nie ma ochoty ani potrzeby, to go rzeczywistość zmusi) zrobienia sobie rachunku sumienia przygotowującego do spowiedzi dziecięcia wieku. Rezultaty bywają rozmaite; do najczęstszych należą rozmyślania typu ‚po co, na co i czemu tak drogo’ (opcja 1), poprzez wyparcie (2) aż to natężenia świadomości (3), które prowadzi do punktu 2 albo Tworek.

Można też, co z dobrego serca radzę, przyjąć perspektywę obserwatora zafascynowanego ‚dzianiem się’ ludzkiego życia, jeżeli kto umie wykonać taki zabieg  na nie dość, że żywym – to jeszcze własnym organizmie. Rezultat jest wysoce satysfakcjonujący – świadomość jest (ja tam uważam, że lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć), a i zdrowie psychiczne zachowane. W głowie mi grają dwa kawałki, których podmioty liryczne takie zwycięstwo zdają się odnosić. Jeden jest uważany za najczęściej coverowany numer wszech czasów (jest nawet bieda-wersja Sida Viciousa), ale zafundujmy sobie jego wersję kanoniczną (z całym szacunkiem dla opcji przedpotopowej) powszechnie chyba znaną i lubianą. Drugi – wyczerpuje dla mnie póki co temat Genesis/Wilson, którym katowaliśmy Was w ostatnim czasie dość intensywnie. No, ale cesarzowi co cesarskie…

Frank Sinatra (Paul Anka), My way

Ray Wilson, Change (nie znalazłem dobrej wersji koncertowej, więc będzie lizanie cukierka przez papierek, jak łaskaw był wyrazić się kiedyś mój rekolekcjonista zapytany o używanie prezerwatyw)

Written by 1obo

poniedziałek, 6.05.2013 at 23:45

Napisane w 00s, 60s

Co się wydarzyło w (…)

leave a comment »

Możemy poczynić założenie następujące (choć ma ono z prawdą tylko odrobinę wspólnego): zasadniczym bodźcem podjęcia tematu jak w tytule jest to, że 1/2 (a nawet 3/5) Repozytorium bawi aktualnie w krainie wódki Baca, aczkolwiek dla większości badaczy kultury bimbrowniczej naturalnym skojarzeniem były raczej Nemiroff, o którego nadużywanie (podobnie, jak, zapewne, np. o transseksualizm) zostaną wkrótce pomówione Orlęta Lwowskie. Mam wspomnienia z ‚tamtąd’, podobnie jak z wielu jeszcze miejsc, bo prawie każde, powiedzmy, znamienne jakąś historią miejsce asocjuję z muzyką. Nic dziwnego, skoro to dźwięk jest dla mnie jak bateryjka duracella wsadzona pod kitę różowego królika (ajaj).

Więc teraz mogę przewrotnie a spokojnie zapewnić, że dzisiejszy wybór to rezultat mechanizmu zupełnie innego. Odmienne jest następstwo czasowe (muzyka i historia nie rozgrywają się jednocześnie, ale kawałek kojarzę z miejscem i zdarzeniem już po nim, po faktach, tzn. po jabłkach), i działają też jakieś siły uogólniające, które sprawiają, że ‚moje’ może okazać się (przynajmniej w moim przekonaniu) ‚wspólne’.

Ja wiem, że znowu przegiąłem proponując 200% normy i nic swoim wprowadzeniem nie wyjaniając, ale to rezultat stresu przedurazowego, że msqa mogą do Polski z powrotem nie wpuścić; chłopie, nie bój, przecież oglądałeś 300 mil do nieba! (swoją drogą, przekraczanie limitu czasu antenowego skłania do wniosku, że Founding Fathers tego przybytku powinni zacząć nim handlować jak kwotami CO2). Coż, shit happens, a to co zaraz zahappenuje nie jest jakimś tam shit, tylko – trywialną być może – masakrą, w której chyba rozpozna się każdy kto pod mostkiem ma coś więcej poza watoliną.

Sam jestem zdziwiony wyborem, bo po głowie chodziły zupełnie inne klimaty. No, niestety, jedyne skojarzenie z tym co za wschodnią granicą to ja mam z białym ruskiem, który mi nawet smakuje, względnie – Okudżawą i Wysockim (dzięki moim padres zrozumiałem, że najbardziej mi żal, że tu w drzwiach nie pojawi się Puszkin) – bariera językowa, chociaż bodziec do zmiany mam najlepszy z możliwych. Jest jeszcze inne, równie odległe skojarzenie, ale potraktujcie je jak marną prowokację. ;)

Kawałek Doves ma idealne tempo, i brzmi country-folkowo jak najgrubsze kawałki Casha, niemal Ghost riders in the sky. Drugi – to dla mnie klasyczny oldskul.

Sapienti sat.

Doves, Kingdom of (no-T)rust

I Beirut z Nantes

Written by 1obo

poniedziałek, 29.04.2013 at 23:41

Napisane w 00s, 90s

Mieszko I, Killer Kniaź

leave a comment »

Jak już kiedyś pisaliśmy, Polacy kochają miłością płomienną (i raczej nieodwzajemnioną) Stany Zjednoczone. Czasem patrząc na nasze ulice, bary i słuchając muzyki w radiach komercyjnych myślę, że chcemy być za wszelką cenę bardziej amerykańscy od Amerykanów. Czy się to udaje – raczej nie. Do tej refleksji skłonił mnie obejrzany ostatnio dość błahy film (szkoda waszego czasu i pieniędzy), w którym Abraham Lincoln, dla Amerykanów postać pomnikowa, został sportretowany ni mniej ni więcej jako…łowca wampirów. Można się oburzać i naśmiewać, ale zazdroszczę ludziom zza Wielkiej Wody podejścia z biglem do swojej historii, zwłaszcza że w naszym smutnym kraju wieść głosi, iż film o obrońcach Westerplatte nie zebrał budżetu, gdyż scenarzysta zaplanował ukazać jak żołnierze przeklinają, piją wódkę i zachowają się ogólnie niegrzecznie (co jest przekłamaniem, ponieważ jak powszechnie wiadomo Polak odreagowuje stres śpiewając Bogurodzicę).
I pewnie nie poszedł bym na to do kina, ale z drugiej strony historia Mieszka z wątkiem wiedźmińskim w tle…to byłoby coś.

Podejście z pietyzmem do historii też jednak cenie, zwłaszcza w piosenkach. Jest taki pan, który wbrew panującym wówczas trendom stworzył jeden z najpopularniejszych zespołów świata, a potem kontynuował udana karierę solową i coraz częściej nawiązuje w niej do historii Stanów Zjednoczonych, z których to muzyki też czerpie pełnymi garściami. Dziś zapraszamy go do Repozytorium  i przypominamy, że właśnie nagrał świetną płytę, grzech nie posłuchać.

Mark Knopfler – Sailing to Philadelphia

PS. W tym miejscu osobiście chciałbym podziękować włodarzom Łodzi, którzy zdołali doprowadzić  do powstania w tym mieście hali widowiskowo-sportowej, która tylko w najbliższym półroczu będzie gościć Muse, Marka Knopflera oraz samego Erica Calptona. Mój komentarz do nieudolności władz Krakowa w tej kwestii (pomimo obietnic składanych od 10 już lat) przemilczę, gdyż być może czytają nas kobiety i dzieci.

Written by bzofik

poniedziałek, 15.10.2012 at 19:19

Napisane w 00s

Tagged with , , , ,

A orkiestra grała do końca

2 komentarze

Zawsze zastanawiało mnie to kiedy muzyk przestaje być artystą, dla którego chimeryczność i nieprzewidywalność są po prostu wielosylabowymi słowami na bycie, a staje się rzemieślnikiem, zatrudnionym by wykonać pracę, a od którego wymaga się nie tyle jednorazowego wzlotu na wyżyny, ile jakościowo dobrej roboty wykonywanej przez kilkadziesiąt czy kilkaset nocy z rzędu.

I co najciekawsze, musisz wychodzić na scenę, czy Ci się chce, czy nie chce, czy jesteś nawalony, naćpany, czy też masz akurat zjazd. W dwóch znanych przypadkach zespoły były proszone o nieschodzenie mimo, że pod pod tymi właśnie scenami ginęli ludzie, czy to od ciosów noży „ochroniarzy”, czy też zgnieceni ciałami innych uczestników koncertu. A kapela musiała dalej grać.

Czymś jedynym w swoim rodzaju jest płyta koncertowa Stinga nagrana 11 września 2001. Muzycy zaczynając występ w Toskanii wiedzieli co się stało w Nowym Jorku, co więcej, przed koncertem odbyli naradę, by zadecydować, czy powinni w ogóle wyjść na scenę. Na początku dyskusji Sting wydaje się nie chcieć zagrać koncertu a jego głos i mina mówią, że szuka chociaż drobnego przytaknięcia ze strony zespołu. W momencie kiedy pada pierwszy głos, że należy grać, może zmienić program koncertu, ale grać, bo najgorsze co mogą zrobić to zamilknąć, Sting niemal niezauważalnie kręci głową i się krzywi, ale w końcu ulegnie.

W sytuacji, gdy potrzeba muzyki na wysokości zadania stanął nie wielbiony geniusz, ale właśnie wyrobnicy, nieznane nikomu nazwiska pojawiające się gdzieś na zagięciu wkładki. Morał? Nie mam, tak po prostu przypomniał mi się dzisiaj ta płyta.

Sting – Fields of Gold live

Written by bebuk

poniedziałek, 6.02.2012 at 23:51

Napisane w 00s

Tagged with , ,

A Ty, jak się czujesz?

leave a comment »

Święta, święta i po świętach. Po dniach, kiedy pożywienie przyswajanie było w ilościach heroicznych, a napitki w suche gardła wlewane z nie mniej bohaterską ochotą, powrócić czas do rzeczywistości.

Nowy rok, nowe nadzieje, mocne jeszcze, acz z dnia na dzień coraz bardziej nadwątlane, postanowienia. Przydałby się oldskul.

Zaczniemy rok pozytywnie. Pisaliśmy już o jednym standardzie, teraz weźmiemy się za drugi. W zeszłym roku portal New Musical Express przeprowadził sondaż w celu wyłonienia najlepszego jak i najgorszego covera w historii. Czy to dzięki głosom prawdziwych fanów muzyki, czy też skrzyknęły się fanki Zmierzchu, Zaćmienia czy innej Szarówki, nieważne. Wygrał Muse z Feeling Good, oryginalnie wykonywanym przez … no właśnie.

Późniejszy hit został napisany w 1964 roku jako część drugiego aktu musicalu The Roar of the Greasepaint – The Smell of the Crowd. Niebroadwayowskiemu uchu piosenka została zaprezentowana przez Ninę Simone rok później i chwyciła, oj jak ona chwyciła. Od tego czasu zostało nagranych wiele coverów, począwszy od tych dobrych , przez te, do opisu których brak słów, te, które wygrywają sondaże, po te, gdzie piosenka wykonawcom pasuje jak świni siodło (czy mógłbym półgębkiem zasugerować, żeby przy castingach do następnego boys/girl-bandowego fenomenu sprawdzano, czy kandydaci posiadają duszę, albo inną niepasożytniczą formę życia wewnętrznego).

Wykonanie wybrane dziś na oldskul wyróżnia się z dwóch powodów.  Po pierwsze głos Michaela Buble sprawia, że seksualność piszącego te słowa uplastycznia się w kałużę rozkoszy śliniącą się (tak, kałuża się ślini, a co?) jak 12-latka do wersji reżyserskiej Zmierzchu. Po drugie Michael Buble pokazuje, że da się i odnieść sukces i pozostać normalnym człowiekiem.

Written by bebuk

poniedziałek, 3.01.2011 at 21:32

Napisane w 00s, 60s

Tagged with , , , ,

%d blogerów lubi to: