Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Posts Tagged ‘blues

Z cyklu „Pojedźcie. Postójcie. I posiedźcie” – podróż pierwsza.

leave a comment »

Człowiek istotą społeczną  zdaje się być. Stąd lubi gromadzić się razem z pobratymcami w zespołach budowli nazywanych miastami. Z masochistyczną przyjemnością zagęszcza w nich zabudowę, do czasu gdy ustawiczny tłok, brud, pośpiech doprowadzają go na skraj załamania nerwowego, tak że zaczyna marzyć o wyprowadzenia się na odludzie. Co jeszcze nam dają miasta poza korkami, graffiti oraz podatkami od wszystkiego? Czasem miasto przez swoją historię, architekturę, mieszkańców, wytwarza niepowtarzalną atmosferę. Być może to tylko mit, może marketing, ale są miasta które pasują do tego opisu i postaramy się je przybliżyć na łamach naszego bloga – poprzez oldskul rzecz jasna. Bilety lotnicze tanieją, ale nie do tego stopnia, byśmy mogli pogardzić dziś próbą przeniesienia się za pomocą wyobraźni w ciemne uliczki Wietrznego Miasta. Dla osób podrastających wtedy co ja, hasło Chicago zawsze wywoła odzew  – Michael Jordan i koszykówka, która to w wykonaniu drużyny z tym panem  wzniosła się w latach dziewięćdziesiątych na prawdziwe wyżyny. Ale Chicago przecież to nie tylko sport, to architektura, przestępczość, ale i muzyka – solidna reprezentacja jazzmanów i bluesmanów pochodzi z Chicago. Miasto było po wielokroć portretowane w filach, ale w głowach Repozytorów, wciąż tkwi głównie jeden, i w nim właśnie pojawia się bohaterka naszego spotkania, standard bluesowy wykonywanych już chyba przez wszystkich, da mnie najsmaczniejszy tak oto podany.

The Blues Brothers – Sweet Home Chicago

PS Jeśli komuś coś w duszy gra za sprawą Chicago, zapraszamy na FB celem podzielenia się.

Written by bzofik

poniedziałek, 28.05.2012 at 20:24

Napisane w 80s

Tagged with , , , ,

Muzyczna próżnia

leave a comment »

Ignorancja to siła pisał jeden z nas tydzień temu i jeśli zawierzyć jego słowom to mocarzem jestem i nic tylko zakupić sobie dziewczynę na asystentkę/nałożnicę i rozpocząć karierę jeżdżąc po Półwyspie Apenińskim i rwąc łańcuchy ku uciesze gawiedzi.

Parę dni temu usłyszałem jak pewne bliskie mi dziewczę podśpiewywało sobie coś, płynnie przechodząc z angielskiego na polski. Okazało się, że śliczne uszko jej usłyszało, i to już dosyć dawno, o czym dała znać głośnym naprawdę o tym nie wiedziałeś? W jakiej próżni muzycznej cię trzymano za młodu?, niezwykłe podobieństwo między pewnym bardzo znanym kawałkiem po polsku a drugim, jeszcze bardziej znanym, po angielsku. Szybka wizyta na wikipedii pokazała, że to nawet nie sprawa z gatunku tych do rozpatrzenia przez sąd (a takie już bywały na naszym skromnym blogu) ale po prostu cover z tłumaczeniem, które na skali piękne-wierne wybrało urodę.

Co więcej, o ile angielska wikipedia nie jest najlepszym źródłem wiedzy o polskiej muzyce, o tyle ciekawym jest, że datuje początki polskiej muzyki reggae na rok 1974, kiedy to właśnie pojawiła się polska wersja naszego dzisiejszego kawałka. Trzeba przyznać jednak, że ani oryginał ani jego polska siostra z popularnym gatunkiem studenckim wiele wspólnego nie mają i można by porównać powyższe stwierdzenie do tezy, że pierwszy polskim żelazkiem było wiadro. Tak czy inaczej, dzieląc się tym odkryciem mam nadzieję, że gdzieś znajdzie się choć jedna osoba, dla której, czy to z winy wychowania w muzycznej próżni, czy też ze względu na jakiś dziwnym splot okoliczności, poniższe zestawienie będzie czymś nowym. Obawiam się jednak, że reakcją będzie okrzyk STARE, przewracanie oczami i inwektywy pod kierunkiem piszącego te słowa. Darujcie.

Bill Withers – Ain’t no Sunshine

Budka Suflera – Sen o dolinie

Written by bebuk

czwartek, 1.03.2012 at 22:09

Napisane w 70s

Tagged with , , , ,

Huta miłości

leave a comment »

Od Walentynek nie da się uciec. Nawet celowe unikanie ich jest w pewien pokręcony sposób świętowaniem dnia całusków i aniołków. Zresztą plan na dzień przedwczorajszy, czyli nie robienie niczego walentynkowego, się nie powiódł, jako że moje mocne postanowienie zostało zmiękczone przez promocję WALENTYNKOWĄ na karnet na squasha. Będąc oczywiście towarzysko niezręcznym zacząłem się zastanawiać, co sobie pomyślą gdy na 4 wejścia na karnecie przyjdę z dwoma różnymi dziewczynami oraz mężczyzną, który mógłby grać Gimliego.

Do tego właśnie w Walentynki skończyłem książkową wersję Łowcy Jeleni, raczej nieszczególną próbę beletryzacji filmu, który nie na jelenie polował ale na złote statuetki. Film ten nie jest z gatunku komedii romantycznych i zamiast 4 wesel i pogrzebu, jest jedno wesele, mogiły zbiorowe i zespół szoku pourazowego. W jednej z najbardziej słodko-gorzkich scen w historii kina grupa hutników urządza sobie przedweselną posiadówkę w barze, gdzie grają w bilard, piją i rozmawiają o życiu i śmierci, aby w pewnym momencie chóralnie odśpiewać puszczaną akurat z szafy grającej piosenkę.

Can’t Take My Eyes Off You zostało nagrane przez Frankiego Vialliego w 1967 roku, a potem scoverowane przez różnych artystów. Zaśpiewał ją Frank Sinatra, o którym można by powiedzieć, parafrazując jedną z zasad internetu, że jeśli coś istnieje to Frank to zaśpiewał. Dosłodził ją do obrzydliwości Julio Iglesias (uwaga nagie dzieci). Wrzucili ją na b stronę jakiegoś singla Manic Street Preachers, a Lauryn Hill, której to wersja była moją pierwszą (niezbadane są drogi oldskulu), dołożyła taneczny bit. Piosenka wymościła sobie cieplutkie miejsce w komediach romantycznych, a dla mnie już na zawsze będzie kojarzyła się z Christopherem Walkenem kręcącym pupą i pijanymi hutnikami.

Frank Vialli – Can’t Take My Eyes Off You

Written by bebuk

czwartek, 16.02.2012 at 15:39

Napisane w 60s

Tagged with , , , , ,

Oldskul jest wszędzie

2 komentarze

Pomyślałem sobie całkiem niedawno, że możnaby tu wrzucić coś Joplin. W bardzo ciekawych miejscach słuchałem ostatnio jej utworów — w Namche Bazaar, kiedy słyszałem wieczorami jej najbardziej znane kawałki (razem z innymi Pink Floydami, Beatlesami i AC/DC). Doszliśmy do wniosku, że kiedyś jakiś turysta przyniósł tam w formie cyfrowej swoją nutotekę i zostawił w barze w ten sposób zapewniając, że co wieczór w sezonie będzie odtwarzana ta sama, maksymalnie kilkugodzinna playlista.

Wczoraj relaksując się w knajpie krakowskiej Janis znowu mnie dopadła utworem „Piece of My Heart”. Tego już za wiele, wszystkie znaki na ziemi mówią mi jedno — wrzuć Joplin. No to wrzucam. Z albumu „Pearl” utwór „Cry Baby”. Albumu wydanego w 1971 roku, co jest o tyle ciekawe, że wokalistka dołączyła do słynnego Klubu 27 w 1970 roku. Do tego czasu zdążyła jednak nagrać na tyle dużo materiału, że zebrało się na całą płytę, która po jej śmierci (a jakże) wspieła się na szczyt rankingów i nie schodziła stamtąd przez długi okres.

Janis Joplin — Cry Baby

Written by msq

sobota, 26.11.2011 at 14:10

Napisane w 70s

Tagged with , , ,

W nieznane

leave a comment »

Dziury w edukacji ma każdy. Moją ziejącą przepaścią jest twórczość Dylana. Do niedawna wymienić z nazwy mogłem z 3 piosenki, a kolejne 2 pewnie poprawnie przyporządkowałbym do autora. Szukać winnych nie chcę, choć w kampanii to dość popularne, ale wskazałbym na niejaką Monikę M., nauczycielkę muzyki ze szkoły podstawowej, która kazała przykładać mutujące gardło nastolatka do tłumaczeń Dylana. Ja piałem przez ile ksiąg pisze się ludzki byt a Eutrepe paniczne szukała ostrego narzędzia.

Wygląda na to, że z Dylanem jest jak ze szpinakiem i seksem. Jeśli nie wmuszają w ciebie za młodu, to pewnie polubisz. Pytanie jednak, jak ugryźć ponad pięćdziesięcioletni tort, na szczycie którego kuszą 34 wisienki albumów solowych? Z pomocą przychodzi dziesiąta muza.

I’m not there nie jest tak naprawdę filmem biograficznym, a bardziej hołdem oddanym wielu wcieleniom Boba Dylana. Muzyka grają różni aktorzy i nawet jedna aktorka, a ich twarze i historie z różnych okresów jego życia przeplatają się tworząc może nieco zagmatwany, ale za to na tyle pełny, na ile to było możliwe, obraz Dylana, muzyka folkowego, muzyka, który się sprzedał, gwiazdy rocka, aktora, nowo narodzonego chrześcijanina i pustelnika.

Jak wspomniałem nie jest to film biograficzny. Bardziej pasowałoby do niego określenie film muzyczny, gdyby tylko cokolwiek znaczyło (to co filmweb wrzuca do worka z napisem muzyczny naprawdę może zadziwić). Muzyka jest tu najważniejsza, a sceny z życia Dylana stanowią jej uzupełnienie. Na ścieżkę dźwiękową składa prawie trzy tuziny coverów. Są lepsze, są gorsze, ale w sumie naprawdę warto posłuchać.

Na koniec oldskul. W 1965 roku Dylan odstawił na chwilę akustyka i chwycił za elektryka, a świat się skończył. Przynajmniej tak myśleli i nadal myślą niektórzy. A co na to Dylan?

Bob Dylan – Ballad of a Thin Man

Written by bebuk

poniedziałek, 5.09.2011 at 18:33

Napisane w 60s

Tagged with , , ,

Marudzenie?

with one comment

Jakkolwiek by do sprawy nie podchodzić, nie da się postulować wyższości płyt, kaset, winyli czy szpuli nad mp3 i nie brzmieć jak nieświeże ciasto o wyraźnym zapachu imbiru. Przy wszystkich plusach nośników fizycznych, nie można zaprzeczyć, że łatwość z jaką możemy obecnie odkrywać nową muzykę stanowi atut naprawdę trudny do przebicia.

Ale co mi tam. Stratny format zapisu dźwięków sprawia, że nieraz muzyki jest zbyt dużo. Zbyt dużo, żeby się nacieszyć i zbyt dużo, żeby wracać do muzyki sprzed lat, gdy cały czas pojawiają się nowe pozycje do przesłuchania. Może u innych repozytorów znajduje się więcej systematyczności, na tyle, żeby nie pogubić się w tym czego już słuchali, a czego mieli posłuchać, a co dopiero figuruje w planach na najbliższy rok muzyczny.

Ostatnio będąc w domu rodzinnym odkryłem bez mała dziesięcioletnią płytkę CD wypakowaną plikami mp3. Znalazłem tam trochę rzeczy, które nadal pojawiają się w moim odtwarzaczu, trochę takich, które z wiekiem opuściły ten odtwarzacz i to pewnie już na zawsze. Wpadłem też na jeden kawałek, w którym byłem kiedyś zakochany, potem mi gdzieś umknął, ale teraz na szczęście wrócił. I wiecie co? Znowu się zakochałem.

John Lee Hooker i Carlos SantanaChill Out (Things Gonna Change)

Written by bebuk

poniedziałek, 22.08.2011 at 14:58

Napisane w 90s

Tagged with , , ,

Eksploracja

leave a comment »

Niedawno trafiłem na ciekawy artykuł o Fleetwood Mac. Zespół, choć znany, jakoś niespecjalnie gościł w moim odtwarzaczu, a już na pewno nie odsłuchiwałem całych albumów, tak jak to powinno się robić ;-) Sam artykuł opisuje FM z okresu ponoć najbardziej dla nich udanego, z okresu kiedy w zespole grał Lindsey Buckingham i śpiewała Stevie Nicks. Zachęcony spróbowałem na razie jednej płyty, za to najbardziej znanej, mianowicie Rumours i jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Każdemu kto jej nie zna z czystym sercem polecam (faworyt: „The Chain” ze świetnym outro). Tymczasem wrzucam najbardziej znany kawałek zespołu.

Linki do artykułu:
SAMA TREŚĆ: Fleetwood Mac 1975-1987, część 1
SAMA TREŚĆ: Fleetwood Mac 1975-1987, część 2

Fleetwood Mac — Everywhere

Written by msq

sobota, 13.08.2011 at 20:25

Napisane w 70s

Tagged with , , , ,

%d blogerów lubi to: