Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Elekstryczna kon(tro)wersja

leave a comment »

Tytuł to oczywiście parafraza fragmentu legendarnego kawałka legendarnego barda, obywatela Kleyffa Jacka (który zasłynął również parafrazą, nie mniej udaną od mojej tytułowej, dziecięcego zaklęcia: ‚ślimak, wystaw rogi, dam ci sera – z nogi; sera wojskowego, na pierogi dobrego jak każdego innego) i werbalizacji zarzutu, jaki ortodoksyjni folkowcy czynili Dylanowi za jego seksces A.D. 1965.

Johnny Cash to postać dla ruchu country/folk jak monumentum ze spiżu; wydaje mi się, że dzięki jednemu P.T. Repozytariuszowi (gdzie ci mężczyźni, wspaniali tacy?) gościł tutaj już jeden klasyczny temat. Wprawdzie z mojej perspektywy absolutne mistrzostwo stylu to najlepsza wersja standardu Stana Jonesa – Riders in the sky, ale temat wpisu zobowiązuje do poszukiwania nie-kanonicznej perełki.

Wybór jest prosty, i oddaje całym swoim, że tak to ujmę, jestestwem atmosferę tej długiej jak cholerna zima chwili. Piosnka ta smętna nie straciła nic ze swojego pazura (cover Personal Jesusa z tej samej płyty już nie broni się tak dobrze), nie jest po prostu tą samą melodią, tyle, że z głębią cashowego głosu (casus Bridge over troubled water) albo jakąś fatalną culpą in eligendo (In my life). Jest zwycięstwem Casha, chyba ostatnim przed śmiercią.

Nine Inch Nails / Johnny Cash (kolejność przypadkowa), Hurt

 

 

PS Wybaczcie, jeżeli wątek już tu się pojawił; kiedy zaczęliście pisać blog to mnie jeszcze na świecie nie było, a wyszukiwarka dawała mi jakieś podejrzane rezultaty. 1obo

Written by 1obo

czwartek, 4.04.2013 at 23:16

Napisane w 90s

Z Księgi Wejścia

3 komentarze

Interpretację tytułu pozostawiam do swobodnego uznania.

Bardzo charakterystyczne dla wielkotygodniowych hiszpańskich uroczystości religijnych (zwłaszcza andaluzyjskich) są rozmaite procesje, marsze i pochody, przypominające – jako żywo – kultową już chyba scenę z Django; na przykład takie (trzymają chłopaki rytm) albo takie (ci to co innego trzymają, klasę znaczy się).

Nieodłącznym ich elementem są saetas, o których nie chce mi się pisać, poczytajcie np. tutaj: albo po prostu tu. Korzenie żydowskie – być może, ale dla mnie maniera śpiewu jest raczej mauretańska, że tak polit-poprawnie powiem. Kto mnie zna – wie dobrze, jak polit-pop jestem, niemal tak mocno, jak multi-kulti.

W każdym razie nasza dzisiejsza bohaterka to saeta właśnie, w wykonaniu jednego z moich ulubionych, klasycznie oldskulowych pieśniarzy hiszpańskich – Joana Manuela Serrata, dla profanuma vulgusa ;) znanego jako sprawca katalońskojęzycznego skandalu na Eurowizji ’68 (Summer ’68, ech…; how do you feel?), dla mnie – prawdziwego barda.

Więc jedziemy, Joan Manuel Serrat, La saeta

PS Ponieważ, jaki się (mi) rzekło jestem prawdziwie multi-kulti, dla tych, co żrą mięcho w Wielki Piątek, jak syn Ojca, (tak, obraz mówiący, chociaż napis – chciałbym, żeby był inny; btw, 30 lat niemal łażę po tym łez padole, i dopiero teraz dowiedziałem się co oznacza imię ‚Barabasz‚) mała propozycja z zupełnie innej beczki.

Już Piątek.

 

 

Written by 1obo

piątek, 29.03.2013 at 00:42

Napisane w 60s

Z Księgi Rodzaju

leave a comment »

Są tacy co stwierdzą, że Genesis to Phil Collins i tylko on. To oczywiście nieprawda, i ktokolwiek bardziej zgłębi twórczość tego zespołu stwierdzi, że Phil Collins to tylko część. Jedna z wielu. Można oczywiście kłócić się i debatować, za czyjej ery było lepiej. Gabriel? Komercyjnie chyba im później tym przyjemniej, tematycznie jak kto woli: albo idziesz w progresję albo w coś lżejszego ale niekoniecznie gorszego. Poza tym nie tylko Gabriel i Collins, chociaż to najbardziej znane nazwiska, tworzyli grupę. Był też Mike Rutherford (np. Mike & The Mechanics) czy Tony Banks; co więcej to właśnie ci dwaj panowie z Genesis byli najdłużej a w zasadzie cały czas.

O ile Collinsowe utwory są dość znane o tyle starsze, z początków Genesis często mniej. Prezentuję dlatego jeden z takich utworów, który mnie osobiście zadziwia. W zupełnie innym klimacie niż reszta płyty Trespass, The Knife to agresywna kompozycja, dynamiczna i szybka z wieloma partiami gitarowymi, ale to co najbardziej mnie w tym utworze urzeka, to klawisze. Wspomniany Tony Banks pod koniec daje rewelacyjne solo, dla którego wg mnie istnieje ten kawałek.

Plotka głosi, że Gabriel wykonując na koncercie The Knife w amoku rzucił się w widownię i złamał kostkę. Ile w tym prawdy? Nie wiem, ale jestem sobie w stanie wyobrazić to zdarzenie, bo z każdą minutą rośnie tu napięcie a kulminacja, którą jak dla mnie są wspomniane klawisze poprzedzone marszową perkusją, to majstersztyk.

Genesis — The Knife

Written by msq

wtorek, 19.03.2013 at 00:32

Napisane w 70s

Tagged with , , ,

Nie dziwi mnie fakt…

leave a comment »

… że Jimi nagrał nagrał moje piosenki, ale raczej to, że nagrał ich tak niewiele, ponieważ wszystkie są jego” – tak miał skomentować Dylan hendriksowską wersję All along the watchtower, jak donosi Benda pisujący w jednym z prrrawicowych pism.

I słuszna Dylana racja. Nie on jeden zresztą mógłby napisać podobnie; smaczku mojemu skojarzeniu dodaje portret, który wisi za głównym bohaterem naszej dzisiejszej powiastki z Poznaniem najczęściej kojarzonym.

Kawałek w wersji Mike + the Mechanics (tęsknimy za Tobą, ang-purysto!) ma oldskulowy beat, ale jakiś taki lekko przaśny, i jeszcze ta czapeczka… Za to Wilson urzeka głosem, a harmonie wokalne refrenu powalają; poszukajcie (a znajdziecie) wersję lepszą jakościowo, najlepiej z takiej magicznej płytki, na której są też cudowne Carpet Crawlers.

Mike+ the Mechanics, Ray Wilson (a co!), Another Cup of Coffee

Dzisiejsze PS-y sponsoruje literka I jak Insider.

PS Pora spiąć pośladki i powrócić do dobrego obyczaju dzielenia się swoim małym oldskulem, chlopacy!

PS 2 Nie wiem, czy dziś mój dzień na wpis, ale nie przepraszam.

PS 3 Jutro nie nadeszło, a ja w całej mojej zachłanności żałuję, żałuję cholernie, również – dzisiaj. I wiem co poeta miał na myśli w Afraid of Sunlight. Przerażające odkrycie.

Written by 1obo

czwartek, 14.03.2013 at 01:30

Napisane w 80s, 90s

Ruski rynek nas wychował

leave a comment »

Drzewiej, kiedy to muzyka była dla mnie wielką niewiadomą (uprzedzając: nadal jest, teraz po prostu trochę mniejszą) słuchało się tego co leciało w TV/radio/znajomi podrzucili. Siłą rzeczy wszyscy ocierali się o zespoły znane i lubiane. Wszyscy kojarzyli hity i przyczyniali się do ich rozpowszechniania w skrytości ciesząc się, że „znajomy słucha, bo mu podrzuciłem”. Ja edukowałem się na różnych krążkach, które były w domu. Kupione na „ruskim rynku” „oryginalne” płyty z błędami, nagrane jak najniższym kosztem nawet nie starały się imitować oryginałów i wszyscy wiedzieli jak to wygląda. Jedna z takich płyt, składanka, zapadła mi w pamięć, bo było na niej kilka utworów, które bardzo lubiłem. Dzisiaj dopiero wyguglałem z ciekawości, jak się nazywała (bo nazwę miała niestandardową). Okazało się to nagranie Rock Aid Armenia, czyli inicjatywa, która powstała by pomóc ofiarom trzęsienia ziemi w Armenii w 1988.

Oprócz nieznanego mi dokumentu nt tworzenia „Smoke on the Water” wynikiem tego projektu była też płyta „The Earthquake Album” z hiciorami. Stamtąd właśnie liznąłem parę znanych nazw zespołów i utworów. Wtedy bardziej kręcił mnie ciężki klimat i oczy świeciły się na widok takich nazw jak Iron Maiden czy Deep Purple. Oraz Black Sabbath. Najmroczniejszy z mrocznych, ze strasznymi tekstami, bo wtedy nie chciałem nawet zerknąć na nie-tak-mroczne-kompozycje, np. Orchid, i raczej uważałem je za błędy, dziwne i niepotrzebne eksperymenty ;-)

Black Sabbath — Headless Cross

Written by msq

poniedziałek, 18.02.2013 at 22:27

Napisane w 80s

Tagged with , , , ,

Dlaczego Polacy są tak agresywni

leave a comment »

„Awitaminozą wiosna się zaczyna” – parafrazował w epoce magnetycznych taśm łupanych Niemenową wersję Wspomnienia nieodżałowanie żałosny Kabaret OT.TO. Awitaminozą i frustracją, która w moim wypadku sięga zenitu, kiedy nie dość, że miasto tonie po dwóch dniach typowej styczniowej ulewy (woda atakuje też od gruntu topniejącym śniegiem), to jeszcze dostaję od kumpla smsy, których treścią – ku Waszej (o ile ktoś tam jest) rozpaczy – z przyjemnością się podzielę. Zresztą po co ich wiele, wystarczy taki przykład: „Świat inaczej wygląda z Piazza Navona w popołudniowym słoneczku z espresso ;)”. Ech, panie, zdzierżyłbym nawet tamtejsze gazety, które zajmują się tyleż interesującymi co pozbawionymi znaczenia tematami w rodzaju: „jaki wpływ na kampanię wyborczą do parlamentu ma zakup Balotellego za 20 mln euro przez Berlusconiego”, „czy słusznie tymczasowo aresztowano króla paparazzich i modela Francesco Coronę” czy „czemu poszukiwania prawdopodobnie zamordowanej przez męża Roberty trwają tak długo?”.

Słowem – syf, rozpacz i lemingoza jak u nas (dzięki, Marcinie, to w zasadzie nawet pocieszające), tyle że trochę tak ‚Longobard Stajl’. Ale jak pięknie prezentuje się ten zlew w tak pięknych okolicznościach przyrody!

Ja niestety w ramach walki z meteorologicznym przednówkiem szukam placebo, i nierzadko katuję swoje uszy może nie od razu dźwiękowym zachwytem że duuuzio słońca w całym mieście (nie, k*rwa, nie widziałem tego jeszcze, w każdym razie nie w tym kwartale), ale np. letko sentymentalnym kawałkiem, który kojarzy mi się z ciepłymi klimatami najbardziej. Przyczyna tego leży pewnie w tym, że Looking for the summer Chrisa Rea towarzyszyło moim ziomalom i mnie, kiedyśmy w czasach cielęcych wracali autobusem relacji Zakopane-Gorlice po tatrzańskich wyrypach.W tej zamierzchłej przeszłości autobus odjeżdżał o 16.20 (constans) i w 6 na 7 przypadkach (constans niemal) w okolicach Starego Sącza z radia sączyło się właśnie to. Kiedy ten jeden raz Chrisa Rea w takim układzie sytuacyjnym nie usłyszałem, czułem się, jakby mi ktoś jądro uciął albo prababkę udusił w akordeonie. Znaczy dziwnie jakoś.

Natomiast moim ulubionym wspomnieniem „po lecie” jest fajnie pulsująca piosenka jednego z założycieli legendarnej, nie bójmy się tego słowa, ekipy The Eagles – Dona Henleya. Ku pokrzepieniu serc, o ile dożyjecie wiosny na zapasach kiszonej kapusty.

Don Henley, Boys of summer

Written by 1obo

piątek, 1.02.2013 at 00:26

Napisane w 80s

Two Hit Wonder

leave a comment »

Dzisiaj w kierunku oldschoolu, którego oldskulostwa nie trzeba nikomu udowadniać. To z cyklu tych kawałków, co to je „po jednej nutce” rozpoznają uczestnicy teleturnieju „Jaka to melodia”, a później Robert Janowski, z nienagannym uśmiechem i wyśmienitą aparycją podpartą latami doświadczenia na scenie, wykonuje. To z tych, co powodują swędzenie mózgu na wiele godzin, gdy ktoś przy nas nieopatrznie zanuci wyeksploatowany motyw.

To wreszcie z tych, co wizualizacyje najznamienitsze nam serwują w ruchomych zdjęciach… o przepraszam. Nie tym razem takie frykasy. Tutaj spadają na nas z siłą wodospadu płynne przejścia twarzy wokalisty w słonecznik (!), jego sylwetki w kolibra albo motyla w naszyjnik. Na szczęście niewiasty zdobiące teledysk robią wszystko, żeby zatrzymać męską część widowni a przynajmniej zapobiec odruchowi wymiotnemu.

Dodam jeszcze tylko, że autor nagrał drugi równie znany (a może bardziej?) oldskul, więc nie jest to żaden One Hit Wonder – dociekliwi niech wytropią i delektują się. Oldskul rządzi się swoimi prawami, nie ma co!

Nostalgicznie dodam, że wpis dzisiejszy jest 299. z kolei, przygasły niestety dwie gwiazdy Repozytorium, ale po cichu liczę, że naprawią swe zaniedbania i wezmą przykład z pozostałych dwóch Repozytorów. Kto wie, może wpis 300 przygotują (jeśli jeszcze tu zaglądają)?

Terence Trent d’Arby — Delicate

Written by msq

wtorek, 22.01.2013 at 01:23

Napisane w 90s

Tagged with , , , ,

%d blogerów lubi to: