Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Posts Tagged ‘instrumental

Noście czapeczki w takie dni jak ten…

leave a comment »

Jedna ze znakomitych teorii „specjalistów od nawozów i od świata” jakby powiedział Jacek Kleyff, głosi że upalne, letnie dni mają niebagatelny wpływ na poziom przestępstw, aktów wandalizmu i ogólnego poziomu chaosu i agresji. Mówiąc w wielkim skrócie ciepło uderza do głowy, oleum za nim nie nadąża, emocje biorę górę nad rozsądkiem i o bitkę lub chociażby namalowanie symbolu fallicznego na ścianie ratusza nietrudno. Czy jest to prawda objawiona i niepodważalna nie będę się wypowiadał, ale można się zgodzić, że skrajności oddziałujące na nasze ciała i umysłu łatwiej nas będą popychać ku zachowaniom i wyborom skrajnym. Czy tak jest też z preferencjami muzycznymi? Czy gdy upał ogarnia istotę szarą sięgniemy nagle pod black metal czarny jak topiący się asfalt lub industrial tak gęsty jak kapiący z łożyska towot? A może jednak dla kontrastu wybierzemy kojące plumkania rodem ze Skandynawii, gdzie basista zadmie raz na jakiś czas w piszczel renifera, a pianista orzeźwi uderzeniami w sople?

Bredzę? Niechaj będzie mi to wybaczone. Ale  do rzeczy – muzyczny kontrapunkt, niech odpocznie znękany umysł, nasyci się nietypowym brzemieniem, lekko już zakurzonym ale pomnikowym na tle polskiego pejzażu muzycznego. Pan Marek Biliński – kompozytor muzyki elektronicznej, filmowej, operowej, oraz pionier widowisk muzyczno – świetlnych w Polsce zasłynął jednym przebojem. Jednym, ale za to jakim!

Marek Biliński – Ucieczka z Tropiku

PS Warto zwrócić uwagę na, na owe czasy niezwykle widowiskowy teledysk do piosenki.

Reklamy

Written by bzofik

poniedziałek, 20.08.2012 at 22:08

Napisane w 80s

Tagged with , , ,

Marność nad marnościami

leave a comment »

Podobno gdy był już bardzo zmęczony byciem Eltonem Johnem i niesieniem na swoich barkach ciężaru oczekiwań fanów, krytyków i kolorowej prasy zdobył się na niespodziewane wyznanie wobec dziennikarza z dalekiego kraju. Powiedział, że gdy leciał pewnego razu na pokładzie swego odrzutowca nad Alpami, jego wzrok przykuła biel lśniącej setki metrów poniżej czapy śniegu, okrywającej jeden ze szczytów górskich. Ze smutkiem pomyślał, że tyle mniej więcej musiał dotychczas w trakcie swojej kariery zażyć kokainy…

Opowieść – smutna, surrealistyczna, tragikomiczna, megalomańska, w każdym razie przeze mnie zapożyczona. I bez morału.

Znów może być to pewne zaskoczenie dla tych, którzy zamknęli Eltona Johna w szufladce przeznaczonej dla twórców rzewnych piosenek o świecach na wietrze. Swoimi wyczynami zawstydza całe współczesne pokolenie muzyków, nie myślę tu zresztą tylko o nadmienionym wyżej hedonizmie, ale o talencie, pracowitości i pasji dla muzyki. Zachęcam do poznawania systematycznie jego dyskografii, bo oldskulu i przebojów tam co nie miara, a poza tym można obserwować jego ewolucję i dojrzewanie jako artysty.

Trudno się może identyfikować z Eltonem – przez jakiś czas właścicielem klubu piłkarskiego, wspaniałym kompozytorem i posiadaczem tytułu szlacheckiego. Ale i jemu i Tobie czytelniku, przychodzi przecież czasem jednakowa myśl do głowy – że ta cała zabawa nie sprowadza się tylko do bogactwa, doczesnych przyjemności i popularności. Musi być coś więcej ukryte w tej układance.

Elton John – Song for Guy

Written by bzofik

środa, 14.12.2011 at 21:29

Napisane w 70s

Tagged with , , ,

Jak oldschool memem się stał

leave a comment »

Natknąłem się kiedyś na internetowego mema pt. Apache. Był to wpadający w ucho instrumentalny, nie licząc śmiechów, wycia i 2 zdań na krzyż, utwór okraszony ultrażenującym teledyskiem, na którym przebrani w stroje… Apaczów artyści szczerzą zęby do kamery. Frędzle w strojach aż wylewają się poza kadr, trzy wspaniałe Indianki kuszą powabami swego ciała grającego na klawiszach faceta z „wąsami na przedzie” (nieznośnie, do bólu wręcz przypominającego mi Toma Sellecka), potem następuje krótkie solo i wyborny układ taneczny a’la disco z chwytliwym „A-pa-che-pa-che boy” (tutaj znów przypomina mi się takie oto kuriozum).

Kawałek oczywiście ma swój początek nie tutaj, lecz prawie 20 lat wcześniej i nagrał go zespół The Shadows. Oryginalna wersja nie jest już upstrzona krótkimi wstawkami tekstowymi wątpliwej jakości i jest jakby bardziej na serio :-) Z zespołem związany był Cliff Richards, dla którego tak naprawdę został założony (jako tzw. backup band, czyli zespół, który gra jako tło dla wokalisty) i nazywał się początkowo The Drifters. Potem przemianowali się na The Shadows z powodu kolizji nazw; co ciekawe w czasie przemianowania nie było w zespole ani jednego muzyka z pierwotnego składu.

The Shadows — Apache

P.S. Dla odpornych psychicznie wspomniany mem

Written by msq

sobota, 3.12.2011 at 23:01

Napisane w 60s, 70s

Tagged with , , , ,

Samba?

leave a comment »

Dzisiejszy wpis z rozmaitych przyczyn krótki, najważniejsze że zamieszczony, bo przecież dzień bez oldskulu to dzień stracony. Dziś będziemy dalej eksplorować dwa wątki obecne od jakiegoś czasu na naszym blogu. Pierwszy to wybitni instrumentaliści, a drugi to muzyczne kolaboracje. Wiele osób kojarzy go z rozmaitych duetów, ale przecież najbardziej jest znany z utworu który wykonuje sam…przed Państwem muzyczny obieżyświat i człowiek, który z niejednego muzycznego pieca chleb jadł i z niejednym nagrywał… Carlos Santana.

Written by bzofik

piątek, 24.09.2010 at 23:58

Napisane w 70s

Tagged with ,

%d blogerów lubi to: