Repozytorium Oldskulu

You can never go wrong with those hits.

Błoto, ochlaj i jazz

leave a comment »

Chciałbym powiedzieć, że zostałem wysłany jako korespondent Repozytorium na Przystanek Woodstock. Chciałbym powiedzieć, że pokryto wszystkie moje wydatki i pozwolono mi się cieszyć swobodą nie tylko obyczajową, ale i finansową. Niestety tak nie było. Na pytanie dlaczego taki stary koń pojechał po raz pierwszy na Woodstock odpowiedź jest prosta. Miał samochód, prawko, wolne i kumpla, który potrzebował kogoś z samochodem, prawkiem i wolnym. Ot i tyle.

Wiem na pewno, że nie wszyscy czytający mieli okazję/ochotę wziąć udział w Przystanku Woodstock. Jaki więc w końcu on jest? Jest dokładnie taki jak jego uczestnicy. Jeśli czas swój postanowisz spędzić w gospodarstwie piwnym*, to może być gigantycznym ochlajem pod gołym niebem z wchodzeniem do kosza na śmieci włącznie. Jeśli wyskoczysz na miasto to porazi kontrast między postkomunistycznym małym miasteczkiem a tłumami pstrokatych najeźdźców z kolorowymi czubami na głowach zataczających po jego chodnikach**. Jeśli jesteś trochę starszy, to zastanowi cię jako to jest, że rzeczone czuby pozostają symbolem agresywnego nonkonformizmu, nawet tam gdzie noszą je prawie wszyscy. Jeśli jesteś przywiązany do higieny osobistej, to w kolejce do przenośnej komory gazowej mózg z trollową radością będzie przypominał ci wszystko co u Herlinga-Grudzińskiego przeczytałeś o czerwonce. Jeśli zaś kochasz Republikę, to skrzywisz się widząc wytatuowanego Glacę skaczącego, jak zwykli czynić przedstawiciele pewnego gatunku naczelnych, wywrzaskując słowa Białej flagi głosem ostentacyjnie pokazującym jak powinien cierpieć twardziel.

Z drugiej strony zobaczysz też ponad pół miliona osób oddających hołd Ciechowskiemu. Posłuchasz Marka Belki wchodzącego w niemoderowaną dyskusję z tłumem składającym się z jednej strony z lewaków, z drugiej z korwinowców. Weźmiesz udział w wykładzie na temat historii jazzu prezentowanym przez Krzysztofa Herdzina i przyjaciół. I zdziwi cię jak mało jest tam ludzi agresywnych***, a jak łatwo jest się zaprzyjaźnić z kimś kogo na ulicy uznałbyś za potencjalnie niebezpiecznego oszołoma.

Zostawię was repozytorzy z utworem, który właśnie przypomniał mi pan Herdzin, standardem jazzowym z elementami funky.

Herbie Hancock – Cantaloupe Island

* nazwanie tego ogródkiem byłoby jak nazwanie Jezusa świebodzińskiego statuetką
** panu nic się nie stało. Dosłownie 15 sekund później wyruszył w podróż na SOR.
*** pozdrowienia dla przesympatycznej ekipy ze Szczecina bodajże, której zachwycające śpiewy nad ranem i troska o spokojny sen sąsiadów wyrażana chóralnym Śpicie k***a? tak nas urzekły

Written by bebuk

poniedziałek, 8.08.2011 @ 11:39

Napisane w 60s

Tagged with , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: